Syn najpierw poprosił, żebym nie dzwoniła do niego w pracy. Potem żebym pisała tylko w nagłych wypadkach. W grudniu napisałam, że jadę do szpitala. 

Gdyby ktoś powiedział mi pięć lat temu, że będę sprawdzać, czy mój syn żyje, po dwóch niebieskich ptaszkach na ekranie telefonu - roześmiałabym się. Albo uderzyła tę osobę. Nie wiem, co byłoby bardziej na miejscu.

Ale właśnie tak teraz wygląda moja miłość do Michała - dwa ptaszki, które zmieniają kolor albo nie. I cisza, w której próbuję odgadnąć, czy to znaczy, że jest zajęty, zły, czy po prostu zapomniał, że mam numer.

Nazywam się Wiesława i przez trzydzieści cztery lata pracowałam na poczcie w Olsztynie. Sortowałam listy, paczki, awiza. Znałam na pamięć nazwiska połowy osiedla.

Ludzie zostawiali mi czekoladki przed świętami, bo wiedziałam, że pan Koźliński z czwartego czeka na przesyłkę z Niemiec i odkładałam mu awizo osobno, żeby nie musiał stać w kolejce. Taka byłam - dokładna, zaangażowana, może trochę za bardzo. Na poczcie, w domu, w macierzyństwie.

Michał urodził się, kiedy miałam dwadzieścia sześć lat. Stanisław, mój mąż, pracował wtedy na kolei, jeździł na trzy zmiany, więc Michałem zajmowałam się głównie sama. Nie narzekam. To był mój wybór i moja radość. Karmiłam, kąpałam, uczyłam czytać, odprowadzałam do szkoły, potem na autobus do liceum w centrum, potem na pociąg do Wrocławia, gdzie dostał się na informatykę.

Każdy z tych etapów oznaczał, że jest trochę dalej.

Przez studia dzwonił co drugi dzień. Opowiadał o wykładach, o współlokatorze, który jadł makaron z ketchupem na śniadanie, o dziewczynie z roku, która miała ładne oczy. Tą dziewczyną okazała się Natalia. Ładne oczy miała, co do tego nie kłamał.

Po studiach Michał został we Wrocławiu. Dostał pracę w jakiejś firmie, której nazwy nie potrafiłam zapamiętać - ciągle się zmieniała, bo przejmowała ją inna firma, potem jeszcze inna. Ale zarabiał dobrze. Wynajął mieszkanie, potem kupił z Natalią kawalerkę na kredyt, potem wzięli ślub. Na ślub pojechałam oczywiście. Stanisław już wtedy chorował, ledwo dał radę siedzieć w kościele, ale wytrzymał. Miesiąc później go straciłam.

I tu zaczęło się to, czego nie umiem wytłumaczyć, bo próbowałam setki razy i za każdym razem kończę w tym samym miejscu - na pytaniu bez odpowiedzi.

Po śmierci Stanisława dzwoniłam do Michała częściej. Codziennie, czasem dwa razy dziennie. Nie dlatego, że chciałam go kontrolować. Po prostu w pustym mieszkaniu, gdzie jeszcze pachniało lekami Stanisława i jego papierosami, głos syna był jedynym dźwiękiem, który miał sens. Rozumiem, że to mogło być dużo. Rozumiem to teraz.

Wtedy nie rozumiałam.

Pierwsza prośba przyszła spokojnie. „Mamo, nie dzwoń do mnie w pracy, dobrze? Mam open space, słychać wszystko, szef patrzy. Pisz SMS-a, oddzwonię." Powiedziałam, że dobrze. Zaczęłam pisać SMS-y. Długie, bo nie umiałam krótko. Opisywałam, co robiłam, co gotowałam, że Krysia z parteru miała wylew, że u lekarza kazali mi powtórzyć badania.

Michał odpisywał: „Ok." Albo: „Dobrze mamo." Albo kciuk w górę.

Potem powiedział, że lepiej będzie, jak będę pisać tylko w nagłych wypadkach. Bo dużo wiadomości go rozprasza, bo Natalia mówi, że jest za bardzo „na telefonie z mamą", bo muszą mieć swoją przestrzeń. Użył tego słowa - przestrzeń. Jakbym była za blisko, chociaż dzieliło nas czterysta kilometrów.

Zaczęłam się zastanawiać, co jest nagłym wypadkiem. Wizyta u lekarza? Awaria pieca? Rocznica śmierci ojca? Urodziny?

Na jego urodziny napisałam: „Synku, sto lat, całuję mocno, mama." Odpowiedział po dwóch dniach emoji z balonikiem.

Przestałam pisać na urodziny.

Zaczęłam za to rozmawiać ze Stanisławem. Z jego zdjęciem na komodzie. Opowiadałam mu o pogodzie, o podwyżce czynszu, o tym, że na skrzynce pocztowej ktoś namalował sprayem coś nieprzyzwoitego. Stanisław na zdjęciu uśmiechał się tym swoim uśmiechem spod wąsa, jakby mówił: „Wiesiu, daj spokój, chłopak dorósł."

Ale to nie było tak, że Michał dorósł. To było tak, że Michał znikał.

Nie kłóciliśmy się. Nie było żadnej wielkiej awantury, żadnego trzaśnięcia drzwiami, żadnych słów, których nie da się cofnąć. Było po prostu coraz ciszej. Jak radio, które ktoś ścisza gałką - powoli, milimetr po milimetrze, aż zostaje tylko szum.

W listopadzie zadzwoniłam zapytać, czy przyjedzie na święta. Nie odebrał. Napisałam. Odczytał, nie odpisał. Po trzech dniach przyszedł SMS: „Mamo, jedziemy do rodziców Natalii, przepraszam." Bez pytania, czy mogę do nich dołączyć. Bez propozycji, żeby wpaść choćby na dzień.

Wigilia w pustym mieszkaniu. Dwanaście potraw zrobiłam jak co roku, bo nie umiałam inaczej, a potem siedziałam przy stole, na którym stały trzy nakrycia - jedno dla Stanisława, bo tak każe tradycja, jedno dla niespodziewanego gościa i jedno dla mnie. Zjadłam trochę barszczu. Resztę zaniosłam Krysi z parteru, która po wylewie nie wychodzi z domu.

W grudniu, trzy dni po Wigilii, w nocy obudziło mnie kłucie w klatce piersiowej. Takie, od którego nie da się oddychać. Ostre, jakby ktoś wbijał mi igłę między żebra. Leżałam w ciemności i myślałam - to może być serce. Tak umarł Stanisław. Tak umarła moja matka. Tak umierają ludzie, którzy za dużo trzymają w środku.

Zadzwoniłam po pogotowie. Karetka przyjechała po dwudziestu minutach. Zabierając się do wyjścia, napisałam do Michała: „Synku, jadę do szpitala, pogotowie. Kłucie w klatce. Nie martw się, ale chciałam, żebyś wiedział."

Wyłączyłam telefon, bo pielęgniarz kazał. W szpitalu leżałam dwa dni. Badania, EKG, echo serca, krew. Okazało się, że to nie zawał - nerwoból, stres, mięśnie. Nieszkodliwe. Fizycznie nieszkodliwe.

Kiedy włączyłam telefon w drodze do domu, zobaczyłam. Dwa niebieskie ptaszki. Michał przeczytał moją wiadomość. A ja wiedziałam, że przez trzy dni te ptaszki były szare.

Trzy dni. Tyle mój syn potrzebował, żeby otworzyć wiadomość, w której pisałam, że jadę do szpitala.

Nie oddzwonił. Nie napisał.

Stałam na przystanku autobusowym, w za cienkiej kurtce, z torbą, w której miałam szpitalne wypisy, i patrzyłam na ekran telefonu. Autobus podjechał i odjechał. Potem następny. Stałam tam chyba z dwadzieścia minut.

Nie płakałam. To jest najgorsze - że nie płakałam.

Tego wieczoru zrobiłam coś, czego nie planowałam. Usiadłam przy kuchennym stole, wzięłam kartkę i długopis i napisałam do siebie listę. Nie do Michała. Do siebie. Co mam. Co mogę. Co chcę.

Miałam: mieszkanie, emeryturę, zdrowie (jak się okazało), Krysię z parteru, która potrzebowała pomocy, Halinę z poczty, która od roku prosiła mnie na gimnastykę dla seniorów, dwóch wnuków, których zdjęcia widziałam tylko na Facebooku.

Mogłam: pójść na tę gimnastykę, zacząć odwiedzać Krysię codziennie zamiast co tydzień, zapisać się na wycieczkę do Fromborka, o której mówiła Halina.

Chciałam: żeby syn do mnie zadzwonił. Ale tego nie mogłam wpisać na żadną listę, bo to nie zależało ode mnie.

Następnego ranka poszłam do Krysi z rosołem. Potem zadzwoniłam do Haliny. Na gimnastykę poszłam w czwartek. Było dziesięć kobiet, większość moich rówieśnic, i instruktorka, która kazała nam robić rzeczy, o które moje kolana nie prosiły. Śmiałam się pierwszy raz od miesięcy.

Michał odezwał się w lutym. Krótki SMS: „Mamo, wszystko ok?" Jakby nic się nie stało. Jakby te trzy dni nie istniały.

Odpisałam po dwóch godzinach. Krótko: „Tak, wszystko dobrze. Idę na gimnastykę."

Nie dodałam „całuję" ani „synku". Nie wiem, czy zauważył.

Czasem myślę, że moja miłość do Michała jest jak te listy, które sortowałam przez trzydzieści cztery lata - wysłana, oznaczona, awizowana, ale nieodebrana. Leży gdzieś na poczcie, czeka. Ma termin odbioru, po którym wróci do nadawcy.

Jeszcze nie wróciła. Ale nauczyłam się żyć z tym, że może wrócić. I że to nie musi być koniec.