Nigdy bym nie pomyślała, że pięć tysięcy złotych może przeciąć rodzinę na pół. Że kwota, którą odkładałam przez cztery miesiące po czterysta złotych z pensji, wystarczy, żeby zobaczyć, kim naprawdę jest osoba, którą znałam całe życie.

Zaczęło się w poniedziałek, pod koniec marca. Siedziałam w kuchni po pracy, stawiałam wodę na herbatę, kiedy zadzwonił telefon. Na ekranie wyświetliło się "Beata kuz." - i już wtedy poczułam, że coś jest nie tak, bo Beata nie dzwoniła do mnie od Wigilii.

Na co dzień pracuję w wydziale komunikacji - od osiemnastu lat, od poniedziałku do piątku, osiem godzin przy okienku. Mąż Wojciech jeździ tirem na trasach krajowych, dwa tygodnie w domu, dwa w trasie.

Nie żyjemy na bogato, ale rachunki płacimy na czas i odkładamy po trochę na książeczce - na wszelki wypadek. Na te pięć tysięcy, które tam leżały, miałam swoje plany. Syn Bartek kończył kurs prawa jazdy, trzeba było dołożyć do pierwszego samochodu.

Beata płakała już w momencie, gdy odebrałam. Nie "cześć", nie "jak się masz" - od razu szloch. Że ma trzy miesiące zaległości w czynszu. Że dostała pismo z administracji. Że jak nie zapłaci do końca tygodnia, to wyląduje z córką na ulicy.

- Renata, ja nie mam do kogo się zwrócić - mówiła między łkaniem. - Matka mi nie da, wiesz, jaka jest. Błagam cię. Pięć tysięcy. Oddam ci do końca maja, jak tylko dostanę zwrot z podatku.

Znałam Beatę od kołyski. Nasze matki to siostry, razem spędzałyśmy wakacje u babci pod Kłobuckiem, razem chodziłyśmy na dyskoteki w technikum. Po jej rozwodzie z Darkiem trzy lata temu jakoś nam się kontakt rozluźnił - ale to wciąż była rodzina. Moja kuzynka. Krew.

Wojciech akurat był w trasie. Zadzwoniłam do niego wieczorem.

- Nie dawaj - powiedział krótko. - Beata zawsze miała problemy z kasą. Pamiętasz, jak pożyczyła od twojej matki na lodówkę i oddawała dwa lata?

Pamiętałam. Ale pamiętałam też czternastoletnią Nikolę, córkę Beaty. Dziecko nie powinno cierpieć przez to, że matka nie radzi sobie z finansami.

Następnego dnia po pracy pojechałam do bankomatu, wypłaciłam pięć tysięcy i zawiozłam Beacie do mieszkania na Tysiącleciu. Blok z lat siedemdziesiątych, klatka schodowa pachnąca starym tynkiem. Beata otworzyła mi drzwi z podkrążonymi oczami, w dresie, włosy brudne. Wyglądała jak ktoś, kto nie spał od tygodnia.

- Przysięgam ci, Renata - powiedziała, ściskając kopertę. - Do końca maja. Co do grosza.

Nawet nie chciałam pokwitowania. Bo kto bierze pokwitowanie od kuzynki?

Przez następny tydzień żyłam normalnie. Praca, zakupy, obiad, serial wieczorem. W sobotę rano leżałam w łóżku i przeglądałam Facebooka przy kawie - i wtedy zobaczyłam.

Beata Kowalska-Nowak dodała 14 nowych zdjęć.

Turkusowa woda. Biały piasek. Beata w okularach przeciwsłonecznych na leżaku, z drinkiem w ręku. Beata przy szwedzkim stole z talerzem wyładowanym po brzegi. Beata na tle napisu "Welcome to Antalya". Nikola w basenie. Beata i Nikola na wycieczce do Pamukkale z podpisem: "Zasłużony odpoczynek po ciężkim czasie."

Zasłużony odpoczynek.

Odłożyłam telefon. Podniosłam. Odłożyłam znowu. Poczułam, że mi gorąco, a potem zimno, a potem coś ścisnęło mnie w żołądku tak mocno, że musiałam wstać i otworzyć okno.

Zadzwoniłam do Wojciecha. Odebrał po pierwszym sygnale.

- Wejdź na Facebooka Beaty - powiedziałam tylko.

Cisza. Słyszałam, jak jedzie, hum silnika, szum opon.

- No kurde - powiedział w końcu. - A nie mówiłem?

Przez dwie godziny zastanawiałam się, co zrobić. Napisać jej? Zadzwonić? Udawać, że nie widziałam? W końcu napisałam. Krótko, spokojnie - bo nie chciałam robić sceny na Messengerze.

"Beata, widzę że jesteś w Turcji. Cieszę się, że odpoczywasz. Ale zastanawiam się - mówiłaś, że nie masz na czynsz?"

Odpowiedź przyszła po czterech godzinach.

"Renata, to wyjazd był opłacony dużo wcześniej. Jeszcze przed tym jak się zaczęły problemy. Nie mogłam odzyskać pieniędzy, przepadłyby. Więc pojechałam."

Czytałam tę wiadomość trzy razy. Może to prawda. Może rezerwacja była z jesieni, wpłacone zaliczki, biuro podróży nie oddaje. Może.

Ale coś we mnie pękło. Nie chodziło już o pieniądze - chodziło o ten telefon z płaczem, o te podkrążone oczy, o słowo "błagam". O to, że siedziałam wieczorem przy kuchennym stole i przekonywałam własnego męża, żeby pozwolił mi oddać pieniądze odłożone dla naszego syna.

- Rozumiem - odpisałam. - Mam nadzieję, że czynsz zapłaciłaś.

Nie odpowiedziała.

Zadzwoniłam do cioci Maryli, matki Beaty. Okazało się, że ciocia Maryla wie o wyjeździe do Turcji - bo pilnowała kota.

- A o pożyczce od ciebie nie wiem nic - powiedziała ciocia dziwnym głosem. - Beata mi mówiła, że czynsz zapłaciła z trzynastki.

Trzynastki. Beata pracuje na pół etatu w kwiaciarni. Żadnej trzynastki nie ma.

Maj minął. Potem czerwiec. Pieniądze nie wróciły. Napisałam raz, napisałam drugi - za każdym razem dostawałam obietnicę i nowy termin. "Do końca miesiąca." "Po urlopie." "Jak Nikola wróci do szkoły i będzie taniej."

W sierpniu spotkałyśmy się na imieninach cioci Maryli. Beata zachowywała się tak, jakby nic się nie stało - nakładała mi sałatkę na talerz, pytała o Bartka, opowiadała, że Nikola chce iść do liceum plastycznego. Patrzyłam na nią i nie mogłam zrozumieć, jak ktoś może tak naturalnie udawać, że nie jest ci winny pięciu tysięcy złotych i jednego przeprosin.

Wojciech po imieninach powiedział:

- Odpuść. Te pieniądze nie wrócą. Ale przynajmniej wiesz, na czym stoisz.

Miał rację. I nie miał. Bo wiedza, na czym stoisz, nie jest żadną nagrodą - to strata złudzeń, za którą jeszcze sam płacisz.

Nie odezwałam się do Beaty od września. Nie dzwonię, nie piszę, nie komentuję zdjęć. Mama mówi, że przesadzam, że "to przecież rodzina". A ja jej odpowiadam, że właśnie dlatego boli bardziej.

Bartek w końcu dostał prawo jazdy. Na samochód jeszcze odkładamy. Po czterysta złotych miesięcznie, jak dawniej. Tylko że teraz, kiedy ktoś mówi "pożycz mi, bo nie mam na czynsz" - zamykam oczy i widzę turkusową wodę, biały piasek i napis "Zasłużony odpoczynek po ciężkim czasie". I mówię "nie".

Nie dlatego, że jestem skąpa. Dlatego, że już raz byłam dobra - i kosztowało mnie to więcej niż pięć tysięcy.