Przez 26 lat przychodziłam do teściowej w każdą sobotę. Robiłam zakupy, myłam podłogi, woziłam na wizyty. Teściowa umarła w lutym. W testamencie napisała, że mieszkanie zostawia Marcinowi - drugiemu synowi, który odwiedzał ją raz w roku na Wielkanoc

Sąsiadki z bloku mówiły, że Genowefa ma szczęście - taką synową to jak córkę. Genowefa też tak mówiła. Przynajmniej przy ludziach. Przy mnie mówiła co innego.

Dwadzieścia sześć lat. Tysiąc trzysta sobót, może więcej, bo przecież były jeszcze środy, kiedy trzeba było jechać do lekarza, i wtorki, kiedy zepsuł się kran albo zabrakło leków. Dwadzieścia sześć lat wchodzenia do tego mieszkania na trzecim piętrze, na osiedlu przy Braci Mieroszewskich w Sosnowcu, z siatką pełną zakupów i uśmiechem, który z roku na rok kosztował mnie coraz więcej.

Kazimierz, mój mąż, mówił - ty to potrafisz z mamą. Ja nie mam cierpliwości.

Nie miał. To akurat była prawda. Kazimierz wpadał do matki na piętnaście minut, pocałował w policzek, zapytał czy coś trzeba, usłyszał że nie, i wracał do siebie. A ja zostawałam. Myłam okna, prałam firanki, słuchałam o tym, że bigos za słony i że kiedyś to synowe umiały gotować.

Prowadzę mały sklep z galanterią na dole bloku, dwa kroki od domu. Trzydzieści lat między guzikami, nićmi i zamkami błyskawicznymi. Sklep trzyma się jakoś, choć z roku na rok gorzej - ale to moje, więc trzymam się razem z nim. Soboty były dniem, kiedy zamykałam wcześniej, bo Genowefa czekała.

I naprawdę czekała. Nie dlatego, że mnie lubiła. Dlatego, że potrzebowała. To różnica, którą zrozumiałam dopiero po jej śmierci.

Marcin, młodszy syn Genowef, mieszka pod Krakowem. Grafik komputerowy, własna firma, żona z dobrej rodziny - tak przynajmniej powtarzała teściowa. Marcin przyjeżdżał na Wielkanoc. Czasem na imieniny matki, ale nie zawsze. Przywoził kwiaty, czekoladki Merci i uśmiech, od którego Genowefa miękła jak masło.

Przy Marcinie teściowa była inną kobietą. Śmiała się, żartowała, pokazywała zdjęcia wnuczek. Mówiła - Marcinek, jedz jeszcze, chudy jesteś. Pytała o jego projekty, kiwała głową z dumą, choć nie rozumiała ani słowa.

Przy mnie narzekała.

Że podłoga źle umyta. Że jabłka za twarde. Że pierogi z mięsem, a ona chciała z kapustą. Że za rzadko, za krótko, za głośno. Przez lata nauczyłam się to przepuszczać, jak szum wody w rurach - słyszysz, ale nie słuchasz. Kazimierz mówił - nie przejmuj się, mama taka jest. I to też była prawda. Genowefa taka była. Z wszystkimi oprócz Marcina.

Przez ostatnie cztery lata było najciężej. Teściowa słabła, przestała wychodzić z domu. Woziłam ją do lekarza, do apteki, na kontrole. Kazimierz pomagał, kiedy trzeba było ją podnieść albo przetransportować na wózku - tego nie mógł zrobić nikt inny, bo Genowefa ważyła swoje - ale codzienność spadła na mnie. Gotowanie, sprzątanie, pranie pościeli, pilnowanie leków. Marcin dzwonił w niedziele. Czasem w środy. Pytał - jak mama, i Genowefa mówiła - dobrze, Marcinku, dobrze - głosem, którego przy mnie nigdy nie słyszałam.

Umarła w lutym, w czwartek, w szpitalu. Ja byłam przy niej. Marcin przyjechał na pogrzeb.

Miesiąc później spotkaliśmy się u notariusza. Kazimierz, ja i Marcin. Notariusz otworzył testament i przeczytał.

Genowefa zapisała mieszkanie Marcinowi.

Nie majątek - nie było żadnego majątku oprócz tego mieszkania na trzecim piętrze, z widokiem na parking i plac zabaw. Meblościanka z lat dziewięćdziesiątych, telewizor, który sama jej kupiłam trzy lata temu, serwetki szydełkowe na każdej powierzchni. To mieszkanie - jedyna rzecz, którą Genowefa miała - poszło do syna, który przyjeżdżał na Wielkanoc.

Kazimierz zbladł. Nie powiedział ani słowa, tylko ściskał mnie za rękę tak mocno, że nazajutrz miałam siniaki.

Marcin też milczał. Patrzył w podłogę, jakby sprawdzał, czy kafle się zgadzają.

- Czy państwo mają pytania? - zapytał notariusz.

Nie miałam pytań. Miałam dwadzieścia sześć lat sobót, które właśnie ułożyły się w zdanie, którego nie umiałam do końca przeczytać.

W samochodzie Kazimierz uderzył pięścią w kierownicę.

- Wiedziałem - powiedział. - Zawsze wiedziałem, że Marcin jest jej ulubiony. Ale żeby tak?

- Kazik, to jej mieszkanie - odpowiedziałam. - Mogła z nim zrobić, co chciała.

Nie dlatego, że tak myślałam. Dlatego, że jedno z nas musiało powiedzieć coś rozsądnego, a Kazimierz nigdy do tego nie był stworzony.

Wieczorem zadzwonił Marcin. Do mnie, nie do brata.

- Lucyna, ja nie wiedziałem - powiedział. - Przysięgam, nie wiedziałem.

Uwierzyłam mu. I to było najgorsze - bo gdybym mogła go znienawidzić, byłoby łatwiej.

Przez następne tygodnie Kazimierz chodził po domu jak duch. Nie wściekły, nie złamany - po prostu cichy. Cichy w sposób, który mnie przerażał bardziej niż krzyk. Nie mówił o matce, nie mówił o bracie, nie mówił o testamencie. Jakby te dwadzieścia sześć lat po prostu wyparował z historii.

Ja myślałam o innym. O tym, że przez te wszystkie soboty Genowefa patrzyła na mnie i widziała kogoś, kto przychodzi z obowiązku, nie z miłości. Może miała rację. Może przestałam ją lubić gdzieś w okolicach dziesiątego roku, kiedy powiedziała przy rodzinie, że Kazimierz mógł lepiej trafić. Może Genowefa zostawiła mieszkanie jedynemu dziecku, które - jak jej się wydawało - przychodziło, bo chciało, a nie dlatego, że musiało.

A może po prostu bardziej kochała Marcina. I żaden testament tego nie zmieni ani nie wytłumaczy, bo miłość nie jest sprawiedliwa i nigdy nie była.

W maju Marcin wystawił mieszkanie na sprzedaż. Zadzwonił do Kazimierza z propozycją - połowa pieniędzy dla was. Kazimierz odmówił. Powiedział - nie chcę ani złotówki z tego mieszkania.

Ja bym wzięła. Ale to nie była moja decyzja.

Ostatni raz byłam na tym trzecim piętrze, kiedy Marcin poprosił mnie o pomoc w pakowaniu. Nie potrafiłam odmówić - dwadzieścia sześć lat nawyku to silniejsza rzecz niż żal. Składałam serwetki szydełkowe, owijałam kryształowy wazon w gazetę, zdejmowałam firanki, które sama wieszałam dwa lata temu. Na lodówce wisiało zdjęcie z rodzinnego obiadu - Genowefa pośrodku, Marcin po prawej, Kazimierz po lewej, ja poza kadrem, bo robiłam zdjęcie.

Tak naprawdę to chyba o tym jest ta cała historia. Dwadzieścia sześć lat za kadrem.

Kiedy wychodziłam z siatką pełną serwetek, sąsiadka z drugiego piętra zatrzymała mnie na klatce.

- Pani Lucyno - powiedziała - pani teściowa zawsze mówiła, że bez pani by nie dała rady.

Nie odpowiedziałam. Zeszłam po schodach, wsiadłam do samochodu i przez chwilę siedziałam w ciszy. Bo nie wiedziałam, czy to miało być pocieszenie, czy po prostu kolejne zdanie, które niczego nie zmienia.