Wnuk ma dwanaście lat i nie chce u mnie nocować, bo "babcia nie ma Wi-Fi". Zainstalowałam internet, kupiłam router - córka pomogła przez telefon.
Sprzedawca w sklepie z elektroniką patrzył na mnie tak, jakbym przyszła kupić prom kosmiczny. Trzymałam w ręku kartkę, na której córka napisała: "router, dwuzakresowy, 5 GHz". Litery były duże, wyraźne, jakby pisała dla dziecka. W pewnym sensie pisała.
- Dla pani to będzie w zupełności wystarczający - powiedział chłopak, podając mi białe pudełko. - Zasięg na całe mieszkanie.
Chciałam powiedzieć, że moje mieszkanie to czterdzieści osiem metrów w bloku na Sokołowskiej i żaden zasięg nie jest tu wyzwaniem. Ale nie powiedziałam. Zapłaciłam sto czterdzieści złotych i wyszłam z torbą, w której leżała moja ostatnia nadzieja na weekendy z wnukiem.
Olek przestał u mnie nocować w październiku. Nie z dnia na dzień - to się działo stopniowo, jak z tymi żabami, które się gotuje na wolnym ogniu. Najpierw zaczął pytać, o której po niego przyjadą. Potem - czy może zabrać tablet. W końcu, w pierwszy weekend listopada, Agnieszka zadzwoniła i powiedziała tym swoim ostrożnym głosem:
- Mamo, Olek mówi, że nie chce jechać, bo u ciebie nie ma internetu.
Dwanaście lat. Dwanaście lat temu trzymałam go w szpitalu, jeszcze mokrego i pomarszczonego, i obiecywałam mu, że będzie najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Teraz byłam babcią bez Wi-Fi. Babcią, u której jest nudno.
Trzydzieści lat na poczcie w Siedlcach nauczyło mnie jednego - każdy problem ma formularz, procedurę i rozwiązanie. Przez tydzień dzwoniłam do operatorów, porównywałam oferty, pytałam sąsiadkę Halinę, co ona ma i ile płaci. Halina powiedziała, że siedemdziesiąt miesięcznie, ale za to wnuczka przyjeżdża co weekend. Przekonała mnie ostatecznie.
Technik przyszedł we wtorek. Młody chłopak, uprzejmy, przewiercił mi ścianę w przedpokoju i zostawił pudełko z migającymi zielonymi światełkami. Router podłączyłam sama, z Agnieszką na głośniku.
- Mamo, teraz wejdź w ustawienia i wpisz hasło.
- Jakie ustawienia? Gdzie?
- W przeglądarce. Wpisz ten adres, co ci podałam.
Czterdzieści minut. Tyle trwała konfiguracja, którą Olek pewnie zrobiłby w trzy. Pod koniec Agnieszka się śmiała, ja prawie płakałam, a router migał spokojnie, jakby nic się nie stało.
W piątek po południu Olek stał w moich drzwiach z plecakiem. Nie widziałam go pięć tygodni. Wydawał mi się wyższy, chudszy, z tym nowym wyrazem twarzy, który dwunastolatki ćwiczą przed lustrem - trochę znudzonym, trochę nieobecnym.
- Cześć, babciu.
- Olku, ale wyrosłeś! Wchodź, zrobiłam naleśniki z serem, te co lubisz.
Wszedł, zdjął buty i od razu zapytał:
- Jakie jest hasło do Wi-Fi?
Podałam mu karteczkę. Zapisałam wcześniej dużymi literami, żeby nie dyktować. Olek spojrzał, wpisał coś w telefon, skinął głową i poszedł do pokoju gościnnego. Do pokoju, w którym stoi jego łóżko z kołdrą w piłki, półka z książkami, które mu czytałam, i stary globus, który kręcił godzinami, gdy miał sześć lat.
Zamknął drzwi.
Naleśniki stygły na talerzu. Ja stałam w kuchni i słuchałam ciszy. Nie - nie ciszy. Słyszałam stłumione dźwięki z jego telefonu. Jakieś strzały, wybuchy, głosy mówiące po angielsku. Przez ścianę, cienką jak w każdym bloku z wielkiej płyty, dochodziło do mnie życie mojego wnuka, do którego nie miałam dostępu.
Po godzinie zapukałam.
- Olku, naleśniki.
- Za chwilę, babciu.
Za chwilę trwała kolejną godzinę. Potem następną. Zrobiłam herbatę, obejrzałam wiadomości, podlałam kwiaty. O siódmej zapukałam ponownie.
- Chodź na kolację. Zrobiłam jeszcze gołąbki.
Przyszedł. Usiadł przy stole z telefonem w ręku. Jadł jedną ręką, drugą scrollował ekran. Nie patrząc na mnie, powiedział:
- Babciu, u ciebie internet jest wolniejszy niż u Kuby.
Kuba to jego kolega. Nie wiem, kim jest Kuba, gdzie mieszka, co robią jego dziadkowie. Wiem tylko, że u Kuby jest szybciej.
- Może wystarczy do tego, co potrzebujesz? - zapytałam.
- Laguje mi na filmach.
Nie wiedziałam, co znaczy „laguje". Nie zapytałam. Zebrałam talerze, umyłam, wytarłam blat. Olek wrócił do pokoju. Słyszałam, jak rozmawia przez te swoje słuchawki z kimś, kogo nazywał „Dżejkob". Śmiał się. Dawno nie słyszałam, żeby się tak śmiał. Tylko że ten śmiech nie był do mnie.
O dziesiątej zajrzałam powiedzieć dobranoc. Leżał na łóżku z twarzą oświetloną niebieskim światłem ekranu.
- Dobranoc, Olku.
- Hm.
Zamknęłam drzwi i usiadłam w kuchni przy stole, na którym stał nienaruszony talerz z naleśnikami. Za oknem latarnia oświetlała parking i trzy brzozy, które rosły tu, odkąd się wprowadziłam. Miałam wtedy trzydzieści lat, Agnieszka chodziła do drugiej klasy, a internet był czymś, o czym mówili w wiadomościach.
Zadzwoniłam do córki.
- I co, cieszył się? - zapytała Agnieszka.
- Bardzo - powiedziałam. - Zjadł naleśniki, rozmawiamy.
Skłamałam. Skłamałam własnej córce, bo wstydziłam się prawdy. Prawdy, że kupiłam wnukowi powód do przyjazdu, a on przyjechał i zamknął się w pokoju z tym powodem.
Rano Olek zjadł płatki z mlekiem, patrząc w telefon. Spytałam, czy chce iść do parku, jak kiedyś. Wzruszył ramionami. Zaproponowałam planszówkę, którą mu kupiłam na urodziny - „Catan", bo Agnieszka mówiła, że takie są teraz modne.
- Może później, babciu.
Później nie przyszło. O drugiej zadzwonił Agnieszki mąż, że może podjechać wcześniej. Olek spakował się w pięć minut. W drzwiach przytulił mnie krótko, mechanicznie, i powiedział:
- Fajnie było, babciu. Pa.
Fajnie było. Fajnie. Stałam w drzwiach i patrzyłam, jak wsiada do samochodu. Nie odwrócił się.
Router na komodzie w przedpokoju migał swoimi zielonymi światełkami. Działał bez zarzutu. Technicznie wszystko było w porządku. Sieć miała zasięg na całe mieszkanie.
Wieczorem wyłączyłam go z prądu. Nie wiem dlaczego - to był odruch. Potem włączyłam z powrotem, bo pomyślałam, że może Olek napisze. Nie napisał.
W poniedziałek zadzwoniłam do Haliny.
- I jak? - zapytała.
- Był. Podłączył się.
- Wnuczka u mnie tak samo - westchnęła Halina. - Ale przynajmniej przyjeżdża. Przynajmniej jest w pokoju obok.
Przynajmniej jest w pokoju obok. Rozważałam to zdanie przez cały wieczór. Może Halina miała rację. Może to jest teraz ten nowy układ - wnuk w pokoju gościnnym z telefonem, babcia w kuchni z herbatą, a między nimi ściana z wielkiej płyty i sieć Wi-Fi, która ich łączy i jednocześnie dzieli.
Ale następnego dnia rano obudziłam się z inną myślą. Olek ma dwanaście lat. Ja mam sześćdziesiąt trzy. Nie muszę wygrywać z internetem. Nie muszę być szybsza niż Kuba. Muszę być tym, czego Kuba i internet mu nie dadzą. Tylko muszę jeszcze wymyślić, co to jest.
Wyciągnęłam z szafy stary album ze zdjęciami. Olek jako niemowlę w moich ramionach. Olek na rowerku na parkingu pod blokiem. Olek z brudną buzią po truskawkach z działki. Wybrałam trzy zdjęcia i wysłałam mu przez tego WhatsAppa, którego Agnieszka mi zainstalowała.
Pod spodem napisałam: „Pamiętasz te truskawki? W czerwcu znów będą."
Odpowiedział po dwóch godzinach. Jedno słowo i żółta buźka.
"Pamiętam 😊"
Nie było to wiele. Ale router migał na komodzie, a ja po raz pierwszy od tygodni wiedziałam, po co tam stoi.