Synowa zadzwoniła w niedzielę: „Mamo, weźmiesz Zosię na dwa tygodnie? Jedziemy z Marcinem na Kretę, zasłużyliśmy". Spakowałam łóżeczko, kupiłam kaszki, odwołałam wizytę u kardiologa. W dniu, w którym mieli ją odebrać, dostałam SMS-a: „Zostajemy jeszcze tydzień, dasz radę, prawda?"
Dałam radę. Oczywiście, że dałam radę. Bo babcie zawsze dają radę - nawet wtedy, kiedy serce łomocze tak, że trzeba się oprzeć o framugę i odczekać, aż świat przestanie wirować.
Mam na imię Genowefa, chociaż wszyscy mówią na mnie Genia. Sześćdziesiąt cztery lata, trzydzieści osiem lat w zawodzie pielęgniarki, dwa lata na emeryturze. Mieszkam sama w bloku na osiedlu Zaodrze w Opolu, w tym samym mieszkaniu, w którym wychowałam Marcina. Mąż Józef odszedł osiem lat temu - wylew, w nocy, nawet nie zdążyłam zadzwonić po karetkę. Od tamtej pory jest cicho. Czasem zbyt cicho.
Kiedy Paulina - synowa - zadzwoniła tamtej niedzieli w maju, akurat szykowałam się na poranną mszę. Telefon zawibrował na komodzie, a ja zobaczyłam na ekranie „Paulinka" i poczułam to dziwne ściśnięcie, które zawsze czuję, kiedy dzwoni rodzina syna. Bo Paulina dzwoni albo z prośbą, albo z pretensją. Nic pomiędzy.
- Mamo, słuchaj, mamy z Marcinem taką okazję na Kretę. Last minute. Ale Zosi nie weźmiemy, za mała na taki lot. Mogłabyś ją wziąć na te dwa tygodnie?
Nawet nie spytała, jak się czuję. Nie spytała, czy mam plany. A miałam. Wizytę u kardiologa, na którą czekałam cztery miesiące. Cztery miesiące, bo tak wygląda kolejka na NFZ w Opolu. Doktor Wieczorek, jedyny w mieście, któremu ufam. Ale co miałam powiedzieć? Że nie wezmę własnej wnuczki, bo mam wizytę u lekarza?
Odwołałam wizytę następnego dnia. Pani w rejestracji westchnęła do słuchawki. Nowy termin - wrzesień. Pomyślałam, że jakoś wytrzymam. Przecież nic mi nie jest, tylko czasem ten ucisk w klatce piersiowej i zadyszka na schodach. Nic takiego.
Zosia przyjechała w poniedziałek rano. Paulina wniosła różowy walizeczek, torbę z pampersami i foliową reklamówkę z kaszkami. Instrukcje podała jak z kartki: Zosia je o siódmej, o dwunastej i o osiemnastej. Zosia nie je marchewki. Zosia musi mieć białego misia do snu. Zosia nie ogląda bajek dłużej niż dwadzieścia minut.
- A jak coś będzie nie tak, to dzwońcie - powiedziała Paulina, już jedną nogą za drzwiami.
Marcin nawet nie wszedł. Stał pod blokiem, przy samochodzie, z telefonem w ręku. Kiedy wychyliłam się przez balkon, żeby pomachać, nie patrzył w górę.
Pierwsze dni były cudowne. Zosia ma dwa i pół roku i jest w tym wieku, kiedy każdy kamyk na chodniku to skarb, a gołąb na ławce - wydarzenie dnia. Chodziłyśmy do parku nad Odrę, piekłyśmy babki z piasku, rysowałyśmy kredą na chodniku przed blokiem. Sąsiadka Jadzia z drugiego piętra powiedziała, że odmłodniałam o dziesięć lat. Ja czułam, że postarzeję o dwadzieścia.
Bo Zosia nie śpi. Znaczy - śpi, ale budzi się o piątej rano z energią reaktora jądrowego. A ja o piątej rano mam nogi jak z waty i głowę jak w akwarium. Kładłam się spać o dziesiątej, bo po ósmej wieczór nie byłam w stanie złożyć zdania. Pranie, gotowanie, spacer, zabawa, kąpiel, kolacja. I od nowa.
Dzwoniłam do Marcina co dwa dni. Rozmowy trwały po trzy minuty.
- Cześć mamo, wszystko dobrze? Super, tu pięknie, Paulina się opala, buziak dla Zosi. Pa!
W połowie drugiego tygodnia - w czwartek, pamiętam, bo akurat Zosia wreszcie zasnęła po obiedzie i ja też próbowałam się zdrzemnąć - przyszedł ten SMS. Od Pauliny. Nie telefon, nie rozmowa. SMS.
„Mamo, jest taka okazja, że możemy zostać jeszcze tydzień. Hotel dał zniżkę. Dasz radę z Zosią, prawda? Buziaki!"
Siedziałam na kanapie z telefonem w ręku i patrzyłam na ekran. „Dasz radę, prawda?" Nie pytanie, nie prośba. Stwierdzenie faktu z uprzejmym znakiem zapytania. Bo babcia da radę. Babcia zawsze da radę. Po to jest babcia.
Odpisałam: „Dobrze". Jedno słowo. Nawet nie postawiłam emotikona, chociaż Paulina lubi emotikony. Nie miałam siły.
Trzeci tydzień był najgorszy. Zosia zaczęła ząbkować kolejny ząb i płakała nocami tak, że sąsiad z dołu zapukał w sufit. Kołysałam ją po mieszkaniu o trzeciej w nocy, a serce waliło mi tak, jakby chciało wyrwać się z klatki piersiowej. Ręce mi się trzęsły. Myślałam - to zmęczenie. To nerwy. Nic takiego.
W sobotę rano, kiedy schylałam się po piłeczkę, którą Zosia rzuciła pod stół, zrobiło mi się ciemno przed oczami. Przysiadłam na podłodze. Zosia podeszła, położyła mi rączkę na policzku i powiedziała: „Baba boli?". Dwa i pół roku, a widziała więcej niż jej rodzice.
Wrócili w niedzielę wieczorem. Opaleni, wypoczęci, w dobrych humorach. Paulina weszła, rozejrzała się po mieszkaniu i powiedziała:
- O, a czemu łóżeczko stoi w salonie? Przecież mówiłam, żeby w sypialni.
Marcin wziął Zosię na ręce. Zosia się rozpłakała, bo po trzech tygodniach babcia była jej najbliższą osobą na świecie. Paulina powiedziała: „No widzisz, rozbestwiłaś ją".
Nie odpowiedziałam. Pomogłam spakować rzeczy, podałam torbę z wypranymi ubraniami Zosi, worek z zabawkami. Paulina w drzwiach rzuciła przez ramię:
- Dzięki, mamo. Jak będziemy potrzebować, to się odezwiemy. Może w sierpniu, bo Kasia z pracy poleca Bułgarię.
Zamknęłam drzwi. Usiadłam w kuchni. Cisza - ta sama cisza co zawsze, ale jakaś inna. Nie samotna. Moja.
Następnego dnia rano zadzwoniłam do rejestracji i błagałam o wcześniejszy termin u kardiologa. Pani powiedziała, że jest jedno wolne miejsce za dwa tygodnie - ktoś się wypisał. Wzięłam natychmiast.
We wtorek wieczorem zadzwonił Marcin. Głos miał lekki, beztroski.
- Mamo, słuchaj, Paulina mówi, że w sierpniu moglibyśmy...
- Nie - powiedziałam.
Cisza. Marcin chyba nie znał tego słowa z moich ust.
- Nie? Jak to, nie?
- Marcin, ja odwołałam wizytę u kardiologa, żeby zaopiekować się Zosią. Czekałam na nią cztery miesiące. Mam sześćdziesiąt cztery lata i tłukące serce, a wy przedłużyliście sobie wakacje SMS-em. Kocham Zosię. Ale nie jestem darmowym przedszkolem, które można zamknąć i otworzyć, kiedy wam wygodnie.
Marcin milczał.
- Mamo, nie wiedziałem o tym kardiolgu...
- Bo nie spytałeś.
Tego wieczoru długo siedziałam na balkonie. Było ciepło, z parku ciągnął zapach lipowego kwiecia. Myślałam o Józefie, który zawsze mówił: „Geniu, ty się za bardzo starasz. Dla wszystkich starasz się, a o siebie to w ostatniej kolejności". Miał rację. Jak zwykle miał rację.
Zosia ma dwa i pół roku. Cały świat przed nią. A ja chcę ten świat jeszcze trochę oglądać - ale na własnych warunkach. Nie przez telefon z SMS-em, na który jedyną dopuszczalną odpowiedzią jest „dobrze".
Babcie dają radę. Ale czasem „dać radę" oznacza powiedzieć: nie.