Przepisałam mieszkanie na syna za dożywocie. Przez pierwsze pół roku wszystko było dobrze. Potem zaczął remontować - i zaproponował, żebym na czas remontu zamieszkała u siostry.

Gdybym mogła cofnąć się do tamtego dnia u notariusza, kiedy podpisywałam umowę dożywocia, pewnie i tak bym podpisała.

Bo wtedy patrzyłam na Marcina i widziałam chłopca, który w trzeciej klasie przyniósł mi z podwórka bukiet z mniszka lekarskiego, bo płakałam po telefonie od ojca. Problem w tym, że Marcin dawno przestał być tym chłopcem. A ja za późno to zauważyłam.

Mieszkanie dostałam po mamie. Trzy pokoje na Czubach, trzecie piętro, balkon na południe. Nic luksusowego - zwykły blok z lat osiemdziesiątych, ale utrzymany, ciepły, z widokiem na park. Trzydzieści lat tam mieszkałam. Najpierw z mężem Zdzisławem, potem sama, bo Zdzisław odszedł na zawał, kiedy Marcin miał dwanaście lat.

Przez następne dwadzieścia lat pracowałam w aptece na Bronowicach, wychowałam syna, opłaciłam mu studia, pomagałam przy ślubie z Natalią. Na emeryturze miałam wreszcie spokój - kwiaty na balkonie, spacer do parku, herbata z cytryną o czwartej. Moje rytuały. Moje ściany.

Marcin wpadł z pomysłem przepisania mieszkania dwa lata temu, tuż po tym, jak urodziła im się Hania. Przyjechał w niedzielę, usiadł w kuchni, jadł sernik i mówił, że chce mieć pewność. Że mieszkania drożeją, że procedury spadkowe trwają latami, że lepiej załatwić za życia. Że on się mną zajmie - przecież to dożywocie, mam prawo tam mieszkać do końca.

- Mamo, to tylko formalność - powtarzał. - Nic się nie zmieni. Będziesz tu mieszkać jak zawsze.

Natalia siedziała obok i kiwała głową. Uśmiechała się tym swoim uśmiechem, który zawsze wydawał mi się odrobinę zbyt grzeczny. Ale wtedy pomyślałam: nie bądź złośliwa, Jolanta. Synowa się stara, a ty szukasz dziury w całym.

Podpisałam. U notariusza w centrum, w poniedziałek rano. Notariusz wyjaśnił mi wszystko - obowiązki Marcina, moje prawa, konsekwencje. Zapytał, czy jestem pewna. Byłam pewna.

Przez pół roku rzeczywiście nic się nie zmieniło. Marcin dzwonił w niedziele, Natalia przysyłała zdjęcia Hani. Normalnie. A potem, w styczniu, Marcin przyjechał z teczką próbek farb i katalogiem podłóg.

- Mamo, chcemy zrobić remont. Wymienić okna, panele, łazienkę. Ale wiesz, jak to jest - kurz, hałas, robotnicy. Może na ten czas zamieszkasz u cioci Władzi? Dwa, trzy miesiące, nie dłużej.

Ciocia Władzia to moja siostra. Starsza o cztery lata, mieszka sama na Kalinowszczyźnie, w kawalerce po mężu. Zadzwoniłam do niej tego samego wieczoru. Władzia powiedziała: przyjeżdżaj, zmieścimy się, będzie weselej.

Spakowałam dwie walizki. Zabrałam album ze zdjęciami, kubek z apteki, w którym piłam herbatę od piętnastu lat, i szlafrok. Resztę zostawiłam. Przecież wracam za dwa miesiące.

To było w lutym zeszłego roku.

Przez pierwszy miesiąc Marcin dzwonił regularnie. Że ekipa się spóźnia. Że okna zamówione, ale termin realizacji się przesunął. Że hydraulik znalazł coś w rurach i trzeba wymienić pion. Każda rozmowa kończyła się tym samym zdaniem: jeszcze trochę, mamo.

Po trzech miesiącach zaczęłam pytać konkretniej. Kiedy mogę wrócić? Marcin się irytował. Mówił, że nie rozumiem, że remont to nie jest pomalowanie ścian. Że Natalia nadzoruje, że robi, co może. Że mam cierpliwość.

Po pół roku pojechałam na Czuby zobaczyć, co się dzieje. Klatka schodowa wyglądała normalnie. Na drzwiach - nowa wkładka, mój klucz nie pasował. Zadzwoniłam. Nikt nie otworzył. Zadzwoniłam do Marcina - nie odbierał. Oddzwonił wieczorem.

- Mamo, zmieniłem zamki, bo robotnicy potrzebowali nowy komplet kluczy. Dam ci, jak będę w Lublinie.

Kluczy nie dostałam do dziś.

U Władzi kawalerka ma dwadzieścia osiem metrów. Śpię na rozkładanej kanapie w pokoju, Władzia w swoim łóżku za regałem. Dwie dorosłe kobiety w przestrzeni, w której ciężko się minąć w przedpokoju. Władzia jest cierpliwa, ale widzę, jak czasem zaciska usta, kiedy o siódmej rano słyszy, że już się kręcę po kuchni, bo nie mogę spać. Widzę, że brakuje jej samotności, do której przywykła. Nie mówi tego, ale ja to czuję. Bo ja bym czuła to samo.

W październiku córka Marcina miała roczek. Pojechałam na urodziny Hani do ich mieszkania - wynajmują dwupokojowe na Węglinie. Natalia podawała ciasto, Marcin bawił się z małą. Na ścianie w przedpokoju wisiało zdjęcie wnętrza - białe meble, szare panele, nowoczesna łazienka. Pomyślałam, że to z katalogu.

- Ładne - powiedziałam, wskazując zdjęcie.

Natalia spojrzała na Marcina. Marcin spojrzał na podłogę.

- To z mieszkania na Czubach - powiedziała cicho Natalia. - Już prawie skończone.

Prawie skończone. Od dziesięciu miesięcy nie mogę tam wejść, a ono jest prawie skończone.

Wieczorem, kiedy Władzia zasnęła, zadzwoniłam do Marcina. Ręce mi się trzęsły tak, że ledwo trafiałam w numer.

- Kiedy wracam do domu, Marcin?

Cisza. Długa, ciężka cisza, w której słyszałam, jak oddycha.

- Mamo, musimy porozmawiać. My z Natalią... myśleliśmy, że może lepiej by było, gdyby Hania miała swój pokój. Tam jest więcej miejsca niż tu, na Węglinie. A ty u cioci Władzi...

- To moje mieszkanie, Marcin.

- Nie, mamo. Prawnie to moje mieszkanie. Ty masz dożywocie. I ja tego nie kwestionuję. Ale może moglibyśmy... jakoś inaczej to zorganizować.

Odłożyłam słuchawkę. Siedziałam w ciemności, w kawalerce mojej siostry, na kanapie, na której bolą mnie plecy, i próbowałam zrozumieć, co właśnie usłyszałam. Że mój syn - ten sam, który przynosił mi mniszki lekarskie - właśnie powiedział mi, że nie chce, żebym wróciła do własnego domu.

Następnego dnia poszłam do prawnika. Dowiedziałam się, że mogę żądać rozwiązania umowy dożywocia przez sąd, jeśli Marcin nie wywiązuje się z obowiązków. Że to będzie trudne, długie i bolesne. Że syn stanie po drugiej stronie sali rozpraw.

- Pani Jolanto - powiedział prawnik, zdejmując okulary - proszę najpierw z nim porozmawiać. Naprawdę porozmawiać. Sąd to ostateczność.

I ja chcę z nim porozmawiać. Naprawdę porozmawiać. Ale za każdym razem, kiedy wybieram jego numer, słyszę w głowie to zdanie: prawnie to moje mieszkanie. I odkładam telefon.

Władzia wczoraj zapytała, czy ugotować rosół. Powiedziałam, że tak, chociaż w jej kuchni ledwo mieści się jeden garnek na palnikach. Stałyśmy obie w tej malutkim kuchni - ona kroiła marchewkę, ja obierałam pietruszkę - i nagle powiedziała:

- Jolka, ty tu możesz zostać, ile chcesz. Ale walcz o swoje. Bo nikt za ciebie nie będzie walczył.

Miała rację. Nikt nie będzie.

Mam sześćdziesiąt dwa lata. Przepracowałam trzydzieści lat w aptece. Wychowałam syna sama. Spłaciłam mieszkanie. I teraz śpię na rozkładanej kanapie u siostry, bo ten syn uznał, że moje trzy pokoje bardziej przydadzą się jemu.

Jutro idę do sądu złożyć wniosek. Nie dlatego, że nie kocham Marcina. Kocham. Ale wreszcie zrozumiałam, że miłość, która pozwala ci zabrać komuś dom, nie jest miłością. To jest wygoda, która ma twarz mojego syna.