Córka powiedziała, że nie ma pieniędzy na moje leki - bo "ciężkie czasy". Nigdy nie umiałam liczyć pieniędzy na głos. Może dlatego tak długo nie zauważyłam, że moja córka liczy je za mnie - i nie na moją korzyść.

To był czwartek, początek marca. Pamiętam, bo rano padał ten paskudny śnieg z deszczem, który w Częstochowie potrafi ciągnąć się tygodniami. Stałam przy oknie w kuchni i przeliczałam w głowie, ile tabletek mi jeszcze zostało. Wyszło, że na cztery dni. Zadzwoniłam do Renaty.

Córka odebrała po piątym sygnale. Słyszałam w tle telewizor i głos Oli, mojej wnuczki. „Mamo, nie mogę teraz rozmawiać, jestem zajęta." Powiedziałam, że to pilne. Że skończyły mi się leki na osteoporozę - te, których NFZ nie refunduje. Że potrzebuję pieniędzy do końca tygodnia, bo emerytura dopiero dwudziestego.

Cisza. Potem westchnienie - takie znużone, jakby prosiła ją nie matka, tylko ktoś obcy na ulicy.

„Mamo, ciężkie czasy. Darek miał mniejszą wypłatę, Ola potrzebuje pieniędzy do szkoły, rachunki poszły w górę. Nie dam rady w tym miesiącu."

Powiedziałam: dobrze. Nie powiedziałam: a co z moimi kośćmi, które z każdym miesiącem bez leku robią się coraz bardziej kruche. Nie powiedziałam: lekarz mówił jasno - jedno złamanie biodra i mogę już nie wstać. Odłożyłam słuchawkę i zrobiłam sobie herbatę, bo to jedyne, na co mnie było stać bez niczyjej pomocy.

Przez dwadzieścia osiem lat chodziłam na pocztę na Stradomskiej. Sortowałam, ważyłam, stemplowałam, stałam za okienkiem. Uśmiechałam się do ludzi, którzy przynosili przekazy i rachunki.

Kiedy odchodziłam na emeryturę, dostałam dyplom w ramce i bukiet goździków. Emerytura wyszła taka, że lepiej było nie liczyć. Po opłaceniu mieszkania, prądu, gazu i jedzenia zostawało mi tyle, co nic. Na leki brakowało.

Renata zaproponowała układ półtora roku temu. „Mamo, będę ci dopłacać do tych leków, nie martw się." Byłam wdzięczna. Nie chciałam prosić, ale prosiłam - i Renata dawała. Regularnie, bez marudzenia.

Czułam się przez to mniejsza za każdym razem, ale bez tych pieniędzy po prostu bym nie funkcjonowała. Lekarz mówił jasno: bez tych leków kości robią się jak gąbka - jedno potknięcie, złamanie biodra i koniec samodzielności.

Potem coś się zmieniło. W styczniu Renata dała wyraźnie mniej niż zwykle. „Dopłacę za tydzień" - nie dopłaciła. W lutym jeszcze mniej, z przeprosinami. A w marcu - ten telefon. Ciężkie czasy.

Nie zadzwoniłam do nikogo innego, bo nie miałam do kogo. Siostra Janka mieszka pod Lublinem, ma własne problemy zdrowotne. Koleżanki z poczty - niby utrzymujemy kontakt, ale pożyczać pieniądze to co innego niż pić razem kawę.

Poszłam do apteki zapytać o coś tańszego. Pani farmaceutka sprawdziła w komputerze i pokręciła głową. „Na osteoporozę tańszych zamienników nie ma za dużo, a te które są - i tak nierefundowane." Popatrzyła na mnie ze współczuciem. Wyszłam bez niczego.

Wróciłam do domu z pustymi rękami i strachem, który od tamtej pory nie odchodził.

A potem, tego samego dnia, około piątej po południu - dzwonek do drzwi.

Ola. Moja wnuczka. Szesnaście lat, uśmiech od ucha do ucha, mokre włosy pod kapturem. „Babciu, mogę u ciebie odrobić matmę? U nas remont łazienki, nie da się skupić."

Weszła, zdjęła kurtkę. I wtedy je zobaczyłam.

Buty. Białe, nowe, lśniące. Z tym charakterystycznym logo, które nawet ja rozpoznaję. Adidasy. Nie jakieś z Pepco za osiemdziesiąt złotych. Takie prawdziwe - te, za które nastolatki oddałyby nerkę.

„Ola, nowe buty?" - zapytałam najspokojniej, jak umiałam.

„Tak! Mama kupiła mi na urodziny. Znaczy, wcześniej, bo urodziny dopiero za dwa tygodnie, ale były w promocji. Siedemset złotych, babciu! Normalnie kosztują dziewięćset!"

Siedemset złotych. Promocja. Okazja. Ciężkie czasy.

Nie powiedziałam ani słowa. Zrobiłam Oli kakao, usiadłam obok niej z podręcznikiem i pomagałam z funkcjami kwadratowymi, chociaż ręce mi drżały i nie od matematyki.

Kiedy Ola wyszła, usiadłam w fotelu i patrzyłam na ścianę. Nie płakałam, bo byłam za zmęczona na płakanie. Myślałam. O tym, że moja córka potrafi znaleźć siedemset złotych na buty dla swojego dziecka, ale nie na leki, które utrzymują jej matkę na nogach. I że pewnie w jej głowie to ma sens. Że Ola rośnie, że potrzebuje, że szkoła, że rówieśnicy. Że matka się jakoś obejdzie. Że matka zawsze się jakoś obejdzie.

Przez kolejne dni chodziłam bez leku. Bałam się każdego kroku - że się potknę, że upadnę, że to będzie ten moment, o którym mówił lekarz. Czwartego dnia rano nie wyszłam z domu. Nogi miałam jak z waty, ale bardziej od słabości paraliżował mnie strach. Doczołgałam się do telefonu. Nie zadzwoniłam do Renaty. Zadzwoniłam do Janki.

Siostra przyjechała następnego dnia. Z torbą pełną leków, dwoma słoikami bigosu i miną, która mówiła wszystko.

„Wiesława, czemu mi wcześniej nie powiedziałaś?"

„Bo myślałam, że córka pomoże."

Janka usiadła naprzeciwko mnie i długo milczała. Potem powiedziała: „Zadzwoń do niej i powiedz jej prawdę. Nie że potrzebujesz pieniędzy. Że potrzebujesz, żeby cię traktowała jak człowieka."

Do Renaty zadzwoniłam dopiero po tygodniu. Nie prosiłam o pieniądze. Powiedziałam jej o aptece, o lekach, których nie mogłam kupić, o dniu, kiedy nie wyszłam z domu, o Oli w nowych butach. Mówiłam spokojnie, bez wyrzutów - bo wyrzuty nigdy na Renatę nie działały.

Po drugiej stronie znów cisza. Ale inna niż ta z początku marca. Dłuższa. Cięższa.

„Mamo, ja nie pomyślałam..."

„Wiem, że nie pomyślałaś. Właśnie o tym mówię."

Nie wiem, czy Renata naprawdę zrozumiała. Następnego dnia przelała mi pięćset złotych. Do końca marca zadzwoniła jeszcze dwa razy - krótko, ale zadzwoniła. Czy to wystarczy? Nie mam pojęcia. Wiem jedno - że nie zamierzam już więcej czekać, aż ktoś sobie o mnie przypomni.

Kupiłam sobie taki mały zeszyt. Zapisuję w nim, kiedy biorę leki, ile mi zostało, kiedy muszę kupić następne. Na pierwszej stronie napisałam datę i jedno zdanie: „Nikt nie zadba o mnie lepiej niż ja sama."

Mam sześćdziesiąt siedem lat. Późno na takie odkrycia. Ale najwyraźniej - nie za późno.