Co weekend przyjeżdża "zobaczyć się z psem". Siada w kuchni, pije kawę, opowiada o pracy - jakby nic się nie zmieniło. Przez sześć miesięcy powtarzałam sobie, że następnym razem mu powiem.

Że następna sobota będzie tą ostatnią, kiedy wpuszczę go do kuchni, nastawię wodę na kawę i będę udawać, że to normalne - że mężczyzna, który spakował swoje rzeczy w trzy walizki i wyprowadził się do kawalerki na Zatorzu, może sobie co tydzień siadać przy tym samym stole, głaskać psa i pytać, czy wymienili wreszcie rury na klatce.

Następna sobota zawsze wyglądała tak samo jak poprzednia.

Figa słyszała go pierwsza. Zaczynała merdać ogonem na pięć minut przed dzwonkiem, jakby rozpoznawała silnik jego starego passata jeszcze na parkingu. Ja wtedy odkładałam książkę albo wyłączałam telewizor i szłam do łazienki poprawić włosy. Nie malowałam się - żeby nie pomyślał, że mi zależy. Ale włosy poprawiałam. Przez trzydzieści pięć lat wspólnego życia człowiek uczy się takich kompromisów z własną godnością.

Mam na imię Danuta, w grudniu skończę sześćdziesiąt lat. Od dwudziestu ośmiu pracuję w wydziale komunikacji w Olsztynie - nie tym centralnym, tylko w filii, gdzie ludzie przychodzą po dowody i paszporty.

Wiesław, mój mąż - a właściwie już nie wiem, jak go nazywać, bo rozwodu nie ma, ale małżeństwa też - odszedł w marcu. Bez kochanki, bez awantury, bez tłuczonej zastawy. Powiedział, że się dusi. Że nie chodzi o mnie, tylko o niego. Że musi się zastanowić.

Pytałam: nad czym? Masz sześćdziesiąt jeden lat, Wiesław. Nad czym tu się zastanawiać?

Nie odpowiedział. Zabrał walizki, garnitur, wędki i stary laptop. Figę zostawił. Mieszkanie też zostawił - bo jest moje, jeszcze po rodzicach, przepisane aktem notarialnym, więc nawet gdyby chciał, nie miałby do niego prawa. Ale zostawił też swoją szafkę z narzędziami w przedpokoju. I kubek z napisem "Najlepszy tata" na suszarce. I kapcie pod kanapą.

Córka Ola powiedziała mi wtedy, żebym wyrzuciła te kapcie. Że to niezdrowe, trzymać buty człowieka, który odszedł. Ola ma dwadzieścia osiem lat i takie rzeczy wie z podcastów o toksycznych relacjach. Nie wyrzuciłam. Wsunęłam je głębiej pod kanapę, żeby nie wpadały w oczy.

Pierwszy raz przyjechał dwa tygodnie po wyprowadzce. Zadzwonił wcześniej, grzecznie, jakby umawiał się na wizytę w urzędzie. Czy mogę wpaść zobaczyć Figę? Figa tęskni. Wpuściłam go, bo naprawdę tęskniła - nie jadła dwa dni, leżała pod drzwiami i skomlała. Usiadł na podłodze w korytarzu, pies mu wskoczył na kolana, a ja stałam w drzwiach kuchni i nie wiedziałam, co robić z rękami.

Potem kawę? - zapytałam, bo milczenie było gorsze niż rozmowa.

I tak zostało. Co sobota, koło jedenastej. Dzwonek, Figa szaleje, Wiesław zdejmuje buty w przedpokoju - swoje nowe, bo stare kapcie dalej są pod kanapą - i siada w kuchni. Opowiada o robocie, o kolegach z warsztatu.

Pyta, co u Marcina w Gdańsku. Czasem naprawia coś - ostatnio wymienił uszczelkę w kranie, bo ciekł. Wychodzi po godzinie, czasem dwóch. Głaszcze Figę na pożegnanie, mówi "to cześć" i zamyka za sobą drzwi.

Nigdy nie pyta, czy może wrócić. Ja nigdy nie pytam, dlaczego przychodzi.

Ola wścieka się. Mówi, że Wiesław ma mnie na smyczy, że wykorzystuje moją dobroć, że je ciastko i je ma. Syn Marcin jest spokojniejszy. Dzwoni raz w tygodniu i mówi: mamo, rób jak czujesz. Ale słyszę w jego głosie zmęczenie. Moje dzieci są zmęczone moim małżeństwem i chyba nie mam prawa mieć do nich o to pretensji.

W październiku zadzwoniła koleżanka z pracy, Janka. Powiedziała, że widziała Wiesława w galerii z jakąś kobietą. Blondynka, młodsza. Szli obok siebie, nie za rękę, ale blisko. Janka przepraszała, że mówi, ale uznała, że powinnam wiedzieć.

Tamtą sobotę spędziłam przy oknie. Wiesław przyjechał jak zwykle, o jedenastej. Usiadł w kuchni z kawą i opowiadał, że w warsztacie mają nowego praktykanta, który nie odróżnia klucza imbusowego od płaskiego. Śmiał się. Patrzyłam na niego i myślałam o tej blondynce. O tym, czy on z nią też pije kawę. Czy z nią też naprawia krany.

Nie zapytałam. Zamiast tego powiedziałam, że sernik wyszedł za słodki, i odkroiłam mu drugi kawałek.

Punkt zwrotny przyszedł w listopadzie. Pierwszy tego roku, cmentarz na Poprzecznej. Poszłam na grób rodziców, jak co roku. I zobaczyłam Wiesława - stał przy grobie swoich, dwie alejki dalej, z tą samą blondynką. Trzymała mu świecę, a on poprawiał znicze. Normalnie. Spokojnie. Jak para, która robi to od lat.

Figa przyciągnęła mnie do niego, bo psy nie rozumieją rozwodów. Wiesław zobaczył mnie i zrobił się biały. Kobieta - miała może czterdzieści pięć, ładna twarz, dobry płaszcz - uśmiechnęła się i powiedziała dzień dobry. Odpowiedziałam. Wiesław stał jak słup i milczał.

Wróciłam do domu, usiadłam w kuchni na tym samym krześle, na którym on siadał co sobotę, i płakałam tak głośno, że Figa położyła mi łeb na kolanach i nie ruszała się przez godzinę.

Następna sobota. Wiesław przyjechał jak zwykle. Zdjął buty. Figa merdała ogonem.

Nie nastawiłam wody.

Stałam w drzwiach kuchni i powiedziałam: - Wiesław, nie rób mi tego więcej.

Popatrzył na mnie. Naprawdę popatrzył - pierwszy raz od marca nie na psa, nie na kran, nie na ścianę za moimi plecami.

- Czego ci nie robić? - zapytał cicho.

- Tego. Kawy. Sobót. Udawania, że jesteśmy rodziną, a potem wracania do niej.

Milczał. Figa stała między nami i patrzyła to na niego, to na mnie.

- Ja nie udaję - powiedział w końcu.

- To jest gorsze, Wiesław. Bo ja też nie udaję.

Wyszedł. Nie dokończył kawy, bo jej nie było. Pogłaskał Figę w przedpokoju, włożył buty i stał chwilę przy drzwiach, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć. Nie powiedział.

Od tamtej soboty minęły trzy tygodnie. Nie dzwonił, nie przyjeżdżał. Figa pierwszego weekendu leżała pod drzwiami. Drugiego - pod kanapą, obok jego kapci. Trzeciego - przyszła do mnie na łóżko w nocy i wsunęła mi nos pod rękę.

W mieszkaniu jest ciszej niż kiedykolwiek. Nawet ciszej niż w marcu, kiedy wyjechał - bo wtedy przynajmniej czekałam na sobotę.

Ola mówi, że dobrze zrobiłam. Marcin mówi, że jest ze mnie dumny. Janka przyniosła mi wino i sernik z piekarni na Pieniężnego.

A ja stoję wieczorem w kuchni i patrzę na dwa kubki na suszarce. Jego "Najlepszy tata" i mój zwykły, biały, bez napisu. Powinnam schować ten jego do szafki. Albo wyrzucić. Albo oddać. Ale na razie stoją obok siebie i schnąc, jakby ktoś właśnie z nich pił.

Kapcie dalej są pod kanapą. Jeszcze nie dzisiaj.