Przez dwadzieścia lat myślałam, że wiem, co to przyjaźń. Że znam ten smak - herbata u Jolanty, długie rozmowy przy kuchennym stole, dzieci bawiące się razem w pokoju, kiedy my omawiałyśmy sprawy, których nikomu innemu byśmy nie powiedziały.

Teraz, kiedy siedzę i próbuję to poukładać, widzę wyraźnie: myliłam się. Przyjaźń to jedno. A Jolanta - to było coś innego.

Nie wiem, jak to nazwać do dziś.

Marek stracił pracę w październiku. Nie dramatycznie - nie było awantury, nie było zwolnienia dyscyplinarnego. Firma po prostu się zrestrukturyzowała, jak to się teraz mówi, i jego stanowisko zniknęło razem z połową działu. Przyniósł do domu karton ze swoimi rzeczami, postawił go w przedpokoju i powiedział: "Będę szukał. Jakoś damy radę."

"Jakoś" jest słowem, które potrafię teraz znienawidzić.

Mamy kredyt. Wzięliśmy go sześć lat temu, kiedy wydawało się, że stoimy na solidnym gruncie - ja w urzędzie od piętnastu lat, on w tej firmie od dziesięciu. Rata w każdym miesiącu, jak w zegarku. Tyle że zegarek nagle stanął i nikt nie wiedział, kiedy ruszy z powrotem.

Pierwsze dwa miesiące jakoś się kręciło - odprawy, oszczędności. Ale w grudniu zaczęłam liczyć. I przeliczać. I budzić się o czwartej w nocy z tym liczeniem w głowie.

To wtedy zadzwoniłam do Jolanty.

Znamy się od czasu, kiedy nasze dzieci chodziły do tej samej klasy - ona ma syna Kubę, ja córkę Agatę, siedzieli w jednej ławce przez cztery lata podstawówki. Potem dzieci poszły osobno, ale my zostałyśmy. Tak bywa z matkami - dziecko jest pretekstem, a potem już nie potrzeba pretekstu.

Rozmawiałyśmy dwa, trzy razy w tygodniu. O mężach, o pracy, o tym, że starzejemy się szybciej niż planowałyśmy. Jolanta ma swoje sprawy - mąż Zbyszek zarabia nieźle, ona od lat nie pracuje zawodowo, zajmuje się domem. Czasem mi tego zazdrościła, co mówiła wprost, śmiejąc się przy tym. Czasem ja jej - spokoju, braku pośpiechu, tego, że może odebrać córkę ze szkoły bez patrzenia na zegarek.

Kiedy zadzwoniłam, była środa, późne południe. Usłyszałam jej głos i poczułam ulgę - taką fizyczną, jak kiedy ktoś zdjął ci rękę z piersi.

"Jolanko" - powiedziałam - "muszę ci powiedzieć, bo nie mam do kogo."

I powiedziałam. Wszystko. Że Marek bez pracy od dwóch miesięcy. Że rata kredytu czeka, a my kombinujemy. Że boję się, że nie damy rady przez zimę. Że proszę - żeby nikomu, bo Marek się wstydzi i ja też. Bo tak jest.

Jolanta słuchała. Współczuła. Powiedziała: "Wiesiek, tyle przez was przeszliście, nie możecie sobie teraz nie poradzić." Użyła mojego zdrobnienia, które zna tylko ona i Marek. Zapytała, czy potrzebuję pożyczki - odmówiłam, ale sam fakt, że zapytała, sprawił, że przez chwilę było mi lżej.

Rozłączyłam się i powiedziałam Markowi: "Rozmawiałam z Jolantą. Jest dobrze."

Urodziny Krysi wypadły tydzień później, w sobotnie południe. Krysia mieszka na Sienkiewicza, ma duży salon i jeszcze większą skłonność do zapraszania ludzi - tego roku skończyła pięćdziesiąt pięć lat i postanowiła to uczcie stosownie. Przyszło ze dwadzieścia osób. Sałatki, śledzie, szarlotka własnej roboty, wino i wódka dla chętnych.

Marek nie poszedł - powiedział, że ma rozbity żołądek, ale widziałam, że po prostu nie chciał patrzeć na ludzi, którzy mogą zapytać, jak sprawy. Poszłam sama.

Przez pierwszą godzinę było normalnie. Rozmowy przy stole, żarty, Krysia opowiadała o wnuku. Siedziałam obok Jolanty - przyszła z Zbyszkiem, który szybko odłączył się do męskiej grupki w przedpokoju. Byłyśmy razem, jak zwykle.

Potem podeszła Marta. Znamy się z widzenia - sąsiadka Krysi, wysoka kobieta z jasną grzywką, pracuje chyba gdzieś w banku. Nigdy nie rozmawiałyśmy dłużej niż przy "dzień dobry".

Podeszła, pochyliła się trochę i powiedziała, zupełnie bez złośliwości, raczej z taką niewinną troską: "Wiesław, słyszałam, że macie teraz ciężko. Że Marek bez pracy i... no, że ledwo wiążecie koniec z końcem. Jak wy w ogóle z tym kredytem?"

Zamarłam.

Naprawdę zamarłam - nie metaforycznie, tylko dosłownie: widelec w powietrzu, kęs śledzia w połowie drogi, słowa Marty kręcące się w głowie jak źle nastawiona płyta. Ledwo wiążecie koniec z końcem. To moje słowa. Powiedziałam je dokładnie tak - Jolancie, przez telefon, tydzień temu.

Odwróciłam głowę.

Jolanta siedziała dwa miejsca ode mnie. Patrzyła w talerz. Kroiła coś - szarlotkę, chyba - i kroiła, i kroiła, chociaż kawałek był już dawno odcięty.

Nie spojrzała na mnie ani razu.

Marta coś jeszcze mówiła - że na pewno sobie poradzimy, że teraz tak wielu ludzi ma podobnie, że Zbyszek jej mąż też kiedyś... Odpowiadałam automatycznie. "Tak, dziękuję, jakoś damy radę." Uśmiech przyklejony do twarzy, ręce złożone spokojnie na stole, a w środku coś zimnego i nieruchomego.

Przy deserze Jolanta wyszła do łazienki. Kiedy wróciła, usiadła na innym miejscu - bliżej Krysi, dalej ode mnie. Nie wiem, czy to był przypadek. Wolę myśleć, że tak.

Do domu wróciłam przed Markiem - on poszedł po lekarstwa do całodobowej. Usiadłam w kuchni i przez kwadrans patrzyłam na blat. Potem zrobiłam herbatę, wypiłam ją zimną, bo zapomniałam, że stoi.

Marek zapytał, jak było. Powiedziałam: "Normalnie."

Nie powiedziałam mu o Marcie. Nie powiedziałam mu o Jolancie. Przez dwa tygodnie nie powiedziałam mu nic, bo jak miałam tłumaczyć coś, czego sama nie rozumiałam?

Do Jolanty napisałam w niedzielę, po dwóch tygodniach. Jedno zdanie: "Marta zapytała mnie o kredyt. Wiedziała dokładnie to, co mówiłam tylko tobie."

Odpisała po godzinie. Długa wiadomość - że przeprasza, że to wyszło mimochodem, że rozmawiała ze Zbyszkiem, a Zbyszek musi znać Martę jakoś przez znajomych, i że nie miała pojęcia, że to się tak rozejdzie. Że jest jej przykro. Że naprawdę.

Przeczytałam dwa razy.

Potem odłożyłam telefon i nie odpisałam.

Nie dlatego, że jej nie wierzę - może naprawdę wyszło mimochodem. Może naprawdę jest jej przykro. Tylko że ja jej powiedziałam coś, co bolało mnie samą nawet na głos wypowiedzieć. Zaufałam jej tym bólem. I ten ból trafił na urodziny Krysi, w usta kobiety, która nawet dobrze nie zna mojego imienia.

Marek pracę znalazł w lutym - mniejsza firma, nieco gorzej płatna, ale znalazł. Rata kredytu dalej chodzi co miesiąc, jak w zegarku.

A ja mam teraz listę rzeczy, o których nikomu nie mówię.

Jolanta dzwoni co jakiś czas. Odbieram. Rozmawiamy o dzieciach, o pogodzie, o tym, że drożeje wszystko.

O sobie - nie mówię nic.