Sąsiadka oddała mi 200 złotych z pięciuset, które pożyczyła. Dwadzieścia lat mieszkałam na tej klatce schodowej jako porządna sąsiadka. Wystarczył jeden tydzień, żeby stać się tą, która "nęka ludzi o pieniądze".
Wszystko zaczęło się w czwartek, pod koniec września. Jolanta z czwartego piętra zadzwoniła do moich drzwi koło ósmej wieczorem.
Nie zdarzyło się to nigdy wcześniej - znałyśmy się oczywiście, na "dzień dobry, dzień dobry", czasem krótka rozmowa przy skrzynkach pocztowych, ale żadna z nas nie zaglądała do drugiej bez zapowiedzi. Dlatego kiedy otworzyłam i zobaczyłam jej zaczerwienioną twarz, od razu pomyślałam, że coś złego.
- Renata, przepraszam, że tak bez uprzedzenia - zaczęła i od razu zniżyła głos. - Mam problem. Potrzebuję pięciuset złotych na kilka dni. Kamil ma wycieczkę szkolną, a ja w tym miesiącu nie spinam budżetu. W przyszłym tygodniu oddaję, jak tylko przelew wpadnie.
Stałam w drzwiach w kapciach i domowej bluzie, z kubkiem herbaty w ręce. Trzynaście lat pracy w wydziale komunikacji w urzędzie miasta nauczyło mnie jednego - ludzie kłamią najczęściej wtedy, gdy im wstyd. A Jolancie było wstyd, to widziałam. Więc uznałam, że mówi prawdę.
Weszłam do pokoju, wyjęłam portfel z torebki, odliczyłam pięć banknotów. Jolanta wzięła pieniądze, podziękowała trzy razy, powiedziała, że najdalej za tydzień odda. Poszła.
Tydzień minął. Potem drugi. Nic.
Na klatce spotykałyśmy się jak zwykle - przy windzie, przy śmietniku, raz na parkingu. Jolanta zachowywała się normalnie, uśmiechała się, pytała o pogodę. Ani słowem nie wspomniała o pieniądzach. Ja też nie. Bo wychowano mnie tak, że upominanie się o swoje jest czymś niestosownym, prawie wulgarnym. Więc czekałam.
Po dwóch tygodniach przyszła sama. Wieczorem, znowu koło ósmej. Wręczyła mi dwa banknoty studwudziestozłotowe - nie, przepraszam. Dwa banknoty stuzłotowe.
- Resztę oddam, jak będę miała - powiedziała. - Teraz jest ciężko, ale oddam.
Dwieście złotych z pięciuset. Wzięłam, skinęłam głową. Co miałam zrobić - nie przyjąć?
Minął kolejny tydzień. W piątek, wracając z pracy, spotkałam Jolantę na parterze, przy skrzynkach. Była sama. Pomyślałam, że to dobry moment - bez świadków, bez presji, spokojnie.
- Jolanta, przepraszam, że pytam - zaczęłam ostrożnie. - Ale te pozostałe trzysta złotych - masz może jakiś termin, kiedy mogłabyś oddać? Bo po prostu chciałabym wiedzieć.
Jej twarz zmieniła się w ułamku sekundy. Jakby ktoś przekręcił przełącznik. Usta zacisnęły się, oczy zwęziły.
- Renata, przecież powiedziałam, że oddam, jak będę miała. Co ty mnie nachodzisz?
- Nie nachodzę, po prostu pytam...
- No to ja ci mówię - jak będę miała, to oddam. Nie musisz mi przypominać. Ja pamiętam.
Odwróciła się i weszła do windy. Drzwi się zamknęły. Stałam przy skrzynkach z kluczami w ręce i czułam, że coś się właśnie popsuło.
Nie wiedziałam jeszcze jak bardzo.
W poniedziałek rano, wychodząc do pracy, minęłam na klatce panią Krystynę z drugiego piętra. Znałyśmy się od lat, zawsze się witałyśmy ciepło. Tym razem Krystyna skinęła głową sucho i odwróciła wzrok. Pomyślałam, że może ma gorszy dzień.
We wtorek to samo - pani Wanda z parteru, z którą zwykle zamieniałam kilka słów przy wejściu, nagle bardzo się spieszyła. W środę pan Bogdan, który zawsze przytrzymywał mi drzwi windy, wsiadł sam i nacisnął guzik, zanim zdążyłam podejść.
W czwartek zrozumiałam.
Wychodząc na zakupy, usłyszałam rozmowę na klatce - piętro niżej, echo niesie w tych blokach z wielkiej płyty. Głos Jolanty, wyraźny i pełen oburzenia:
- ...trzysta złotych, wyobrażasz sobie? Trzysta złotych i robi mi z tego powodu awanturę. Na klatce mnie przyłapała i zaczęła żądać. Jakbym jej tysiące była winna. Ja jej powiedziałam, że oddam, a ona mnie nęka. Dosłownie nęka.
Potem cichy głos drugiej osoby, którego nie rozpoznałam, i znów Jolanta:
- Ja wiem, że to dla niej może dużo, ale zachowywać się tak? Człowiek pożyczył w dobrej wierze, a teraz jest traktowany jak złodziej. Ja mam swoje problemy, Kamil, rachunki, a ona mi tu urządza kontrolę.
Stanęłam na schodach. Nogi mi zdrętwiały. To nie było pytanie w cztery oczy przy skrzynkach - to była kampania. Jolanta nie tyle nie chciała oddać trzystu złotych. Jolanta postanowiła, że to ja jestem tą złą w tej historii.
Wróciłam do mieszkania. Usiadłam przy kuchennym stole - tym samym, przy którym dwa tygodnie temu odliczałam te pięć banknotów - i próbowałam zrozumieć, co się stało.
Pożyczyłam pieniądze. Grzecznie zapytałam o zwrot. I teraz jestem osobą, która "nęka sąsiadkę przez trzysta złotych".
To zdanie mnie dobijało najbardziej - "przez trzysta złotych". Bo ono zawierało w sobie wszystko: że jestem małostkowa, że jestem biedna, że robię problem z niczego. Trzysta złotych - to przecież nic, prawda? Kto normalny robi z tego sprawę?
Tyle że trzysta złotych to moje zakupy na tydzień. Moja rata za prąd. Pół rachunku za gaz w sezonie grzewczym. Dla Jolanty, która jeździ dwa razy w roku na urlop i ma nowe auto na kredycie, to może drobne. Dla mnie, samotnej urzędniczki w Siedlcach, która od rozwodu ciągnie wszystko sama - to nie są drobne.
Ale nie o pieniądze tu już chodziło. Jolanta zabrała mi coś więcej niż trzysta złotych - zabrała mi dwadzieścia lat bycia normalną sąsiadką. Porządną, spokojną, niekłopotliwą.
Przez kolejne dni chodziłam po klatce jak duch. Nikt nie był otwarcie wrogi - to nie tak. Po prostu nagle wszyscy byli "zajęci". Nikt nie zagadywał. Nikt nie pytał o zdrowie. Przy windzie cisza. Na parkingu cisza. W pralni - której używa cała klatka - moje pranie stało odsunięte na bok, żeby zrobić miejsce dla czyjejś pralki.
Zadzwoniłam do siostry. Opowiedziałam jej wszystko. Elżbieta milczała przez chwilę, a potem powiedziała:
- Renata, daj spokój. Odpuść te trzysta złotych. Nie odzyska ci ich żaden sąd, a nawet jeśli - to co? Chcesz mieszkać na klatce, gdzie wszyscy wiedzą, że ciągałaś sąsiadkę po sądach za trzysta złotych?
Miała rację. Wiedziałam, że ma rację. I właśnie to było najgorsze - że w tej historii nie istniało dobre wyjście. Mogłam upominać się o swoje i być "tą, co nęka". Mogłam odpuścić i być "tą frajerką, co daje się okradać". Mogłam iść do sądu i być "tą wariatką, co pozywa o grosze". Każda opcja kończyła się na mnie - nigdy na Jolancie.
Odpuściłam. Oczywiście, że odpuściłam.
Trzy miesiące później Jolanta pożyczyła pieniądze od pani Wandy z parteru. Dowiedziałam się przypadkiem - usłyszałam fragment rozmowy w pralni. Wanda żaliła się komuś szeptem, że "obiecała oddać i nie oddaje".
Poczułam krótki, gorzki uśmiech gdzieś w środku. Nie satysfakcję - raczej smutek, że schemat się powtarza, a ja nie mogę nawet powiedzieć "a nie mówiłam", bo oficjalnie ja jestem tą, która robiła problemy.
Minął rok. Nie odzyskałam trzystu złotych. Nie odzyskałam też tego, co miałam wcześniej - łatwego, naturalnego kontaktu z ludźmi, z którymi dzielę klatkę schodową. Witamy się.
Rozmawiamy o pogodzie. Ale coś się przesunęło i nigdy nie wróciło na miejsce. Jak meble po remoncie - niby te same, niby tam gdzie były, a jednak jakoś inaczej.
Czasem myślę o tym wieczorze, kiedy Jolanta stała w moich drzwiach z czerwoną twarzą i prosiła o pięćset złotych. I wiem, że gdyby przyszła jeszcze raz - znowu bym dała. Bo taka jestem. I to jest chyba mój największy problem.