Po śmierci taty okazało się, że przepisał działkę na moją siostrę jeszcze za życia. Nikt mi o tym nie powiedział.

Gdyby nie telefon z kancelarii notarialnej, pewnie do dzisiaj myślałabym, że działkę w Mokobodach podzielimy z Jolantą po połowie - tak jak wszystko, co zostało po tacie. A tak - dowiedziałam się, że dzielić nie ma czego, bo działka od dwóch lat należy do mojej siostry.

Tata odszedł w lutym, cicho, tak jak żył. Poszedł spać po kolacji i już się nie obudził. Lekarz powiedział, że serce. Jolanta zadzwoniła do mnie o szóstej rano, jeszcze było ciemno.

Przyjechałam z Siedlec do jego mieszkania w pół godziny, w kapciach i kurtce narzuconej na piżamę. Tata leżał w łóżku z ręką pod policzkiem, jakby po prostu drzemał. Jolka siedziała przy nim na krześle i trzymała go za drugą rękę. Nie płakała. Ja tak.

Mam na imię Renata, niedawno skończyłam pięćdziesiąt osiem lat. Od trzydziestu prowadzę zakład krawiecki na osiedlu Młynarska - dwie maszyny, ja i Basia na pół etatu. Jolanta jest ode mnie młodsza o cztery lata, pracuje w biurze rachunkowym po drugiej stronie miasta. Obie mieszkamy w Siedlcach, obie byłyśmy blisko taty po śmierci mamy sześć lat temu. Przynajmniej tak myślałam.

Pogrzeb był skromny, zgodnie z życzeniem taty. Kilkunastu znajomych, wieniec od sąsiadów z klatki, ksiądz z parafii, który znał tatę po imieniu. Tadeusz - tak miał na imię. Potem stypa u Jolanty, bo miała większe mieszkanie.

Siedziałam przy stole, jadłam bigos, który Jolka zrobiła według maminego przepisu, i myślałam o tym, że tata nie lubił styp. Mówił zawsze: po co te jedzenie, lepiej posiedzieć w ciszy.

Sprawami spadkowymi miała zająć się Jolanta, bo znała się na papierach. Ja podpisywałam, co trzeba. Nie kłóciłyśmy się. Tata miał niewielkie oszczędności, mieszkanie komunalne, które wracało do miasta, i działkę rekreacyjną nad stawem w Mokobodach - osiem kilometrów za Siedlcami.

Na tej działce spędziłyśmy każde wakacje w dzieciństwie. Tata budował tam altankę przez pięć lat. Mama sadziła maliny i porzeczki. Dla mnie ta działka była więcej warta niż pieniądze.

Miesiąc po pogrzebie zadzwonił notariusz, u którego Jolanta składała dokumenty do aktu poświadczenia dziedziczenia. Szukał dodatkowego zaświadczenia i przy okazji zapytał, czy jestem świadoma, że nieruchomość w Mokobodach nie wchodzi w skład spadku.

- Jak to nie wchodzi? - zapytałam.

- Została przeniesiona aktem darowizny w grudniu dwa lata temu - powiedział spokojnie, jakby mówił o pogodzie. - Na rzecz pani Jolanty Krzemień.

Dwa lata temu. Grudzień. Pamiętam ten grudzień. Szyłam sukienki na studniówkę, miałam pełne ręce roboty. Tata przyszedł do mnie w wigilię, przyniósł karpia, którego kupił na targu. Jedliśmy we trójkę z moim synem Kubą, łamaliśmy opłatek, tata powiedział, że jest szczęśliwy. Ani słowem nie wspomniał, że tydzień wcześniej podpisał działkę na Jolantę.

Nie zadzwoniłam do siostry od razu. Siedziałam w zakładzie po godzinach, z maszyną wyłączoną i rękami na kolanach, i próbowałam zrozumieć. Może tata miał swoje powody. Może Jolka więcej pomagała. Może to jakaś pomyłka. Ale im dłużej siedziałam, tym mniej wierzyłam w pomyłkę.

Pojechałam do Jolanty następnego dnia. Otworzyła drzwi z uśmiechem, zaprosiła na herbatę. Usiadłyśmy w kuchni. Na lodówce wisiał magnes z Kołobrzegu, który tata przywiózł im z wycieczki dwa lata temu. Dwa lata temu. Właśnie.

- Jolka, byłam u notariusza - zaczęłam.

Zobaczyłam, jak jej twarz się zmienia. Nie gwałtownie. Powoli, jakby ktoś przekręcał pokrętło. Uśmiech znikał, usta ściskały się, oczy uciekły w bok, na ten magnes na lodówce.

- Tata tak chciał - powiedziała cicho. - Nie chciałam cię martwić.

Martwić. To słowo mnie zatrzymało. Nie chciała mnie martwić, więc przez dwa lata udawała, że nic się nie stało. Jadłyśmy razem obiady u taty, razem wożyłyśmy go do lekarza, razem sprzątałyśmy mu mieszkanie - i przez cały ten czas Jolanta wiedziała, że działka jest już jej. Że altanka taty, maliny mamy, nasze wspomnienia z wakacji - to wszystko ma teraz jedną właścicielkę.

- Dlaczego mi nie powiedział? - zapytałam, choć pytanie powinno brzmieć: dlaczego ty mi nie powiedziałaś.

- Bał się, że się pokłócimy.

- To się pokłóciliśmy?

Jolanta milczała. Mieszała herbatę, choć nie wsypała do niej cukru.

- On do ciebie przychodził na pierogi w każdą niedzielę - ciągnęłam. - Siedzieliście razem na tej działce co weekend, a ja przyjeżdżałam raz na dwa tygodnie, bo miałam zakład, bo miałam zamówienia. I to jest powód?

- Renata, ja się nim opiekowałam bardziej pod koniec.

To była prawda i obie o tym wiedziałyśmy. Po udarze taty trzy lata temu Jolka wzięła na siebie większość - gotowała mu, woziła na rehabilitację, nocowała u niego, gdy źle się czuł. Ja pomagałam, ale mniej. Miałam zakład, miałam Kubę, który wtedy zdawał maturę. Mówiłam sobie, że Jolka jest bliżej, że jej łatwiej. Może po prostu było mi wygodniej tak myśleć.

Ale nawet jeśli Jolanta robiła więcej - czy to dawało jej prawo do tajemnicy? Tata mógł mi powiedzieć wprost: Renatko, daję działkę Jolce, bo ona więcej pomaga. Bolałoby, ale zrozumiałabym. Zamiast tego dostałam ciszę, wigiliję z karpikiem i uśmiechy, za którymi kryło się kłamstwo. I Jolanta, która przez dwa lata patrzyła mi w oczy, wiedząc, że mnie okłamuje.

- Nie chciałam, żebyś cierpiała - powiedziała Jolanta, kiedy wstawałam od stołu.

- To się nie udało - odpowiedziałam.

Wracałam do domu przez Mokobody. Zatrzymałam się na chwilę przy drodze do działki. Brama była zamknięta na kłódkę, ale przez siatkę widziałam altankę, krzaki porzeczek, stary fotel ogrodowy taty z pękniętym oparciem. Wszystko wyglądało tak samo jak zawsze. Tylko że to już nie było moje "zawsze".

Minęły trzy miesiące. Nie rozmawiamy z Jolantą. Nie dlatego, że zabroniłam - po prostu nie mamy sobie nic do powiedzenia. Kuba mówi, żebym odpuściła, że to tylko kawałek ziemi. Ma dwadzieścia trzy lata. Nie rozumie jeszcze, że kawałek ziemi może być wszystkim, co zostało po rodzicach.

Czasem wieczorami myślę, czy tata wiedział, co robi. Czy zdawał sobie sprawę, że jeden podpis u notariusza podzieli jego córki skuteczniej niż wszystkie kłótnie, których za życia unikał. A może właśnie dlatego nie powiedział - bo przez całe życie unikał trudnych rozmów, odkładał je na potem, chował pod dywan. I w końcu zabrakło mu czasu.

Nie wiem, czy kiedykolwiek pojadę na tę działkę. Ale wiem, że kiedy zamykam oczy, nadal czuję zapach malinowych krzaków w lipcu i słyszę, jak tata wbija gwoździe w deski altanki. Tamten dźwięk nie należy do nikogo. Nawet do Jolanty.