Siedzę z wnukami od poniedziałku do piątku, od siódmej do szóstej. Synowa wręczyła mi na Dzień Babci kubek z napisem "Najlepsza babcia na świecie".
Kubek stoi na półce w kuchni, między słoikiem z kawą a cukiernicą po mamie. Biały, z czerwonym napisem. "Najlepsza babcia na świecie". Patrzę na niego każdego ranka, kiedy o wpół do siódmej nastawiam wodę na herbatę, bo za chwilę zadzwoni domofon.
I za każdym razem myślę to samo - że ten kubek to najkrótsze podsumowanie mojego życia od trzech lat. Piękny z zewnątrz. Pusty w środku.
Zaczęło się niewinnie. Patrycja, synowa, wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim, kiedy Julka miała roczek. Marcin, mój syn, pracował na zmiany w fabryce opakowań pod Radomiem. Żłobek - kolejka na pół roku, prywatny - tysiąc dwieście miesięcznie, nie stać. Patrycja zapytała, czy mogłabym „czasem posiedzieć z Julką". Zgodziłam się, bo co miałam powiedzieć? To moja wnuczka. Krew z krwi.
Z „czasem" zrobiło się codziennie. Z Julki zrobiła się Julka i Kubuś, bo dwa lata później urodził się drugi wnuk. Z porannego „wpadnę na chwilę" - pięć dni w tygodniu, od siódmej do szóstej. Jedenaście godzin. Bez przerwy, bez urlopu, bez chorobowego.
Nie narzekałam. Dwadzieścia osiem lat stałam za ladą w sklepie obuwniczym na Żeromskiego, nogi bolały, plecy trzeszczały, ale człowiek dawał radę. Na emeryturze miałam wreszcie odpocząć.
Miałam jeździć z Ireną z sąsiedztwa na wycieczkę do uzdrowiska. Miałam chodzić na basen - doktor mówił, że na kręgosłup najlepsze. Miałam poczytać te książki, które kupowałam na kiermaszu i odkładałam na „kiedyś".
Zamiast tego gotuję obiady dla dwójki dzieci, zmieniam pieluszki Kubusiowi, chodzę z Julką na plac zabaw, uczę ją literek, sprzątam po nich, kiedy zaśną, i czekam, aż ktoś po nie przyjedzie.
Czasem Patrycja odbiera o szóstej. Czasem o wpół do siódmej, bo „zebranie się przeciągnęło". Raz przyszła o ósmej. Przepraszała, ale tak jakoś bez przekonania, jakby wiedziała, że i tak nigdzie się nie wybieram.
Bo gdzie miałabym iść? Przecież nie pracuję.
Irena jeździ na wycieczki sama. Mówi, że jej miejsce zawsze czeka. Kiwam głową, ale obie wiemy, że nie pojadę. Na basen nie byłam ani razu. Książki leżą na szafce nocnej z zakładkami na trzeciej stronie, bo wieczorem zasypiam, zanim skończę akapit. Nawet do lekarza idę w sobotę, żeby nie robić kłopotu.
Na Dzień Babci Patrycja przyszła z dzieciakami i z tym kubkiem. Julka powiedziała wyuczone „kocham cię, babciu", Kubuś pomazał mi kredką po dłoni i się rozpłakał. Patrycja uśmiechnęła się tym swoim uśmiechem - takim ładnym, grzecznym, nieprzeniknionym. „Dziękujemy, mamo. Nie wiem, co byśmy bez pani zrobili." Pani. Po trzech latach codziennego pilnowania jej dzieci wciąż mówiła do mnie „pani".
W środę wieczorem zadzwoniłam do Marcina. Powiedziałam, że w czwartek muszę pojechać do Ireny, bo źle się czuje po operacji kolana i jest sama. To nie było do końca kłamstwo - Irena naprawdę miała operację, tylko trzy miesiące temu, i dawno chodziła o własnych siłach. Ale potrzebowałam powodu. Nie umiałam powiedzieć po prostu: chcę mieć jeden dzień dla siebie.
Marcin powiedział, że pogada z Patrycją. Po godzinie oddzwoniła ona. Głos spokojny, ale z tą nutą, którą znałam doskonale - nutą osoby, która już wie, że rozmowa będzie niewygodna.
- Pani Danuto, rozumiem, że chce pani pomóc koleżance, ale kto zajmie się dziećmi?
- Może weźmiecie dzień wolnego? - zaproponowałam.
- My pracujemy - powiedziała. I po krótkiej pauzie dodała to zdanie, które od tamtej pory słyszę za każdym razem, kiedy patrzę na ten kubek: - Przecież pani nie pracuje.
Nie wykrzyczałam tego, co chciałam wykrzyczeć. Nie powiedziałam, że pracuję jedenaście godzin dziennie bez wypłaty. Że mój kręgosłup protestuje głośniej niż trzy lata temu. Że ostatnio w nocy nie mogę spać, bo mam wrażenie, że moje życie przepływa mi przez palce jak woda i nikt tego nawet nie zauważa. Odłożyłam słuchawkę i usiadłam przy kuchennym stole.
Kubek stał przede mną. „Najlepsza babcia na świecie."
Następnego dnia wstałam o szóstej. Zrobiłam sobie kawę, usiadłam przy oknie. O wpół do siódmej nie nastawiłam wody na herbatę. O siódmej zadzwonił domofon. Nie otworzyłam. Telefon zadzwonił trzy razy - Marcin, Patrycja, znów Marcin. Wyłączyłam dźwięk i wyszłam z mieszkania.
Pojechałam do Ireny. Piłyśmy herbatę z cytryną, jadłyśmy sernik z kruszką, który Irena upiekła dzień wcześniej. Rozmawiałyśmy o jej kolanie, o cenach masła, o serialu, którego obie nie oglądamy, ale obie znamy z opowiadań sąsiadek. Zwykłe rzeczy. Lekkie. Niczego od nikogo nie musiałam w zamian.
Wieczorem oddzwoniłam do Marcina. Był zły. Patrycja musiała wziąć wolne, Julka płakała, bo chciała do babci. Słuchałam tego wszystkiego i czekałam, aż syn powie coś, co powie mi, że rozumie. Że widzi, co robię dla nich każdego dnia. Że docenia.
- Mamo, mogłaś uprzedzić wcześniej - powiedział wreszcie. - Patrycja miała ważne spotkanie.
A ja miałam ważne trzy lata, pomyślałam. Ale nie powiedziałam tego głośno. Jeszcze nie.
Kubek nadal stoi na półce. Nie wyrzuciłam go. Ale od tamtego czwartku zmienił się sposób, w jaki na niego patrzę. Przestałam widzieć prezent. Zaczęłam widzieć cenę, jaką za niego płacę - kawałek po kawałku, dzień po dniu, poranek po poranku.
W przyszły wtorek idę na basen. Irena zapisała nas obie na aqua aerobik. O jedenastej, w sam środek dnia, kiedy powinnam kroić marchewkę na rosół dla wnuków. Marcin jeszcze o tym nie wie. Ale dowie się. I tym razem nie będę szukać wymówki. Powiem po prostu: mam swoje plany.
Bo przecież nie pracuję. Więc chyba mogę mieć wolne.