Syn i synowa wyjechali na długi weekend - „tylko trzy dni, mamo, dasz radę". Wyjechali w czwartek, wrócili we wtorek. Czworo dzieci, pies i chomik, którego nikt mi nie zapowiedział
Trzecie mleko rozlało się na dywan, kiedy pies wpadł pod stół, a ja próbowałam jednocześnie odebrać telefon i złapać dwuletnią Zosię, która pędziła bosymi stopami prosto w kałużę. Na ekranie wyświetlało się „Maciek". Mój syn. Podniosłam, przyciskając komórkę ramieniem do ucha, drugą ręką łapiąc Zosię w ostatniej chwili.
- Mamo, jak tam?
- Cudownie - powiedziałam, patrząc na mleczną rzekę wpływającą pod komodę. - Cudownie, Maciek.
Było dwadzieścia minut po ósmej rano. Piątek. Pierwszy pełny dzień.
Powinnam zacząć od początku. Od czwartku, kiedy Maciek z Agnieszką podjechali pod mój blok na Ruczaju białym kombianem, z którego wysypało się czworo dzieci jak z pudełka z klockami. Kuba - dziesięć lat, Oliwia - siedem, Antek - cztery i Zosia - dwa lata. Za nimi wyskoczył Drops, ich labrador o temperamencie torpedy, i natychmiast zaczął obwąchiwać moje pelargonie na balkonie.
Przez trzydzieści pięć lat prowadziłam zakład fryzjerski przy Limanowskiego. Trzydzieści pięć lat na nogach, z nożyczkami w ręku, z klientkami, które opowiadały mi swoje życiowe dramaty, a ja im kiwałam głową i robiłam pasemka. Przeszłam na emeryturę dwa lata temu. Myślałam, że teraz będzie spokojnie. Że będę chodzić na Planty, pić kawę u Krysi, czytać książki, które odkładałam przez dekady.
Nie wzięłam pod uwagę syna.
- Trzy dni, mamo - powiedział Maciek, wnosząc do mojego dwupokojowego mieszkania dwie ogromne torby, materac dmuchany i torbę z karmą dla psa. - Agnieszka ma urodziny, wyjeżdżamy do Zakopanego, nic specjalnego. W niedzielę wieczorem wracamy.
- Czworo? - zapytałam. - Maciek, ostatnio brałam dwoje.
- No bo ostatnio Antek był chory, a Zosia u drugiej babci. Ale teraz Jola ma grypę, nie mogła wziąć.
Jola to matka Agnieszki. Drugi filar systemu, który utrzymywał rodzinę mojego syna w pionie. Kiedy Jola miała grypę, cały ciężar spadał na mnie. Logika prosta jak cepeliowska serwetka.
- A Drops?
- Mamo, nie będzie przeszkadzał. Wystarczy go wyprowadzić trzy razy dziennie.
Trzy razy dziennie. Czworo dzieci. Dwupokojowe mieszkanie. Miałam sześćdziesiąt trzy lata i kolano, które od jesieni dawało o sobie znać przy każdym schodzie. Ale co miałam powiedzieć? Powiedziałam to, co mówię zawsze.
- Dobrze, Maciek. Damy radę.
Agnieszka stała przy drzwiach z telefonem w ręku, już jedną nogą na klatce schodowej.
- Dziękuję, mamo - rzuciła. - Lista alergenów jest w niebieskiej torbie. Zosia je tylko bio jogurty, Antek nie może glutenu po osiemnastej, a Kuba ma zajęcia online z angielskiego w sobotę o dziesiątej, link jest na mailu.
Maciek jeszcze coś tłumaczył o porach posiłków i nawykach zasypiania, ale ja już nie słuchałam. Patrzyłam na czwórkę dzieci rozłażącą się po moim mieszkaniu jak mrówki po cukierniczce i myślałam, że chyba powinnam była powiedzieć „nie".
Wyszli o czwartej. O wpół do piątej Antek wyciągnął spod kurtki plastikowe terrarium.
- Babciu, to jest Pan Chomik.
Pan Chomik patrzył na mnie spod kupki trocin małymi czarnymi oczkami. Nikt - absolutnie nikt - nie wspomniał o żadnym chomiku.
- Antek, a mama wie, że go zabrałeś?
- Mama powiedziała, że Pan Chomik jedzie z nami, bo nikt nie ma go podlewać.
Podlewać. Cztery lata i już miał logikę jak Agnieszka.
Pierwszy wieczór przeżyłam na autopilocie. Kolacja - cztery różne wersje, bo Kuba nie mógł tego, Zosia chciała tylko makaron z masłem, Oliwia stwierdziła, że jest weganką od wtorku, a Antek jadł wszystko, ale połowę wyrzucał Dropsowi pod stołem. Drops zjadł też kawałek kurtki wiszący na krześle. Mojej kurtki.
O dwudziestej pierwszej Zosia miała mieć kąpiel. Wyjęłam ją z wanienki, zawinęłam w ręcznik, odwróciłam się na sekundę po piżamkę - i usłyszałam plusk. Pan Chomik. Terrarium stało na pralce. Stało.
- Antek!
Antek już spał. Oliwia spojrzała na mnie ze swojego materaca.
- Babciu, Pan Chomik lubi pływać.
Pan Chomik nie lubił pływać. Pan Chomik siedział na dnie plastikowego pojemnika, mokry i przerażony, a ja wyciągałam go ręką, o której marzyłam, żeby się nie trzęsła. Suszyłam chomika suszarką na najniższym nawiewie, trzymając go w ręczniku kuchennym, i myślałam o tym, że przez trzydzieści pięć lat suszyłam tysiące głów, ale nigdy chomika.
Pan Chomik przeżył. Ja - ledwo.
W piątek rano zadzwonił Maciek. To była ta rozmowa z mlekiem na dywanie.
- Maciek, kiedy wracacie?
- W niedzielę, mamo, mówiłem.
- Dobrze. Tylko... Maciek, jest tu chomik.
- Jaki chomik?
- Antek przywiózł chomika. W terrarium.
Cisza. Potem śmiech Agnieszki w tle.
- A, Pan Chomik! Mamo, on nic nie robi, wystarczy mu woda i ziarno.
Ziarno. W moim mieszkaniu nie było żadnego ziarna dla chomika. Poszłam do sklepu zoologicznego na Ruczaju z Zosią w wózku, Antkiem za rękę i Dropsem na smyczy, który próbował gonić każdego gołębia na chodniku.
Oliwia została z Kubą. Kuba miał dziesięć lat i uważałam, że godzina sama z siedmiolatką to jest w granicach normy. Kiedy wróciłam, Oliwia miała na twarzy moje szminki - dwie warstwy różu i czerwoną kredkę do ust jako cień do powiek. Kuba grał na telefonie i nic nie widział.
Niedzielą przyszła i minęła. O dwudziestej napisałam do Maćka: „Kiedy jedziecie?". Odpowiedź przyszła o dwudziestej drugiej: „Mamo, Agnieszka chce jeszcze zostać jeden dzień. Wracamy w poniedziałek po południu".
Jeden dzień. Patrzyłam na tę wiadomość, na śpiące dzieci porozrzucane po moim mieszkaniu jak po polu bitwy, na Dropsa leżącego na moim łóżku - na MOIM łóżku, bo Zosia mogła zasnąć tylko z psem, a ja spałam na materacu dmuchanym w kuchni - i poczułam coś, czego nie umiałam nazwać. Nie złość. Nie zmęczenie. Coś głębszego. Poczucie, że jestem meblościanką. Że stoję w rogu, trzymam wszystko w środku i nikt nie pyta, czy się zmieszczę.
Poniedziałek. Żadnego Maćka po południu. O szesnastej zadzwoniłam.
- Maciek, gdzie jesteście?
- Mamo, wyjeżdżamy jutro rano. Agnieszka źle się czuje, nie chce jechać nocą.
- Maciek, to jest piąty dzień.
- Wiem, mamo. Przepraszam.
- Nie przepraszaj mnie. Powiedz mi prawdę. Kiedy wracacie?
- Jutro. Obiecuję.
Obiecuję. To samo słowo, które mówił, kiedy miał dwanaście lat i zapominał wracać z podwórka na kolację.
We wtorek przyjechali o trzynastej. Pięć dni zamiast trzech. Agnieszka weszła opalona i uśmiechnięta, w nowej bluzce, pachnąc perfumami, których nazwy nie znałam.
- Mamo, dziękujemy! - powiedziała, całując mnie w policzek. Potem rozejrzała się po mieszkaniu. - O, a co to za zapach?
To był zapach. Pięć dni czworga dzieci, psa i chomika w czterdziestu ośmiu metrach kwadratowych. Zapach mleka, mokrej sierści, kaszki, potu i czegoś, czego nie potrafiłam zidentyfikować, a co prawdopodobnie zostawił Pan Chomik pod kanapą w nocy, kiedy Antek zapomniał zamknąć terrarium.
- To zapach opieki, Agnieszko - odpowiedziałam.
Nie zrozumiała. Pakowała torby, szukała drugiego buta Zosi. Maciek stał w kuchni i jadł mój sernik prosto z formy, ten sam sernik, który upiekłam w niedzielę w nocy, kiedy nie mogłam zasnąć na dmuchanym materacu.
- Mamo, ale super sernik - powiedział z pełnymi ustami.
Wtedy usiadłam na taborecie przy kuchennym stole i powiedziałam cicho:
- Maciek, ja tak więcej nie mogę.
Przestał żuć. Popatrzył na mnie. W jego oczach zobaczyłam coś, co widziałam już wcześniej - u klientek, które wchodziły do mojego zakładu z uśmiechem, a wychodziły z płaczem, bo dopiero przy myciu głowy pozwalały sobie na słabość.
- Mamo...
- Nie „mamo". Posłuchaj mnie. Wyjechaliście na trzy dni, wróciliście po pięciu. Czworo dzieci, pies, chomik, o którym nikt mi nie powiedział. Śpię w kuchni. Mam sześćdziesiąt trzy lata, Maciek. Kolano mi puchnie od schodów z Dropsem. A Agnieszka wchodzi i pyta, co to za zapach.
Maciek odłożył widelec. Sernik stał między nami jak dowód rzeczowy.
- Przepraszam, mamo. Naprawdę.
- Nie chcę przepraszam. Chcę, żebyś następnym razem powiedział prawdę. Jeśli chcesz pięć dni - powiedz pięć. Jeśli jest chomik - powiedz, że jest chomik. Ja się nie cofnę, Maciek, bo wy jesteście moim życiem, ale nie mogę być traktowana jak garderoba, do której się wrzuca rzeczy i zamyka drzwi.
Agnieszka weszła do kuchni. Stała w progu, z Zosią na ręku, i patrzyła na nas. Nie wiem, ile słyszała. Wystarczająco, bo po raz pierwszy od pięciu dni nie uśmiechała się.
- Proszę pani... - zaczęła.
- Teresa - powiedziałam. - Mam na imię Teresa. Od dwudziestu lat.
Odjechali w ciszy. Zosia machała mi z okna samochodu. Antek przyciskał do szyby terrarium z Panem Chomikiem, jakby pokazywał mi, że chomik też się żegna. Drops szczekał z bagażnika. Kuba nawet nie podniósł głowy znad telefonu.
Zamknęłam drzwi. Stanęłam w przedpokoju i pierwszy raz od pięciu dni usłyszałam ciszę. Prawdziwą ciszę, bez tupania, szczekania, płaczu.
Poszłam do łazienki i odkręciłam wodę. Na pralce, tam gdzie stało terrarium, został mokry ślad w kształcie koła. Patrzyłam na niego i myślałam o tym, że jutro zadzwonię do Krysi na kawę. Że pójdę na Planty. Że umówię się do ortopedy.
A potem pomyślałam o Zosi machającej z okna i poczułam w gardle ten sam ścisk, co zawsze.
Bo to jest tak z tymi wnukami. Zabierają ci sen, kręgosłup, nerwy i dywan. A ty i tak czekasz, aż wrócą.
Tylko następnym razem - bez chomika.