Synowa zaprosiła mnie na urodziny wnuczki, przyjechałam z tortem i prezentem za 200 złotych, przy stole okazało się, że jestem jedynym gościem - reszta rodziny świętowała dzień wcześniej „w małym gronie"
Gdybym nie zobaczyła tych zdjęć na lodówce, pewnie do dziś myślałabym, że po prostu źle trafiłam z terminem. Że to nieporozumienie. Że zdarza się.
Ale zdjęcia wisiały tam przylepione magnesem w kształcie biedronki - sześć kolorowych odbitek, jeszcze wilgotnych od tuszu z domowej drukarki - i na każdym z nich moja wnuczka zdmuchiwała świeczki. Sześć świeczek. Tort z lukrowym jednorożcem. Dookoła stołu - twarze, których nie było przy mnie.
Ale po kolei.
Patrycja zadzwoniła we wtorek, dwa tygodnie temu. Głos miała taki jak zawsze - uprzejmy, ale odrobinę za szybki, jakby chciała już rozłączyć się, zanim skończy mówić.
- Mamo, Zuzia ma urodzinki w sobotę. Wpadnie mama?
Powiedziałam, że oczywiście. Że upiekę tort czekoladowy, bo Zuzia uwielbia czekoladowy. Patrycja zawahała się na ułamek sekundy.
- Niech mama się nie fatyguje z tortem. Zamówimy coś.
- Daj spokój, upieczenie tortu to żadna fatyga - powiedziałam. - Dla Zuzi wszystko.
Rozłączyła się po trzydziestu sekundach. Nie spytała, czy potrzebuję podwiezienia. Nie powiedziała, na którą mam przyjść. Zadzwoniłam do Damiana wieczorem, żeby dopytać o szczegóły.
- Na trzecią, mamo - powiedział syn. - Nic wielkiego, taki obiadek.
Przez dwadzieścia osiem lat pracy w aptece na Zatorzu nauczyłam się jednego - ludzie zaczynają kłamać od słowa "nic". Nic wielkiego. Nic się nie stało. Nic takiego. Ale wtedy jeszcze nie chciałam tego widzieć.
W piątek wieczorem stałam w kuchni i robiłam tort. Trzy blaty czekoladowe, krem śmietanowy z wiśniami, wiórki czekoladowe na wierzchu. Zuzia kiedyś powiedziała, że mój tort jest lepszy niż z cukierni, i od tamtej pory piekłam go na każde jej urodziny.
Prezent kupiłam dzień wcześniej - piękną lalkę z długimi włosami, taką, którą Zuzia pokazywała mi na tablecie w grudniu. Pamiętałam markę, pamiętałam kolor. Zapłaciłam dwieście złotych i nawet się nie zawahałam, choć emerytura farmaceutki to nie jest to, co ludzie sobie wyobrażają.
Sobota. Wsiadłam w autobus o pierwszej, bo z mojego osiedla na Jaroty jedzie się prawie godzinę przez całe miasto. Tort w tekturowym pudle na kolanach, lalka w reklamówce, jeszcze włosy sobie rano nakręciłam na wałki. Dla wnuczki.
Kiedy Patrycja otworzyła drzwi, pierwszą rzeczą, którą zauważyłam, był brak balonów. Na piąte urodziny Zuzi cały przedpokój był obwieszony balonami. Na szóste - nic. Czysto, schludnie, cicho.
- O, mamo, jest mama - powiedziała Patrycja tym swoim tonem, który nigdy nie jest ani ciepły, ani zimny. Po prostu gładki. Jak laminat na podłodze.
Przy stole siedzieli: Patrycja, Damian i Zuzia. Cztery krzesła. Cztery talerze. Żadnych innych gości.
- A reszta? - spytałam, stawiając tort na blacie.
- Jaka reszta? - Patrycja nawet nie podniosła wzroku, poprawiała serwetki.
- No, Patrycji mama, siostra... Myślałam, że będzie rodzina.
Damian chrząknął. Patrycja wyprostowała się i uśmiechnęła tym uśmiechem, który zawsze mnie niepokoił - nie dlatego, że był fałszywy, ale dlatego, że był zbyt doskonały.
- Postanowiliśmy w tym roku skromnie. W małym gronie.
Usiadłam. Jedliśmy obiad - rosół, potem kotlety. Zuzia rozpakowała lalkę, krzyknęła z radości, przytuliła mnie. Przez chwilę pomyślałam, że może przesadzam. Że może naprawdę chcieli skromnie.
A potem poszłam do kuchni po wodę.
Na lodówce wisiały zdjęcia. Sześć odbitek na zwykłym papierze, przyczepione magnesem z Zanzibaru, skąd Patrycja z Damianem wrócili w tamtym roku. Na zdjęciach - Zuzia w tiarze z napisem "Birthday Girl". Tort z jednorożcem, z sześcioma świeczkami. Dookoła stołu: Patrycji mama, jej siostra z mężem, koleżanka Zuzi z przedszkola z rodzicami, sąsiadka z piętra wyżej. Balony. Girlandy. Damian z trąbką urodzinową przy ustach.
Moje ręce zacisnęły się na szklance tak mocno, że pomyślałam - zaraz ją zgniotę.
Wróciłam do salonu. Zuzia bawiła się lalką na dywanie. Postawiłam szklankę na stole i powiedziałam, głosem spokojniejszym, niż sama się spodziewałam:
- Zuziu, kochanie, podobał ci się tort z jednorożcem?
Zuzia podniosła głowę i uśmiechnęła się szeroko.
- Taak! Był pyszny! A wczoraj miałam dwa torty, bo babcia Krysia też przyniosła!
Cisza. Patrycja zamarła z widelcem w połowie drogi do ust. Damian wbił wzrok w talerz.
- Wczoraj - powtórzyłam.
- No, na moim przyjęciu! Były balony i tańczyliśmy!
Nie krzyknęłam. Chciałam, ale nie krzyknęłam. Poczułam coś gorszego niż złość - poczułam, jak coś ciężkiego siada mi na klatce piersiowej, jak kamień, który ktoś delikatnie, bez pośpiechu, precyzyjnie położył.
Patrycja odezwała się pierwsza.
- Mamo, to było spontaniczne, naprawdę. Krysia wpadła w piątek z tortem, no i jakoś wyszło, że...
- Spontaniczne - powiedziałam. - Z girlandami. I trąbkami.
Damian odchrząknął.
- Mamo, nie rób z tego afery.
To słowo - "afera". Mój syn, którego kąpałam w plastikowej wanience, którego uczyłam tabliczki mnożenia, któremu prasowałam koszule na studniówkę - powiedział "nie rób afery", jakbym była trudną klientką w sklepie.
Zjadłam kawałek mojego tortu czekoladowego. Pochyliłam się do Zuzi, pocałowałam ją w czubek głowy. Powiedziałam "dziękuję za zaproszenie" i ubrałam kurtkę.
W autobusie do domu jechałam z pustym pudełkiem po torcie na kolanach. Patrzyłam przez okno na Olsztyn w kwietniowym słońcu - ludzie na skwerach, dzieci na hulajnogach, starsze pary na ławkach. I myślałam o Patrycji.
Bo to nie tak, że jej nie rozumiem. Rozumiem aż za dobrze. Od siedmiu lat czuję, jak ostrożnie buduje dystans - nie murem, ale centymetr po centymetrze, tak żeby nikt nie mógł wskazać momentu, w którym zaczął rosnąć. Każde zaproszenie z dwudniowym wyprzedzeniem. Każda wizyta z limitem czasowym. Każde "mama się nie fatyguje" zamiast "przyjdź wcześniej, pomożemy razem".
A Damian? Damian chce spokoju. Zawsze chciał spokoju. Kiedy byłam w trakcie rozwodu z jego ojcem, czternastoletni Damian powiedział mi wtedy: "Mamo, nie kłóćcie się, ja tego nie zniosę". Teraz ma czterdzieści lat, dwoje dzieci i tę samą prośbę w oczach - nie rób sceny, nie komplikuj, niech będzie normalnie.
Tylko że ja nie wiem, co jest "normalnie". Normalnie to kiedy babcia dowiaduje się z ust sześciolatki, że prawdziwe przyjęcie było wczoraj? Normalnie to tort z jednorożcem bez babci Lucyny, bo babcia Lucyna jest na osobny dzień?
Wieczorem Damian zadzwonił. Mówił ściszonym głosem, pewnie z łazienki, żeby Patrycja nie słyszała.
- Mamo, przepraszam. Powinienem był ci powiedzieć. To Patrycja chciała, żeby w piątek byli tylko jej bliscy, a ja...
- A ty co?
Milczał. Słyszałam szum wody - odkręcił kran, żeby zagłuszyć rozmowę.
- Nie chciałem awantury - powiedział w końcu.
Rozłączyłam się. Tort czekoladowy stał w lodówce, prawie cały - bo na cztery osoby to za dużo tortu. Zjadłam kawałek na kolację, przed telewizorem, w pustym mieszkaniu. Był pyszny. Zuzia miała rację.
Następnego dnia rano spojrzałam na telefon. Żadnych wiadomości. Otworzyłam kontakt Damiana i długo patrzyłam na ekran. Mogłam napisać. Mogłam powiedzieć mu, że mnie zranili. Mogłam powiedzieć, że go kocham i że to nie jest afera, tylko ból. Mogłam też nic nie pisać i czekać, aż sam zrozumie.
Odłożyłam telefon. Zjadłam jeszcze kawałek tortu.