Sąsiadka wróciła z Krety i pokazała mi zdjęcia z hotelu. „O, twojego męża też tam widziałam, przy basenie z jakąś panią". Mąż był wtedy „na szkoleniu w Radomiu"
Krysia przewijała zdjęcia kciukiem tak szybko, że zlały mi się w jedną błękitną plamę - basen, morze, drink z parasolką, znowu basen - aż nagle przystanęła palcem na jednym kadrze i powiedziała rzecz, po której na moment zrobiło mi się głucho.
- O, tu gdzieś siedział twój Zbyszek. Przy tym basenie z lewej, z jakąś panią. W kapeluszu taka elegancka. Machałam nawet, ale mnie nie zauważył.
Trzymałam jej telefon i się uśmiechałam. Nie wiem, skąd wziął się ten uśmiech, ale trzymał mi się twarzy jak przyklejony. Bo mój Zbyszek dwa tygodnie wcześniej był na szkoleniu. W Radomiu.
Mieszkamy z Krysią w jednej klatce od trzydziestu lat - ona na drugim piętrze, my na czwartym, tu, w Płocku, po tej cichszej stronie osiedla. Wróciła z Krety w sobotę, opalona i szczęśliwa, a już w niedzielę przyszła z ciastem i telefonem pełnym zdjęć, żeby pokazać, jak było.
Nalałam herbaty, ukroiłam sernik, usiadłyśmy przy moim kuchennym stole - tym samym, przy którym od dwudziestu ośmiu lat liczę cudze pieniądze, bo jestem księgową i cyfry to jedyne, czemu w życiu naprawdę ufałam.
I właśnie dlatego, kiedy Krysia opowiadała dalej o bufecie i o tym, jak Heniek poparzył się na słońcu, ja już liczyłam. W głowie. Zbyszek wyjechał w poniedziałek. Powiedział, że szkolenie produktowe, że firma wysyła, nowa oferta okien i trzeba się doszkolić, bo inaczej człowiek wypada z rynku.
Spakował tę swoją granatową walizkę na kółkach, pocałował mnie w czoło i rzucił: „W piątek jestem, Renatko, nie gotuj obiadu, wpadnę zmęczony". Wrócił opalony. Powiedział, że słońce waliło w okno sali całe popołudnia.
- Renata, ty mnie w ogóle słuchasz? - Krysia dotknęła mojej ręki. - Zbladłaś jakoś.
- Słucham, słucham. Gorąco mi się zrobiło. Pokaż jeszcze to morze.
Przewinęła. Ja patrzyłam nie na morze, tylko na róg zdjęcia, gdzie przy basenie z lewej siedziała para. Mężczyzna w jasnej koszuli, z gazetą, z tą swoją łysinką, którą znam lepiej niż własne dłonie. I kobieta w kapeluszu. Twarzy nie było widać - ani jego, ani jej. Ale ja twarzy nie potrzebowałam. Poznałabym te ramiona i ten sposób, w jaki siada, na końcu świata.
Kiedy Krysia poszła, umyłam po niej filiżankę, wytarłam blat i wyjęłam laptop. Zbyszek był w garażu, dłubał przy aucie, jak co niedzielę. Miałam może godzinę.
Wchodzę na nasze wspólne konto - bo to ja prowadzę domowe rozliczenia, zawsze prowadziłam, on do dziś nie wie, jaki mamy limit na karcie. Zawsze mówił, że część wydatków jest służbowa, że „firma zwróci", i ja tych jego pozycji nigdy nie sprawdzałam. Ufałam. Teraz sprawdziłam.
Poniedziałek: lotnisko. Wtorek, środa, czwartek: hotel o greckiej nazwie, której nie umiem wymówić. Wypłaty w euro. Restauracja, restauracja, znowu hotel. A pod spodem, jakby na dokładkę, dwie takie same dopłaty - dwa razy to samo, co do grosza. Wybór miejsca w samolocie. Dwa miejsca. Obok siebie.
Siedziałam nad tymi cyframi i pierwszy raz w życiu cyfry mnie okłamały. Bo wszystko się zgadzało. Tylko nie z Radomiem.
Cofnęłam się dalej. Marzec, luty, grudzień. I zaczęłam widzieć rzeczy, których wcześniej widzieć nie chciałam - kwiaciarnia, jedna kolacja co kilka tygodni w mieście, w którym niby był „u kolegi z pracy". Człowiek widzi tylko to, na co się zgadza patrzeć. Ja przez cały rok patrzyłam w bok.
Bo prawda jest taka, że my ze Zbyszkiem od dawna mijaliśmy się w tym mieszkaniu jak dwoje lokatorów, co dzielą jedną lodówkę. On do swojej telewizji, ja do wnuka. Franek, syn Magdy, ma sześć lat i to jego odbierałam z przedszkola, jemu gotowałam rosół, o nim myślałam wieczorami.
Zbyszek gdzieś w tym wszystkim zszarzał. Zrobił się cichy, kupił sobie nowy zegarek, zaczął chodzić na siłownię „dla kręgosłupa". Miał sześćdziesiąt lat i chyba się przestraszył, że to już wszystko - że dalej jest tylko emerytura, działka i znicze na cmentarzu w listopadzie. Ja to dzisiaj rozumiem. I to rozumienie jest najgorsze, bo nie da się na nim oprzeć złości.
Mam pięćdziesiąt siedem lat i myślałam, że o własnym mężu wiem już wszystko. A najbardziej bolało co innego niż ta pani w kapeluszu. Przez trzydzieści lat jeździliśmy nad Bałtyk. Ta sama Łeba, ten sam pokój u pani Wandy, ten sam wiatr, co wywracał parasol. „Kiedyś polecimy gdzieś dalej, Renatko - mówił - jak odłożymy". Nie odłożyliśmy nigdy. A on w końcu wsiadł do samolotu i poleciał tam, gdzie zawsze chcieliśmy. Tylko nie ze mną.
Nie zrobiłam awantury. Wiem, każdy by się spodziewał, że wpadnę do tego garażu z telefonem w ręku i będę krzyczeć. Ale ja jestem księgowa. Ja najpierw liczę, a rachunek wystawiam na końcu.
W poniedziałek usmażyłam kotlety, jego ulubione, z młodymi ziemniakami i koprem. Usiedliśmy. Podałam mu talerz i zapytałam zwyczajnie, jakby o pogodę:
- A powiedz, jak w końcu było na tym szkoleniu w Radomiu? Bo tak zleciało, że nawet nie opowiedziałeś.
I on zaczął mówić. Że nudno, że sala bez klimatyzacji, hotel byle jaki, kawa z automatu jak pomyje, a jeden gość z Kielc zasnął na prezentacji. Mówił płynnie, z detalami, dokładał sobie ziemniaków i narzekał na te ziemniaki w Radomiu, których przecież nie było. Ja patrzyłam na jego opalone przedramiona - te, o których powiedział, że to od słońca w oknie - i nie odezwałam się ani słowem.
W kuchni tykał zegar. Zbyszek jadł. Ja trzymałam widelec nad talerzem i czułam, jak coś we mnie zamyka się cicho, jak drzwi na klatce, kiedy sąsiad puści je za sobą i idzie na górę.
Tamtej nocy nie spałam. Leżałam obok niego, słuchałam, jak oddycha, i myślałam o tym, o czym księgowa myśli najlepiej - co bym straciła, a co zyskała. Mieszkanie jest wspólne, wiem, co znaczy je dzielić, wiem, ile kosztuje samotność po sześćdziesiątce, i to nie w złotówkach, w czymś gorszym.
Myślałam o Magdzie, o Franku, o świętach, przy których i tak wszyscy już trochę udają. I złapałam się na tym, że najmniej ze wszystkiego obchodzi mnie ta kobieta w kapeluszu. Nie chciałam wiedzieć, kto to. Naprawdę nie chciałam. Bo nie ona mnie zdradziła. Zdradziło mnie to „W piątek jestem, Renatko". Ta łatwość, z jaką kłamał mi w oczy, całując w czoło.
Rano zrobiłam mu kawę, taką jak zawsze - z mlekiem, bez cukru. Postawiłam przed nim. A potem, mieszając swoją, zapytałam lekko:
- A jakby firma znowu wysłała cię kiedyś na takie szkolenie, to byś pojechał?
- No pewnie - powiedział, nie podnosząc głowy znad telefonu. - Czemu nie.
Uśmiechnęłam się i nic nie powiedziałam.
Bo dzień wcześniej napisałam do Krysi, żeby przesłała mi tamto zdjęcie znad basenu. „Bo morze tak ładnie wyszło". Mam je teraz w telefonie. Ten mały mężczyzna w jasnej koszuli, w kraju, w którym nigdy nie był. Czasem sobie na nie patrzę.
I niech mi jeszcze trochę poopowiada o tym Radomiu. Dokładnie tyle, ile będzie mi potrzebne.