Wynajęłam pokój studentce, bo emerytura nie starcza, a i tak bałam się obcej w domu. Po roku przyznała, że nie szukała taniego pokoju - szukała kogoś, kto spyta, czy zjadła obiad. Babcię straciła w liceum. Ja nigdy nie miałam córki. Mówi do mnie „babciu", odkąd zdała sesję.
Gdybym rok temu nie poszła do tej pani w biurze ogłoszeń i nie podyktowała drżącym głosem: „Pokój do wynajęcia, blisko uczelni, cisza i porządek" - nigdy bym nie poznała Oli. I nigdy by mi nikt nie powiedział „babciu" w taki sposób, że serce ściska się i rośnie jednocześnie.
Ale po kolei.
Nazywam się Halina i od trzech lat jestem na emeryturze. Trzydzieści dwa lata uczyłam polskiego w liceum w Płocku - pokolenia uczniów, tysiące klasówek, setki wywiadówek. Mąż Władek odszedł osiem lat temu, serce go zabrało w jedną noc.
Dzieci nie mieliśmy. Nie wyszło, jak to mówią - a potem było już za późno, żeby próbować dalej. Zostałam z dwupokojowym mieszkaniem na Podolszycach, z emeryturą, która ledwo starczała na rachunki i lekarstwa, i z ciszą tak gęstą, że czasem włączałam telewizor tylko po to, żeby ktoś mówił.
To Krysia z parteru wpadła na pomysł.
- Halina, ty masz ten pokój po Władku pusty. Pościel nową kupisz, szafę wytniesz - i wynajmij komuś. Studentki szukają, bo w akademiku miejsca nie ma.
Pokiwałam głową, ale w środku wszystko się skurczyło. Obca osoba w moim mieszkaniu? W pokoju, gdzie jeszcze stoi biurko Władka, gdzie na półce leżą jego okulary do czytania? Ktoś, kto będzie chodził po korytarzu w nocy, kto zostawia włosy w odpływie, kto przyprowadza znajomych?
Ale rachunek za gaz przyszedł wyższy niż zwykle, a lodówka świeciła pustkami już dwudziestego. Poszłam do biura.
Pierwsza kandydatka zapytała, czy może palić na balkonie. Druga chciała wiedzieć, czy jest szybki internet, bo streamuje. Trzecia nie przyszła w ogóle. Czwarta była Ola.
Stanęła w drzwiach - drobna, w za dużej kurtce, z plecakiem, który wyglądał, jakby ważył więcej niż ona sama. Miała dwadzieścia lat i studiowała pedagogikę.
- Dzień dobry. Czy u pani nadal jest wolny pokój? - zapytała cicho, jakby się bała, że odpowiedź będzie „nie".
Pokazałam jej mieszkanie. Kuchnię z oknem na podwórko, łazienkę z suszarką nad wanną, pokój z biurkiem Władka, który wystawiłam na korytarz - bo nie mogłam na nie patrzeć i jednocześnie nie potrafiłam go wyrzucić. Ola oglądała wszystko uważnie, ale nie komentowała. Nie powiedziała „fajnie" ani „ale małe" ani „a da się to przestawić?". Dotknęła tylko parapetu, na którym stał doniczka z fiołkiem, i spytała:
- Pani sama podlewa?
- A kto miałby? - odpowiedziałam.
Wprowadziła się w następną sobotę. Miała jedną walizkę, torbę z książkami i koc w kratę, którego nie chciała oddać do prania. Powiedziała, że to po babci.
Pierwsze tygodnie były jak mieszkanie z duchem. Ola wychodziła rano, wracała wieczorem, zamykała się w pokoju. Słyszałam muzykę przez ścianę - cichą, jakiś fortepian. W kuchni po sobie zmywała od razu, stawiała kubek do góry dnem na suszarce. Zostawiała czyściej niż było.
Nie rozmawiałyśmy. Mijałyśmy się w korytarzu z uprzejmym „dzień dobry" i „dobranoc", a ja zaczynałam żałować. Nie dlatego, że Ola przeszkadzała. Właśnie dlatego, że nie przeszkadzała. Bo jeśli ktoś jest tak cicho, to tak, jakby go nie było. A ja już miałam dość bycia z kimś, kogo nie ma.
Przełamałam się w październiku. Robiłam rosół - taki prawdziwy, na golonkowym, z całą marchewką - i nagle pomyślałam, że głupio robić garnek zupy dla jednej osoby. Zapukałam.
- Ola, zjadłabyś rosołu?
Wyszła z pokoju z oczami czerwonymi od płaczu albo od czytania - nie wiem. Usiadła przy stole i jadła w milczeniu. A potem powiedziała:
- Babcia robiła tak samo. Z całą marchewką.
I zaczęła płakać.
Nie pytałam o nic. Postawiłam przed nią chusteczki i dolałam zupy. Są rzeczy, których nie trzeba tłumaczyć - trzeba po prostu przy nich być.
Od tamtego wieczoru coś się zmieniło. Ola zaczęła wychodzić z pokoju. Siadała w kuchni z notatkami, pytała, czy może zrobić herbatę. Czasem pomagała mi z zakupami - brała te cięższe torby, choć sama ważyła pewnie tyle co nic. W grudniu ubrałyśmy razem choinkę. Małą, sztuczną, stojącą na komodzie. Ola powiesiła na niej ozdobę - aniołka z drewnianą główką.
- Babci - powiedziała krótko.
Zaczęłam się o nią martwić. Jak matka, nie - inaczej. Jak ktoś, kto widzi dziecko, które udaje dorosłego. Czy zjadła śniadanie? Dlaczego wróciła tak późno? Czy ma ciepłą kurtkę, bo mróz taki, że aż drzewa trzeszczą?
Ola śmiała się z tego.
- Pani Halino, nikt mnie tak nie pilnuje od liceum.
A potem, już ciszej:
- Od kiedy babcia umarła, nikt mnie o nic nie pytał. Mama pracuje w Anglii, tata ma nową rodzinę w Gdańsku. Ja jestem tu sama.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Więc powiedziałam to, co umiałam:
- Jutro robię krupnik. Wracaj na czwartą.
Sesja zimowa przyszła jak lawina. Ola siedziała po nocach, piła kawę litrami, rozrzucała kartki po całym pokoju. Raz znalazłam ją śpiącą przy biurku z głową na podręczniku. Przykryłam ją kocem - tym w kratę, babcinym. Rano nic nie powiedziała, ale na blacie stała filiżanka z herbatą. Dla mnie.
Zdała wszystko. Piątki i jedna czwórka. Wpadła do kuchni z indeksem jak z trofeum.
- Zdałam, babciu! Zdałam!
Babciu.
Stałam przy zlewie i trzymałam się blatu, bo nogi się pode mną ugięły. Nie z zaskoczenia - ze szczęścia tak ostrego, że aż bolało. Nikt nigdy tak do mnie nie powiedział. W trzydziestu dwóch latach w szkole byłam „proszę pani". Dla sąsiadek byłam „Halinka". Dla Władka byłam „Halu". Ale „babciu" - nigdy.
Wieczorem, przy herbacie, Ola powiedziała mi coś, co noszę w sobie do dziś.
- Wie pani, ja wtedy nie szukałam taniego pokoju. Tanie pokoje są wszędzie. Ja szukałam kogoś, kto spyta, czy zjadłam obiad.
Patrzyłam na nią i widziałam siebie - sprzed lat, sprzed Władka, kiedy byłam młoda i myślałam, że samotność to wolność. Zanim zrozumiałam, że wolność i pustka mają ten sam adres.
- Babcię straciłam w drugiej liceum - mówiła dalej Ola, kręcąc łyżeczką w kubku. - Mieszkałam u niej od dziecka, bo mama wyjechała. Babcia była... no, wszystkim. A potem jej nie było i nikt nie pytał, czy zjadłam, czy mi zimno, czy zdałam. Zobaczyłam pani ogłoszenie i pomyślałam - może ta pani będzie pytać.
- I pytam? - szepnęłam.
- Pani nie przestaje - uśmiechnęła się, ale oczy miała mokre.
Minęło pół roku od tamtej rozmowy. Ola kończy drugi rok. Mówi, że zostanie w Płocku na wakacje, bo ma praktyki. Ale ja wiem, że praktyki mogłaby robić gdzie indziej. I ona wie, że ja wiem.
Nie rozmawiamy o tym wprost. Nie musimy.
Krysia z parteru mówi, że jestem naiwna. Że dziewczyna skończy studia i wyjedzie, a ja zostanę z pustym pokojem i jeszcze większą dziurą niż przedtem. Może ma rację. Pewnie ma rację.
Ale kiedy Ola wraca wieczorem i woła z korytarza „Babciu, jestem!", kiedy siadamy razem do kolacji i ona opowiada mi o wykładach, a ja jej o sąsiadce z czwartego, która znowu suszyła pranie na balkonie w deszczu - wtedy myślę, że Krysia nic nie rozumie. Albo rozumie aż za dobrze i dlatego ostrzega.
Wczoraj Ola powiedziała, że chce mnie zabrać na Dzień Matki do kawiarni. Poprawiłam ją - Dzień Babci jest w styczniu, nie w maju.
Popatrzyła na mnie tak, jakbym czegoś nie zrozumiała.
Może rzeczywiście nie zrozumiałam.