Dwa lata temu poznałam dobrego człowieka, chciał, żebyśmy zamieszkali razem nad morzem. Zostałam, bo córka mówiła, że „bez babci sobie nie poradzą" z maluchami. Wczoraj usłyszałam, jak żartuje znajomym, że „mama na starość chciała się bawić w narzeczoną".
Gdybym tamtego wieczoru nie zapomniała torebki w przedpokoju, pewnie do dziś myślałabym, że córka mnie rozumie. Ale wróciłam się po kluczyki od samochodu i usłyszałam śmiech z kuchni - taki gromki, beztroski, jakby ktoś opowiedział świetny kawał. A tym kawałem byłam ja.
Mam na imię Renata. Sześćdziesiąt jeden lat, trzydzieści dwa lata w aptece na Starym Rynku w Płocku, najpierw za ladą, potem jako kierownik. Zawsze miałam opinię osoby rozsądnej. Takiej, która nie podejmuje pochopnych decyzji. I może właśnie dlatego ta jedyna naprawdę odważna decyzja w moim życiu nigdy się nie wydarzyła.
Wojciecha poznałam na turnusie rehabilitacyjnym w Kołobrzegu. Oboje mieliśmy kłopoty z kręgosłupem, oboje siedzieliśmy wieczorami na ławce nad morzem, bo w pokojach nie dało się wytrzymać od zapachu starej wykładziny.
On był po rozwodzie, ja od ośmiu lat wdową. Gadaliśmy godzinami. O dzieciach, o samochodach, które kiedyś mieliśmy, o serialach, których się wstydziliśmy. Wojciech śmiał się tak, że mu się oczy zamykały. Dawno nie widziałam, żeby ktoś tak szczerze się śmiał.
Po turnusie zaczęliśmy się spotykać. On mieszkał w Słupsku, ja w Płocku - ponad pięćset kilometrów. Ale Wojciech jeździł. Przyjeżdżał w piątki, zostawał do niedzieli. Czasem ja jechałam do niego. Było mi z nim tak dobrze, że zaczęłam się tego bać. Bo kiedy jest ci dobrze po sześćdziesięciu latach prób i błędów, to czekasz, aż się skończy.
Wojciech nie czekał. Po roku powiedział, że jest do wynajęcia mieszkanie w Ustce, dwa pokoje, balkon z widokiem na park, pięć minut do plaży. Że jego emerytura i moja dadzą radę. Że chce się budzić obok mnie, a nie pisać do mnie „dzień dobry" o szóstej rano na komunikatorze.
I wtedy zadzwoniła Magda.
Córka miała trzydzieści cztery lata, dwójkę dzieci - Zosię, lat pięć, i Jasia, który dopiero skończył dwa. Mąż Magdy, Bartek, pracował na budowach w delegacjach i bywał w domu co drugi tydzień. Magda radziła sobie, ale tak, jak radzą sobie matki małych dzieci - na granicy. Kiedy powiedziałam jej o planach Wojciecha, w słuchawce zapadła cisza.
- Mamo, no ale jak to? A kto mi pomoże z dziećmi?
- Magda, ja ci pomagam, ale...
- Właśnie. Pomagasz. Bo bez babci sobie nie poradzę. Bartek ciągle w rozjazdach, Zosia idzie do zerówki, Jasio w żłobku ciągle choruje. Mamo, daj mi jeszcze te dwa lata, aż Jasio pójdzie do przedszkola. Proszę.
Dwa lata. Powiedziała to tak, jakby prosiła o pożyczenie miksera.
Wojciechowi przekazałam to delikatnie. Powiedziałam, że córka mnie potrzebuje, że nie mogę teraz, że może za jakiś czas. Pokiwał głową. Nie awanturował się. Powiedział tylko: - Renata, ja ciebie poczekam. Ale nie wiem, czy morze poczeka.
Wtedy nie zrozumiałam, co miał na myśli. Teraz rozumiem.
Przez następne dwa lata byłam babcią na pełny etat. Rano zawoziłam Zosię do szkoły, bo Magda zaczynała pracę o siódmej. W południe odbierałam Jasia ze żłobka, bo znowu miał katar i nie mogli go trzymać.
Gotowałam obiady - nie dla siebie, dla czworga ludzi. Prasowałam mundurki. Siedziałam z dziećmi wieczorami, kiedy Magda „potrzebowała godzinki dla siebie". Te godzinki zamieniały się w trzy, cztery. Wracała z paznokciami w żelu i nową fryzurą, a ja zasypiałam w fotelu z Jasiem na kolanach.
Nie narzekałam. Kocham te dzieci. Zosia rysuje mi portrety, na których wyglądam jak księżniczka z różowymi włosami. Jasio mówi „baba" zanim powie „mama". Ale coś we mnie gasło. Z Wojciechem rozmawialiśmy coraz rzadziej. Z codziennych telefonów zrobiły się co kilka dni, potem raz w tygodniu. Nie kłóciliśmy się. Po prostu milkliśmy. Jakby ktoś ściszał dźwięk.
Na Wielkanoc nie zadzwonił. Napisałam krótką wiadomość ze świątecznym życzeniami. Odpisał po dwóch dniach: „Dziękuję, Renata. Wzajemnie." Trzy słowa. Bez uśmieszku, bez pytania, co u mnie.
A wczoraj wróciłam się po tę cholerną torebkę.
Magda siedziała z dwiema koleżankami przy stole w kuchni. Pół butelki wina, resztki pizzy. Drzwi od przedpokoju były uchylone i słyszałam każde słowo.
- No i moja mama miała takiego adoratora - mówiła Magda tonem, jakim opowiada się zabawne historyjki. - Poznała gościa w sanatorium i on chciał, żeby się do niego przeprowadziła nad morze. Na starość narzeczoną się zachciało bawić!
Śmiech. Taki szczery, od brzucha.
Koleżanka zapytała: - I co, pojechała?
- No skąd! Ja jej powiedziałam, że dzieci mnie potrzebują, to została. No bo co, miała nas zostawić dla jakiegoś faceta z Tinderu?
Wojciech nie był z Tinderu. Wojciech był człowiekiem, który wstawał o piątej, żeby zdążyć na pociąg do Płocka. Który przywoził mi czekoladki z Biedronki, bo wiedział, że lubię te z orzechami. Który przy naszym ostatnim spotkaniu powiedział, że moglibyśmy mieć ładne życie.
Stałam w tym przedpokoju może minutę. Może dwie. Patrzyłam na swoje buty - wygodne, płaskie, kupione z myślą o tym, żeby dużo chodzić z wózkiem. I pomyślałam, że te buty mówią o moim życiu więcej niż jakiekolwiek słowa.
Wyszłam cicho. Magda nie usłyszała.
W domu usiadłam przy stole i otworzyłam szufladę, w której trzymam rzeczy, o których nikt nie wie. Pod starymi rachunkami za telefon leżało zdjęcie z Kołobrzegu. Ja i Wojciech na ławce, morze za plecami, wiatr we włosach. Uśmiechamy się. Oboje wyglądamy na zaskoczonych, że jeszcze potrafimy się tak uśmiechać.
Wyciągnęłam telefon. Numer Wojciecha wciąż był zapisany. Zastanawiałam się, czy go jeszcze ma. Czy nie zmienił. Czy w ogóle chciałby odebrać.
Magda napisała wieczorem: „Mamo, jutro możesz wziąć Jasia od 8? Muszę do dentysty."
Odpisałam po dwóch godzinach. Trzy słowa: „Muszę pomyśleć."
Odpowiedziała minutę później: „O czym? 😂"
Nie odpisałam. Siedziałam z tym zdjęciem i słuchałam ciszy w mieszkaniu. Tej ciszy, która kiedyś była spokojem, a teraz brzmiała jak wyrok.
Na ekranie telefonu wciąż świeciło się imię Wojciecha. Kciuk miałam na zielonej słuchawce. Ale jeszcze nie nacisnęłam.
Jeszcze nie.