Od dwóch lat syn pożycza ode mnie po kilkaset złotych „do wypłaty" i nigdy nie oddaje. Gdy ostrożnie podliczyłam, że uzbierało się prawie sześć tysięcy, spojrzał urażony: „mamo, naprawdę liczysz własnemu dziecku każdą złotówkę?".
„Mamo, pożycz dwieście do piątku, oddam z wypłaty" - napisał Bartek w środę, o wpół do jedenastej w nocy. Pamiętam, bo leżałam już w łóżku z książką i musiałam zdjąć okulary, żeby przeczytać wiadomość. Odpisałam: „Dobrze, synku". Przelałam rano, zanim jeszcze zaparzyłam kawę. Piątek przyszedł i poszedł. Bartek nie wspomniał ani słowem.
Nie wiem, kiedy to się zaczęło robić regularne. Na początku naprawdę wyglądało na drobnostkę - sto złotych tu, dwieście tam. Każdy może mieć gorszy miesiąc, prawda? Syn dzwonił, tłumaczył, że rachunki wyszły wyższe niż zwykle, że kolega miał urodziny i trzeba było się dorzucić na prezent, że auto potrzebowało przeglądu. Normalne rzeczy. Ludzkie. Nigdy nie powiedziałam nie.
Przez dwadzieścia osiem lat pracy w administracji szpitalnej w Radomiu nauczyłam się jednego - porządek w papierach to podstawa. Może dlatego w pewnym momencie zaczęłam zapisywać. Nie z podejrzliwości, raczej z nawyku.
Notatnik w szufladzie, ten sam, w którym kiedyś notowałam wydatki na podręczniki dla dzieci. Data, kwota, powód. Marzec - trzysta, „na opony". Kwiecień - dwieście, „do wypłaty". Maj - czterysta, „bo Julce trzeba kupić buty do komunii".
Mój mąż Ryszard, gdyby żył, tobym z nim o tym pogadała. Ale Ryszard odszedł pięć lat temu - wylew, nagle, w sobotni poranek. Został po nim porządek w garażu, na który nie mogę patrzeć, i emerytura, z której teraz żyłam. Nie była duża. Starczała na rachunki, jedzenie, leki na ciśnienie i czasem na kwiaty na grób. Na więcej nie.
Bartek ma trzydzieści dwa lata i mieszka z żoną Julią na drugim końcu miasta, w kawalerce, którą wynajmują od trzech lat. Pracuje na budowie - nie narzeka, ale wiadomo, że zarobki skaczą z miesiąca na miesiąc.
Julia siedzi z małą Olą, bo żłobek kosztuje tyle, że nie opłaca się wracać do pracy. Rozumiem to. Naprawdę rozumiem. Sama kiedyś liczyłam każdy grosz, kiedy dzieci były małe i Ryszard dorabiał po nocach jako stróż.
Ale zeszłego miesiąca otworzyłam ten notatnik i zaczęłam sumować. Kolumna za kolumną, miesiąc po miesiącu. Ręce mi się trzęsły przy kalkulatorze, nie ze złości - z niedowierzania.
Prawie sześć tysięcy złotych w niecałe dwa lata. Tyle co moja emerytura za ponad dwa miesiące. Pieniądze, które pożyczył mój syn i o których nigdy więcej nie wspomniał. Jakby każdy przelew był prezentem, a nie pożyczką. Jakby słowo „oddam" było tylko formą grzecznościową.
Tydzień chodziłam z tym po mieszkaniu jak z kamieniem w kieszeni. Ważyłam każde zdanie w głowie. Bo jak powiedzieć synowi, że się liczy jego długi? Jak nie wyjść na skąpą matkę? Na starą kobietę, która trzęsie się nad każdym groszem?
W niedzielę Bartek przyjechał z Olą. Julia została w domu, bo miała migrenę - tak powiedział. Usiadł w kuchni, zjadł dwa kawałki sernika, Ola bawiła się klockami w pokoju. Pogadaliśmy o pogodzie, o remoncie klatki schodowej, o tym, że sąsiadka z parteru znowu zalała piwnicę. Normalna rozmowa. Ciepła. Właśnie przy takiej rozmowie jest najtrudniej.
- Bartek - zaczęłam, kiedy Ola poszła do łazienki. - Chciałam z tobą porozmawiać o tych pożyczkach.
Spojrzał na mnie znad kubka.
- Jakich pożyczkach?
- No... tych, co ci przelewam. Co miesiąc, czasem dwa razy. Policzyłam i wyszło, że...
- Mamo. - Postawił kubek na stole. - Mamo, naprawdę liczysz własnemu dziecku każdą złotówkę?
Powiedział to takim tonem, jakbym go uderzyła. Z wyrzutem i zdziwieniem jednocześnie, jakby nie mógł uwierzyć, że jego własna matka jest zdolna do czegoś tak niskiego jak arytmetyka.
Zamilkłam. W gardle miałam supeł, a w głowie szumiało mi jak w zepsutym radiu.
- Nie liczę każdej złotówki - odezwałam się wreszcie. - Ale to nie są małe kwoty, synku. To prawie sześć tysięcy. Ja z emerytury...
- To nie pożyczaj, jak ci szkoda - przerwał mi, wstając od stołu. - Nikt cię nie zmusza.
Ola wróciła z łazienki, uśmiechnięta, z mokrymi rękawkami. Bartek wziął ją na ręce i powiedział, że muszą jechać, bo Julia czeka. Pocałował mnie w policzek - szybko, automatycznie, jak stempluje się kartę w pracy. Wyszli.
Stałam w kuchni z dwoma brudnymi kubkami w rękach i myślałam o tym, jak to jest, że syn potrafi na mnie spojrzeć z wyrzutem za to, że ja pamiętam to, o czym on tak wygodnie zapomniał.
Wieczorem zadzwoniła Krysia, moja siostra z Kielc. Gadałyśmy o jej wnukach, o cenach masła, o serialu, który obie oglądamy. Nie powiedziałam jej o rozmowie z Bartkiem. Wstydziłam się. Tylko nie wiem - za niego czy za siebie.
Przez następne dwa tygodnie Bartek się nie odzywał. Żadnego telefonu, żadnej wiadomości. Cisza. Wcześniej dzwonił przynajmniej raz w tygodniu, nawet jeśli po to, żeby zapytać o przepis na zupę pomidorową albo czy może zostawić Olę na sobotę. Teraz - nic. Jakby mnie karał za to, że ośmieliłam się policzyć.
A ja w tej ciszy zaczęłam się zastanawiać, czy to nie moja wina. Może powinnam była dawać i nie liczyć. Może tak robią dobre matki - dają bez pamięci, bez notatnika, bez kalkulatora. Może Ryszard by powiedział: „Daj spokój, Wiesława, to nasz syn, nie obcy". A może Ryszard powiedziałby co innego. Już nie wiem. Pięć lat to dużo czasu, żeby zapomnieć, jak ktoś myślał.
W trzecim tygodniu ciszy zadzwoniła Julia. Grzecznie, spokojnie, tym swoim cichym głosem.
- Mamo, Bartek nie chce dzwonić, bo mu głupio. Ale Ola pyta o babcię. Może wpadniemy w sobotę?
- Jasne, kochanie - powiedziałam. - Upiekę szarlotkę.
Rozłączyłam się i usiadłam ciężko na krześle w przedpokoju. Julia powiedziała „mu głupio". Nie „przeprasza". Nie „chce oddać". „Głupio mu". Jakby to on był ofiarą niezręcznej sytuacji, a nie ja - osobą, która przez dwa lata pożyczała pieniądze z emerytury i w zamian dostała milczenie.
W sobotę przyjechali we trójkę. Ola rzuciła mi się na szyję. Julia przyniosła kwiaty - tulipany, żółte, ładne. Bartek wszedł ostatni, pocałował mnie w czubek głowy i powiedział: „Cześć, mamo". Usiedliśmy do szarlotki. Rozmowa toczyła się gładko - o przedszkolu, do którego może pójdzie Ola, o nowym sklepie na rogu, o tym, że wiśnia za oknem już przekwitła.
O pieniądzach nie powiedział ani słowa. Ja też nie.
Kiedy wychodzili, Bartek przytrzymał drzwi i spojrzał na mnie. Przez sekundę myślałam, że coś powie. Że przeprosi. Że chociaż powie: „mamo, wiem, że to dużo, postaram się oddać po kawałku". Cokolwiek.
- Pa, mamo. Dzięki za szarlotkę.
Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. W szufladzie w kuchni leżał notatnik z kolumnami cyfr. A na lodówce - rysunek Oli, serduszko w kolorze różowym, podpisane drżącą ręką: „Babcia".
I nie wiem, co jest gorsze. To, że mój syn myśli, że matczyne pieniądze nie mają wartości. Czy to, że ja chyba zaczynam myśleć, że może ma rację.