Wnuk pisze do mnie zwykle wtedy, kiedy potrzebuje blika na dwadzieścia złotych. W niedzielę przyszedł bez uprzedzenia, z drożdżówkami z naszej starej cukierni. Zapytałam, ile potrzebuje. Odpowiedział: „nic, babciu, chciałem tylko zjeść z tobą śniadanie, jak kiedyś".
Gdybym ktoś powiedział mi rok temu, że te słowa potrafią bardziej zabolałeć niż kolejny BLIK bez „dzień dobry" - roześmiałabym się. Ale tamtej niedzieli stałam w przedpokoju z drożdżówką w reklamówce, którą wcisnął mi Bartek, i poczułam, że nie wiem, co z nią zrobić. Nie z drożdżówką. Ze sobą.
Bo ja się przyzwyczaiłam.
Przyzwyczaiłam się, że telefon wibruje w sobotę wieczorem. Że na ekranie pojawia się „Babciu" z tym emotikonem uśmiechniętej buźki, która nic nie znaczy. Że potem jest kwota, numer, krótkie „dziękiiii" z trzema literkami „i" na końcu, jakby te dodatkowe litery miały zastąpić rozmowę. Dwadzieścia złotych. Czasem trzydzieści. Raz pięćdziesiąt, ale wtedy dopisał „oddam z następnego stypendium", i nawet mnie to nie zdziwiło, bo Bartek nigdy niczego nie oddawał.
Mam na imię Lucyna, mam sześćdziesiąt osiem lat i od trzech jestem na emeryturze. Wcześniej pracowałam w księgowości zakładu mleczarskiego pod Olsztynem - dwadzieścia sześć lat, trzy szefów, dwa remonty budynku i ani jednego dnia zwolnienia lekarskiego. Jestem osobą, która liczy. Zawsze liczyłam. Złotówki, dni, słowa.
Bartka liczyłam szczególnie uważnie.
Kiedy był mały, przychodził do mnie po szkole, bo córka Mirka pracowała na dwie zmiany w szpitalu. Robiłam mu kanapki z żółtym serem i keczupem - wiem, wiem, ale on tak lubił - a on siadał przy kuchennym stole i opowiadał mi o dinozaurach.
Wiedział wszystko. Tyranozaur, triceratops, diplodok - recytował nazwy z taką powagą, jakby zdawał egzamin. Ja słuchałam i kroiłam jabłko na ósemki, bo w ósemkach smakuje lepiej, tak powiedział, kiedy miał sześć lat, i ja mu uwierzyłam.
Potem skończył szkołę podstawową i przestał przychodzić. Nie nagle. Stopniowo. Najpierw w piątki „miał trening". Potem w środy „uczył się z kolegą". W końcu Mirka powiedziała, że Bartek jest na tyle duży, że nie potrzebuje już opieki. Miał dwanaście lat. Ja miałam pięćdziesiąt sześć i pustą kuchnię o piętnastej trzydzieści.
Nie żaliłam się. Lucyna Grajewska się nie żali. Lucyna Grajewska robi kompot z rabarbaru, pierze firanki i jeździ na grób Stefana w pierwszą sobotę miesiąca. Lucyna Grajewska nie mówi córce, że jest jej smutno, bo córka ma wystarczająco dużo na głowie.
Ale BLIK-i bolały.
Nie dlatego, że dwadzieścia złotych to dużo. Dwadzieścia złotych to pół kilo schabu, bilet do kina albo dwa litry mleka i chleb. Dwadzieścia złotych to nic. Bolało to, że Bartek nauczył się, że babcia to bankomat z emotikonem serduszka w odpowiedzi. Że mogę być pożyteczna na odległość. Że wymieniliśmy bliskość na transakcję.
Ostatni raz widziałam go na Wielkanoc. Przyjechał z Mirką na godzinę, zjadł żurek, powiedział „pyszny, babciu", schował telefon do kieszeni dokładnie trzy razy w ciągu obiadu i wyszedł, zanim zdążyłam wyciągnąć sernik. Miał „plany". Ja zostałam z sernikiem na dwanaście kawałków i pozmywanymi talerzami.
A potem tamta niedziela.
Zadzwonił domofon o dziewiątej rano. Niedzielny poranek, ja w szlafroku, z włosami w takim stanie, że nawet Zofia z parteru by się przeżegnała. Pomyślałam, że to listonosz się pomylił.
- Babciu, to ja. Wpuścisz?
Wpuściłam. Oczywiście, że wpuściłam. Ale zanim otworzyłam drzwi, zdążyłam pomyśleć trzy rzeczy: ile potrzebuje, skąd wie, że jestem w domu, i czy mam czyste ręczniki w łazience.
Stał na klatce w tej swojej kurtce, którą nosi od drugiego roku studiów, z reklamówką w ręce. W reklamówce były drożdżówki. Z Cukierni Kowalskich. Tej samej, do której chodziliśmy, kiedy miał osiem lat i wracaliśmy razem z rynku.
- Zamknęli ją dwa lata temu - powiedziałam, zanim zdążyłam się przywitać.
- Otworzyli z powrotem. Syn Kowalskiego przejął. Mają te same drożdżówki z lukrem.
Zabrałam reklamówkę. Zważyłam w ręce. Cztery sztuki. Zapytałam:
- Ile potrzebujesz?
I wtedy Bartek zrobił coś, czego nie spodziewałam się bardziej niż gdyby wylądował na Marsie. Uśmiechnął się. Nie tym szybkim, grzecznościowym uśmiechem, który przyklejem do twarzy, kiedy ciotka mówi, że urósł. Uśmiechnął się powoli, z czymś w oczach, co wyglądało jak zażenowanie.
- Nic, babciu. Chciałem zjeść z tobą śniadanie. Jak kiedyś.
Zrobiłam herbatę. Tę w szklaneczkach z metalowymi koszyczkami, których już nikt nie używa, ale ja używam, bo Stefan je lubił. Bartek usiadł na swoim starym miejscu, tym od okna. Wyciągnął drożdżówki na talerz - ten talerz z niebieskimi kwiatkami, który mam od trzydziestu lat i który przeżył więcej niż niejedno małżeństwo na tym osiedlu.
Jedliśmy w ciszy. I ta cisza nie była pusta. Była gęsta, jak ciasto drożdżowe przed wyrośnięciem.
Bartek patrzył na lodówkę, na której wciąż wisiała jego laurka z pierwszej klasy - „Dla Babci Lucyny, kocham Cię bardzo, Bartuś" z narysowanym dinozaurem, który wyglądał jak pies z rogami.
- Babciu - powiedział w końcu - byłem wczoraj u Kuby. Znasz Kubę, tego z akademika. Jego babcia umarła w zeszłym tygodniu.
Odłożyłam drożdżówkę.
- I on mi mówił, że przez ostatnie dwa lata pisał do niej tylko po pieniądze. Że ona zawsze wysyłała. I że on teraz ma w telefonie sto dwadzieścia trzy wiadomości z jej numerem. Same „proszę", „dziękuję", kwoty. I jedną, ostatnią, której nie odczytał. Wysłała ją dzień przed śmiercią.
Bartek zamilkł. Obrócił w palcach drożdżówkę, łamiąc kawałek lukru.
- I co w niej było? - zapytałam cicho.
- Nie wiem, nie chciałem pytać. Ale pomyślałem... - urwał. Wziął łyk herbaty. - Pomyślałem, że nie chcę mieć takiego telefonu.
Powinnam była powiedzieć coś mądrego. Coś, co babcie mówią w filmach - ciepłego, pojemnego, takiego, co zamyka temat i otwiera ramiona. Ale ja jestem Lucyna Grajewska. Ja liczę.
- Przychodzisz, bo boisz się, że umrę? - zapytałam.
Bartek podniósł głowę. W jego oczach nie było zażenowania. Był strach. Prawdziwy, dwudziestoletni strach.
- Przychodzę, bo boję się, że przepuszczę - powiedział.
Nie zapytałam, co przepuści. Wiedziałam.
Umyliśmy razem naczynia. On mył, ja wycierałam. Jak kiedyś, kiedy stawał na taborecie, bo nie sięgał do zlewu. Teraz był ode mnie wyższy o głowę, a ręce miał większe od moich. Kiedy podawał mi mokry talerz z niebieskimi kwiatkami, nasze palce się zetknęły i żaden z nas tego nie skomentował.
Wyszedł o dwunastej. W drzwiach odwrócił się.
- Babciu, mogę przyjść w przyszłą niedzielę?
- Możesz.
- To kupię drożdżówki.
- Kup pięć. Pani Zofia z parteru lubi z makiem.
Zamknęłam drzwi. Oparłam się o nie plecami, tak jak zawsze, kiedy zostaję sama.
Na blacie w kuchni leżała jedna nierozkrojona drożdżówka. Cztery kupił, trzy zjedliśmy, jedna została. Policzyłam odruchowo. Lucyna Grajewska zawsze liczy.
Ale tamtego wieczoru, kiedy telefon zawibrował i na ekranie pojawiło się „Babciu, dojechałem, drożdżówki były super 😊", nie policzyłam emotikonów. Pierwszy raz od lat nie miałam ochoty liczyć.
Schowałam drożdżówkę do lodówki, obok rosołu na poniedziałek. Wyłączyłam światło. I pomyślałam, że jabłko w ósemkach naprawdę smakuje lepiej.
Ale jedna rzecz nie dawała mi spokoju. Tamta wiadomość w telefonie Kuby - ta ostatnia, nieprzeczytana. Zastanawiałam się, co bym napisała, gdyby to był mój ostatni BLIK. I czy Bartek przyszedłby wcześniej, gdybym zamiast dwudziestu złotych wysłała mu kiedyś jedno zdanie: „Tęsknię za tymi dinozaurami."
Chyba nigdy się nie dowiem.