Syn z rodziną wprowadził się do mnie „na parę miesięcy", póki nie skończą remontu. Minął rok. Wczoraj przez ścianę usłyszałam, jak ustalają coś o moim pokoju i „co dalej z babcią". Dosłyszałam jedno zdanie, odłożyłam robótkę i nie zmrużyłam oka.

Gdybym tamtego wieczoru nie wstała po szklankę wody, pewnie dalej myślałabym, że wszystko jest w porządku. Że syn mi pomaga, że synowa mnie lubi, że wnuczka przy mnie rozkwita. Ale wstałam. I usłyszałam.

Ściany w blokach z wielkiej płyty mają tę właściwość, że niby tłumią, ale jak ktoś mówi trochę głośniej w kuchni, a ty stoisz w korytarzu - słyszysz każde słowo. Każde jedno.

Mam na imię Lucyna, niedługo skończę sześćdziesiąt trzy lata. Przez trzydzieści pięć lat stałam za okienkiem w aptece na Tysiąclecia w Płocku. Recepty, leki, porady, uśmiech do każdego pacjenta. Trzy lata temu przeszłam na emeryturę i pierwszy raz od dekad poczułam, że to mieszkanie - trzy pokoje z kuchnią na czwartym piętrze - jest naprawdę moje. Że mogę w nim oddychać.

A potem zadzwonił Darek.

- Mamo, mamy mały problem z remontem. Ekipa nas zostawiła, trzeba szukać nowej. Moglibyśmy z Patrycją i Olą u ciebie przeczekać? Dwa, trzy miesiące, góra.

Co miałam powiedzieć? Że nie? Synowi? Jedynakowi, którego wychowałam sama po tym, jak Wiesław odszedł, kiedy Darek miał cztery lata?

- Oczywiście, synku. Ola może spać w moim dawnym gabinecie, wam dam duży pokój.

Przeprowadziłam się do najmniejszego pokoju. Tego z oknem na parking. Dwanaście metrów kwadratowych, łóżko, szafka, fotel. Wystarczy, powiedziałam sobie. To przecież na chwilę.

Pierwsze tygodnie były nawet miłe. Ola biegała po mieszkaniu, ciągnęła mnie za rękę do puzzli, Patrycja gotowała obiady, Darek naprawiał cieknący kran, którego ja od pół roku ignorowałam. Dom ożył. Śmiech dziecka, zapach smażonych kotletów, buty w przedpokoju - cztery pary zamiast jednej.

Po miesiącu Patrycja przestawiła moje doniczki z parapetu w kuchni. Po dwóch - wymieniła zasłony w salonie na swoje, bo tamte "nie pasowały do kanapy". Po trzech zniknęła moja serwetka ze stolika - ta szydełkowa, po mamie. Znalazłam ją potem w szafce, złożoną na czworo, pod stosem ścierek.

Nic nie powiedziałam. Bo co? Będę się kłócić o serwetki?

Po pół roku zapytałam ostrożnie o remont.

- Darek, jak tam u was na Słodowej? Znaleźliście ekipę?

- A, mamo, wiesz jak jest. Ceny poszły w górę, czekamy na lepszą ofertę. Jeszcze trochę, dobrze?

Jeszcze trochę. To zdanie słyszałam potem co miesiąc, w różnych wariantach. Jeszcze chwilę, jeszcze parę tygodni, zaraz się ruszy. Nie ruszało się nic, a ja przestałam pytać, bo za każdym razem Darek robił taką minę, jakbym go oskarżała o coś strasznego.

W dziesiątym miesiącu zaczęłam zauważać inne rzeczy. Patrycja mówiła do koleżanki przez telefon "u nas w kuchni" i "nasz balkon". Ola rysowała w przedszkolu obrazek "mój dom" - narysowała mój blok, moje okna, moje drzwi z moim numerem.

A potem przyszedł ten wieczór.

Był wtorek. Ola już spała. Ja siedziałam w swoim pokoiku i robiłam na drutach szalik - zimowy, dla siebie, choć do zimy daleko. Wstałam po wodę. Korytarz był ciemny, ale spod drzwi kuchni sączyło się światło.

- ...i ten pokój mógłby być dla Oli, jest mały, ale wystarczy - mówiła Patrycja półgłosem.

- A mama? - zapytał Darek.

- No właśnie, co dalej z babcią? Bo wiesz, jak się Ola podurośnie, to będzie potrzebować swojego kąta. A babcia...

- Babcia mogłaby wziąć ten duży pokój z powrotem. Albo...

- Albo co?

Cisza. Przez ścianę słyszałam, jak Darek odkręca butelkę wody, pije. Potem odstawia szklankę.

- Są takie fajne domy seniora teraz. Nie jak kiedyś. Koleżanka z pracy mówiła, że jej matka jest w takim w Gostyninie i jest zadowolona.

- Darek, to twoja matka.

- No wiem. Ale pomyśl. Trzy pokoje, trzy osoby dorosłe i dziecko. Jak Ola będzie starsza, to się tu nie zmieścimy.

Stałam w ciemnym korytarzu ze szklanką w ręce i nie mogłam się ruszyć. Dosłownie - nogi mi zdrętwiały. Trzy pokoje, mówił Darek. Jakby to były jego trzy pokoje. Jakby to on płacił za to mieszkanie przez trzydzieści lat. Jakby to on malował ściany, wymieniał rury, stał w kolejce po przydział jeszcze w tamtych czasach.

Wróciłam do pokoju. Odłożyłam robótkę. Położyłam się i patrzyłam w sufit do czwartej rano.

Nie płakałam. Nie byłam nawet zła - w każdym razie nie od razu. Przez pierwsze godziny czułam głównie zdumienie. Tępe, gęste, jak wata w uszach. Mój syn. Moje dziecko. Planuje mi życie jak logistyk planuje rozkład magazynu. Tu przesuniemy regał, tu wstawimy paletę, a ten stary kontener - no, może do utylizacji.

Dom seniora. W Gostyninie.

Rano wstałam pierwsza, jak zwykle. Zrobiłam herbatę. Patrycja weszła do kuchni w szlafroku, uśmiechnęła się, powiedziała "dzień dobry, mamo". Ola przybiegła się przytulić. Darek pocałował mnie w policzek i wziął kanapkę do pracy.

Normalny poranek. Jakby nic się nie wydarzyło.

Siedzę teraz w tym swoim pokoiku, tym z widokiem na parking, i patrzę na szalik na drutach. Jestem w połowie. Mogę dalej dziergać - cierpliwie, rząd po rzędzie, udając, że nie słyszałam. Albo mogę odłożyć druty i powiedzieć jedno zdanie, które zmieni wszystko. Ale które zdanie byłoby właściwe - "wynoście się z mojego mieszkania" czy "synku, porozmawiajmy" - tego jeszcze nie wiem. Wiem tylko, że szalik na pewno skończę. Co do reszty - nie jestem już taka pewna.