Dzieci od miesięcy szeptały po kątach i milkły, gdy wchodziłam. Byłam pewna, że dzielą już moje rzeczy. W sobotę zawiązali mi oczy i zaprowadzili do ogrodu. Odbudowali altanę ojca, tę spróchniałą - taką samą, co do deski. „Żebyś miała gdzie pić z nim poranną kawę".

Gdybym mogła cofnąć się do stycznia i powiedzieć tamtej Danucie, co ją czeka w maju - nie uwierzyłaby ani jednemu słowu. Tamta Danuta była pewna, że jej dzieci liczą talerze w kredensie i mierzą wzrokiem metraż mieszkania.

Zaczęło się niewinnie. Córka Magda zadzwoniła w niedzielę, czego nie robiła od lat - zawsze pisała esemesy, krótkie, rzeczowe. A tu nagle telefon, pytanie o zdrowie, o ciśnienie, o leki. Pomyślałam wtedy: sprawdza, ile mi jeszcze zostało.

Brzmi to okropnie, wiem. Ale trzeba mnie zrozumieć. Sześćdziesiąt dwa lata, trzydzieści osiem lat w aptece na Bronowicach, z czego ostatnie pięć na emeryturze, bo kolana odmówiły posłuszeństwa.

Mieszkanie w bloku na lubelskim Czubach - trzy pokoje, balkon na południe. Po śmierci Janka, mojego męża, dzieci zaczęły się kręcić wokół tematu, czy nie jest mi za dużo, czy nie chciałabym czegoś mniejszego, bliżej centrum, z windą. Wiedziałam, co to znaczy.

Potem doszedł syn. Bartek mieszka pod Świdnikiem, ma żonę i dwójkę dzieci. Normalnie dzwonił raz w tygodniu, w czwartek. W lutym zaczął dzwonić częściej - we wtorki, w środy, czasem w sobotę rano. I zawsze kończył tym samym: - Mamo, a kiedy ostatnio byłaś na działce?

Działka. Dwanaście arów pod Nałęczowem, które tata kupił czterdzieści lat temu za pieniądze ze sprzedaży motocykla. Postawił tam altanę sam, z drewna, które przywiózł z tartaku kolegi. Nie był stolarzem, więc altana stała trochę krzywo, dach przeciekał w jednym rogu, a podłoga skrzypiała tak głośno, że ptaki uciekały, gdy się wchodziło. Ale to było nasze miejsce. Taty i moje.

Co rano, kiedy przyjeżdżaliśmy na działkę, siadaliśmy tam z kawą. On z czarną, ja z mlekiem. Nie mówiliśmy wiele. Tata patrzył na swoje pomidory i chryzantemy, ja na niego. Czasem mówił: - Widzisz, Danusia? Cisza. Najdroższy towar na świecie.

Tata odszedł trzy lata temu. Udar, szybko, w nocy. Nie zdążyłam dojechać do szpitala. Od tamtego dnia nie byłam na działce ani razu. Nie mogłam. Wiedziałam, że altana pewnie się rozpadła - ostatnia zima przed jego śmiercią nadłamała jedną z belek, a tata już nie miał siły jej naprawić. Mówiłam sobie, że pojadę wiosną. Potem następną wiosną. Nie pojechałam.

A teraz Bartek pytał o działkę. Magda dzwoniła częściej. I te szepty.

Pewność przyszła w marcu. Przyjechałam do Bartka na żurek, weszłam do kuchni po wodę i usłyszałam z pokoju szept Magdy: - ...deski muszą być takie same, tata by zauważył różnicę...

Zamarłam. Deski. Takie same. Mój umysł natychmiast poskładał to w jedną historię: dzielą działkę. Chcą sprzedać, postawić coś nowego, starą altanę rozebrać. Nie powiedziałam nic. Zjadłam żurek, podziękowałam i pojechałam do domu.

Od marca żyłam jak za szybą. Dzieci dzwoniły, ja odpowiadałam. Magda zapraszała na kawę, ja szłam. Ale w środku robiłam już bilans. Kredens po mamie. Kryształy, których nikt nie używa. Album ze zdjęciami z Zakopanego, z osiemdziesiątego piątego. Kryształy dla Magdy. Kredens dla Bartka, bo ma dom. Album... album zostawię sobie.

W piątek wieczorem Bartek zadzwonił i powiedział, żebym w sobotę rano była gotowa na dziewiątą. Że zabierze mnie na niespodziankę. Spytałam, co za niespodzianka. - Mamo, nie psuj - powiedział i się rozłączył.

Nie spałam do trzeciej. Leżałam pewna, że zawiozą mnie na działkę, pokażą projekt nowego domu i powiedzą, że stare trzeba wyburzyć. Że altana i tak się rozpadła.

Przyjechali we dwójkę - Magda aż z Wrocławia, w sobotę rano. To powinno mnie rozweselić. Nie wiedziałam, co czuję.

Zawiązali mi oczy szalikiem Magdy, tym bordowym w jodełkę. Wsadzili do samochodu. Jechaliśmy może czterdzieści minut - znałam tę drogę na pamięć, każdy zakręt, każdy garb na asfalcie.

Bartek pomógł mi wysiąść. Magda trzymała za łokieć. Trawa pod stopami, zapach bzu - kwitł chyba ten przy płocie, który tata posadził, gdy Magda poszła do pierwszej klasy. Zdjęli szalik.

Stałam i nie mogłam oddychać.

Altana. Taty altana. Nie nowa, nie lepsza, nie nowocześniejsza. Ta sama. Trochę krzywa, z dachem, który pewnie dalej przecieka w tym jednym rogu. Te same deski - albo takie same, bo tamte pewnie już nie nadawały się do niczego. Ale ktoś znalazł takie same.

Magda stała z boku i płakała. Bartek trzymał ręce w kieszeniach i patrzył w bok, jak zawsze, gdy nie chciał pokazać, że mu zależy.

Na stole w altanie stały dwa kubki. Jeden czarny - taty. Jeden biały z napisem „Najlepsza mama" - taki sam, jaki kupiłam kiedyś na stacji benzynowej za dziesięć złotych i używałam przez piętnaście lat, aż pękło ucho.

Magda powiedziała cicho: - Żebyś miała gdzie pić z nim poranną kawę. Bo wiem, że i tak z nim rozmawiasz, mamo.

Usiadłam na tej skrzypiącej podłodze, bo nogi odmówiły. Bartek kucnął przy mnie. Magda usiadła z drugiej strony. Siedzieliśmy we trójkę w altanie, która pachniała świeżym drewnem i starą tęsknotą.

Nie powiedziałam im, co myślałam przez ostatnie miesiące. Że dzielą moje rzeczy. Że liczą talerze. Że mierzą metraż.

Nie powiem im nigdy.

Wieczorem, kiedy wróciłam do domu, wyjęłam z szafki taty kubek - ten prawdziwy, czarny, z małym odpryśnięciem na brzegu. Schowałam go do torebki. W niedzielę pojadę na działkę sama. Postawię go na stole w altanie, obok tego nowego białego.

I napiję się z tatą kawy. W ciszy. Bo cisza - mówił - to najdroższy towar na świecie.

Tylko że teraz, stawiając ten kubek, pewnie będę się zastanawiać, kiedy Magda z Bartkiem znowu zaczną szeptać. I czy następnym razem też to będzie altana.