Syn z synową wprowadzili się "na chwilę", bo budują dom. Liczę już dziesiąty miesiąc.Zaproponowałam, żebyśmy zrzucali się wszyscy na jedzenie - po równo. Synowa spojrzała na mnie i powiedziała: "Mamo, przecież ty i tak gotujesz". 

Stałam przy kuchence i mieszałam trzeci tego tygodnia rosół, kiedy usłyszałam, jak Kinga w pokoju obok pyta Bartka, czy zamówili już te panele na schody. Panele na schody. A ja właśnie liczyłam w głowie, czy starczy mi emerytury do dwudziestego, bo kurczak podrożał znowu, a oni lubią udko, nie piersi.

W garnku pryskało tłuszczem. Odstawiłam łyżkę i usiadłam na taborecie przy stole. Na ceracie leżał paragon z Biedronki - sto siedemdziesiąt złotych za trzy dni. Sama bym zjadła za trzydzieści.

Kiedy Heniek umarł sześć lat temu, myślałam, że najgorsze mam za sobą. Sześćdziesiąt jeden lat, mieszkanie spłacone, trzydzieści pięć lat w księgowości w spółdzielni, emerytura skromna, ale swoja. W Kielcach na Ślichowicach, trzeci blok od przystanku. Ludzie mówili - Halinko, zostałaś sama, ale masz syna, on cię nie zostawi. I nie zostawił.

Tylko inaczej, niż myślałam.

Bartek z Kingą pobrali się cztery lata temu. Wesele skromne, w restauracji pod Kielcami, sto osób, kapela z Buska. Kinga była w białej sukience z koronką, ładna, szczupła, uśmiechnięta. Mówiła do mnie „mamo" od pierwszego dnia. Nawet mi to schlebiało - że przyjęła mnie tak szybko, że nie robi fochów, że nie patrzy z góry. Podobała mi się. Szczerze.

Dom zaczęli budować dwa lata temu. Pod Morawicą, działka po jej dziadkach. Bartek pokazywał mi rysunki - salon z kuchnią na dole, trzy sypialnie na górze, garaż, taras od południa. „Mamo, będziesz miała u nas swój pokój, przyjedziesz na święta, na wakacje, kiedy chcesz". Cieszyłam się. Miałam wrażenie, że coś się układa.

A potem zaczęły się schody. Dosłownie i w przenośni. Najpierw wykonawca ich oszukał, potem podrożały materiały, potem Bartek stracił premię w firmie. W październiku zeszłego roku przyszli do mnie pewnej niedzieli, po obiedzie. Usiedliśmy w dużym pokoju, Kinga nalała sobie herbaty, Bartek kręcił się na kanapie.

- Mamo - zaczął - my byśmy się u ciebie wprowadzili. Na chwilę. Na dwa, trzy miesiące, maksymalnie cztery. Wynajem tego mieszkania w centrum nas dobija, a my musimy odłożyć na dach i na okna. Inaczej się nie wyrobimy.

Spojrzałam na Kingę. Uśmiechała się tym swoim uśmiechem synowej, który zawsze miał coś z prośby.

- Mamo, obiecuję, że pani nawet nie zauważy, że jesteśmy - powiedziała. - Będziemy jak myszki.

Zgodziłam się. Oczywiście, że się zgodziłam. Mam trzy pokoje, sama nie potrzebuję trzech pokoi, a synowi nie odmówi się takiej rzeczy. Przeniosłam swoje rzeczy do mniejszego pokoju, oddałam im sypialnię, zrobiłam miejsce w szafie. Kinga przywiozła swoje ubrania w ośmiu workach na śmieci - do dziś pamiętam, jak stały w korytarzu.

Pierwszy miesiąc był w porządku. Kinga przynosiła z pracy ciasta, Bartek kupował wino w piątki, jedliśmy razem kolacje i rozmawialiśmy. Drugiego miesiąca zauważyłam, że lodówka pustoszeje szybciej, niż ja ją zapełniam. Trzeciego miesiąca policzyłam, ile wydaję na zakupy - wyszło ponad tysiąc pięćset złotych. Sama wcześniej wydawałam czterysta.

Wtedy zaproponowałam, żebyśmy zrzucali się wszyscy na jedzenie. Po równo. Trzy razy po tyle samo - bo przecież jem też ja, jedzą też oni. Powiedziałam to przy obiedzie, spokojnie, bez pretensji. Kinga podniosła głowę znad talerza, uśmiechnęła się tym swoim uśmiechem i powiedziała:

- Mamo, przecież ty i tak gotujesz.

Bartek siedział i milczał. Zajrzał w talerz, jakby nagle rosół go zainteresował bardziej niż cokolwiek na świecie.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Pokiwałam głową i zaczęłam zbierać naczynia.

Od tamtej pory minęło siedem miesięcy. Razem - dziesięć. Dom pod Morawicą stoi w stanie surowym zamkniętym. Bartek mówi, że do lata się wprowadzą. Tak samo mówił w styczniu. I w marcu.

Robię zakupy trzy razy w tygodniu. Gotuję codziennie - obiady dwudaniowe, bo Kinga nie lubi samej zupy, a Bartek musi mieć mięso. Pierogi lepię w sobotę, żeby mieli na niedzielę. Kompot robię z tego, co znajdę na promocji. Raz w miesiącu Bartek kupuje „dużą paczkę" - trzy kilo mięsa z Lidla i worek ziemniaków, jakby to wszystko załatwiało. Kinga nie kupuje nic. Dokłada się za prąd i wodę, stówę miesięcznie, jakby prąd i woda w mieszkaniu na Ślichowicach były najdroższe w Polsce.

W zeszłym tygodniu byłam u Krysi, mojej koleżanki z pracy. Opowiedziałam jej. Słuchała, słuchała, a potem powiedziała tylko jedno:

- Halinka, ty ich utrzymujesz. Całą emeryturą.

Wróciłam do domu wieczorem. Bartek siedział przed telewizorem, Kinga rozmawiała przez telefon z siostrą - słyszałam, że planują wyjazd do Chorwacji na tydzień, we wrześniu. Za sześć tysięcy od osoby. Weszłam do kuchni, otworzyłam lodówkę. Pusto. Rano jeszcze było pół pieczonego kurczaka i resztka sałatki.

Usiadłam przy stole i długo patrzyłam w tę pustą lodówkę. I nagle coś we mnie pękło - nie głośno, nie z płaczem. Spokojnie, jak pęka nitka, kiedy za długo ciągniesz.

Następnego dnia rano zrobiłam sobie herbatę, usmażyłam dwa jajka - tylko dla siebie - i usiadłam przy stole z Bartkiem. Kinga spała.

- Synku - powiedziałam. - Musisz z Kingą coś postanowić. Do końca czerwca albo się wyprowadzacie, albo dokładacie się po równo - tysiąc pięćset miesięcznie każde z was. Jedzenie, prąd, woda, wszystko. Inaczej nie dam rady.

Bartek spojrzał na mnie tak, jakbym go uderzyła.

- Mamo, my nie mamy teraz tyle...

- Synku - przerwałam mu. - Ja też nie mam. Ja już nie mam od siedmiu miesięcy. Tylko nikt mnie o to nie pyta.

Wstałam i poszłam do pokoju. Zamknęłam drzwi. Usłyszałam, jak po chwili Bartek wychodzi do łazienki, a potem cisza.

Nie wiem, co będzie dalej. Może się obrażą, może się wyprowadzą w złości, może Kinga już nigdy nie powie do mnie „mamo". Może będą mówić znajomym, że teściowa ich wyrzuciła na bruk.

Ale wiesz co? Pierwszy raz od dziesięciu miesięcy zjadłam śniadanie bez liczenia w głowie, czy starczy mi do dwudziestego. I to było warte tej rozmowy.

Czasem trzeba powiedzieć własnemu dziecku „nie", żeby samej sobie powiedzieć „jestem".