Po sprzedaży działki po mężu mam na koncie 60 tysięcy. Syn, który wcześniej dzwonił raz na miesiąc, teraz dzwoni co niedzielę i pyta o zdrowie. Wczoraj dodał: „pomyśl o wspólnym koncie, oszuści teraz polują na starszych".
Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że będę liczyć, ile razy w miesiącu dzwoni do mnie własny syn - parsknęłabym śmiechem. Albo rozpłakała się. Zależy od dnia.
Ale teraz liczę. Od trzech tygodni Marcin dzwoni co niedzielę, punktualnie koło południa, zaraz po mszy, którą - jak podejrzewam - zaczął sobie wyobrażać, że odprawiam. Nie odprawiam. Od pogrzebu Tadeusza nie byłam w kościele ani razu, ale synowi tego nie powiedziałam. Po co.
Przez dwadzieścia lat pracowałam w aptece na Zatorzu, tutaj w Olsztynie, i nauczyłam się jednego - ludzie zmieniają się wtedy, kiedy coś potrzebują.
Przychodził pacjent, który nigdy nie pytał o nic, a potem nagle stawał przy okienku i zaczynał od pogody, od zdrowia dzieci, od tego, jaka pani farmaceutko dzisiaj ładna - a ja już wiedziałam, że za chwilę poprosi o coś bez recepty, co powinno być na receptę. Trzydzieści lat w zawodzie uczy rozpoznawać ten ton głosu. Uprzejmy. Trochę za uprzejmy.
Marcin ma trzydzieści osiem lat, mieszka w Gdańsku z Agnieszką i dwójką dzieci, których nie widziałam od Wigilii. Na Wigilię przyjechali, ale krócej niż zwykle - bo Agnieszka miała dyżur dwudziestego szóstego, bo Zuzia źle znosi długie podróże samochodem, bo Kuba miał jakiś kurs online zaraz po świętach.
Powodów było tyle, że przestałam słuchać po trzecim. Tadeusz jeszcze żył. Siedział w fotelu i patrzył na nich tymi swoimi oczami, które pod koniec już niewiele widziały, ale dużo rozumiały.
Tadeusz umarł w marcu. Cicho, we śnie, w szpitalu, do którego trafił po trzecim udarze. Marcin przyjechał na pogrzeb, został dwa dni, pomógł z papierami, powiedział - mamo, jakbyś czegoś potrzebowała, dzwoń. I wyjechał. Przez następne pięć miesięcy dzwonił może cztery razy. Raz zapomniał o moich imieninach. Nie żałuję mu tego - Gdańsk to Gdańsk, Olsztyn to Olsztyn, dorosły syn ma swoje życie. Rozumiałam to. Bolało, ale rozumiałam.
Potem sprzedałam działkę.
Tadeusz miał tę działkę od lat osiemdziesiątych, jeszcze od zakładu dostał przydział. Sześćset metrów przy jeziorze, altanka, która co roku wymagała nowej dachówki, jabłonie, które rodziły tak obficie, że rozdawałam jabłka sąsiadkom z bloku. Przez czterdzieści lat Tadeusz jeździł tam co weekend. Kosił, sadził, naprawiał. Ja robiłam przetwory i narzekałam na komary. To była nasza rutyna. Nasza normalność.
Po jego śmierci pojechałam tam raz. Usiadłam na ławce pod jabłonią i siedziałam dwie godziny. Nie płakałam. Po prostu siedziałam i słuchałam, jak cisza brzmi inaczej, kiedy człowiek jest sam.
Wiedziałam, że nie dam rady tego ciągnąć. Nie fizycznie - nie miałam siły kosić, naprawiać, walczyć z chwastami. Ale przede wszystkim nie emocjonalnie. Każdy kąt pachniał Tadeuszem.
Znalazłam kupca przez ogłoszenie w oknie działkowej altanki. Młode małżeństwo, ona w ciąży, on z planami na grill i huśtawkę. Dali sześćdziesiąt tysięcy - uczciwa cena, jak powidziała Basia, moja sąsiadka z drugiego piętra, która zna się na wszystkim i ma opinię na każdy temat.
Powiedziałam Marcinowi przez telefon. Krótko, rzeczowo - sprzedałam działkę taty, pieniądze leżą na koncie. Cisza. A potem - ile dostałaś? Powiedziałam. Znowu cisza. Potem normalny ton - no dobrze, mamo, ważne, że masz spokój.
Tydzień później Marcin zadzwonił. Jak się czujesz? Co u ciebie? Jadłaś obiad? Byłam tak zaskoczona, że sprawdziłam kalendarz - nie, to nie moje urodziny. Nie imieniny. Zwykła środa.
Potem zadzwonił w niedzielę. I w następną niedzielę. I w kolejną. Pytał o ciśnienie, o kolana, o to, czy nie jest mi smutno sama w tym mieszkaniu. Przysłał Zuzi rysunek pocztą - babcia na działce, z jabłkiem w ręku. Zuzia nie pamięta działki, była tam dwa razy, ale rysunek był śliczny i powiesiłam go na lodówce.
Agnieszka też zadzwoniła. Pierwszy raz od pogrzebu. Powiedziała - proszę pani, myślimy o pani, Marcin się martwi. Podziękowałam i odłożyłam słuchawkę z dziwnym uczuciem w żołądku. Agnieszka nigdy wcześniej się nie martwiła.
A wczoraj Marcin powiedział to. Między pytaniem o kolana a informacją, że Kuba dostał piątkę z matmy.
- Mamo, pomyśl o wspólnym koncie. Wiesz, oszuści teraz polują na starszych. Wydzwaniają, podszywają się pod wnuków, pod policję. Jakbyśmy mieli wspólne konto, mógłbym pilnować, żeby nikt cię nie okradł.
Milczałam.
- Mamo? Jesteś?
- Jestem, Marcinek. Pomyślę.
Ale już myślałam. Myślałam o tym od pierwszego niedzielnego telefonu. O tym, że przez pięć miesięcy po śmierci ojca syn nie pytał mnie o kolana, o ciśnienie, o samotność w pustym mieszkaniu. A teraz - od kiedy wie, że na koncie leży sześćdziesiąt tysięcy - nagle martwi się oszustami.
Może jestem niesprawiedliwa. Może śmierć Tadeusza powoli do niego dotarła i zrozumiał, że matka jest sama. Może Agnieszka go szturchnęła. Może dorósł. Ludzie dojrzewają różnie i w różnym tempie - jako farmaceutka widziałam mężczyzn, którzy dopiero po pięćdziesiątce uczyli się mówić - boli mnie.
Ale ten ton. Ten uprzejmy, trochę za uprzejmy ton, od którego mrowią mnie dłonie. Trzydzieści lat za okienkiem apteki. Umiem go rozpoznać.
Zadzwoniłam do Basi. Opowiedziałam jej wszystko. Basia powiedziała - Celina, nie bądź głupia, facet jest po prostu chciwy. Powiedziałam - Basiu, to mój syn. A Basia na to - no właśnie.
Poszłam do banku. Nie po to, żeby zakładać wspólne konto. Poszłam zapytać, jakie mam opcje. Młoda dziewczyna za biurkiem, mogłaby być moją wnuczką, tłumaczyła cierpliwie o lokatach, o zabezpieczeniach, o tym, że mogę ustawić powiadomienia na telefon przy każdej transakcji. Że wspólne konto to poważna decyzja i nie musi jej podejmować pod presją.
Nie powiedziałam jej, że presją jest niedzielny telefon syna.
Wróciłam do domu, zrobiłam sobie herbatę z cytryną, usiadłam przy kuchennym stole. Na lodówce wisiał rysunek Zuzi - babcia z jabłkiem. Patrzyłam na niego długo.
W niedzielę Marcin zadzwoni. Zapyta o ciśnienie, o kolana, o samotność. Ja powiem - dobrze, synku, wszystko dobrze. I nie powiem mu, że wczoraj w banku założyłam lokatę terminową. Na dwanaście miesięcy. Na swoje nazwisko.
Herbata ostygła. Za oknem bloku naprzeciwko ktoś podlewał kwiaty na balkonie. Pomyślałam - Tadeusz, ty nigdy nie pytałeś ile mam na koncie. Przez czterdzieści lat - ani razu.
Sięgnęłam po telefon. Nie do Marcina. Do Zuzi. Chciałam jej powiedzieć, że rysunek jest piękny.