Od roku dzieci namawiają mnie, żebym „uporządkowała sprawy mieszkania, póki jest czas". W maju byłam u notariusza. Uporządkowałam: mieszkanie dostanie siostrzenica, która co tydzień robi mi zakupy. Dzieciom powiem, jak zapytają wprost.
Kiedy wracałam od notariusza, niosłam w torebce dokument, który mógł wysadzić w powietrze całą moją rodzinę. Szłam przez park Nadodrzański i myślałam, że powinnam czuć wyrzuty sumienia. Ale jedyne, co czułam, to dziwna, cicha ulga - jakby ktoś zdjął mi z ramion ciężar, który dźwigałam od miesięcy.
Zaczęło się rok temu. Grzegorz zadzwonił w niedzielę wieczorem, co samo w sobie było nietypowe - zwykle dzwonił w piątki, krótko, między jednym spotkaniem a drugim. Tym razem mówił długo i starannie, jakby przygotował sobie notatki.
Że trzeba pomyśleć o przyszłości. Że mieszkanie w Opolu to jednak wartość. Że on z Marzenką porozmawiał i oboje uważają, że najwyższy czas, żebym - tu użył tego wyrażenia, które potem powtarzał jak mantrę - „uporządkowała sprawy, póki jest czas".
Póki jest czas. Jakby mi mówił, że niedługo umrę.
Mam siedemdziesiąt dwa lata, czterdzieści przepracowałam w aptece na Krakowskiej, i owszem, kolana bolą, ciśnienie skacze, ale nie wybieram się jeszcze na tamten świat. Kiedy powiedziałam to Grzegorkowi, roześmiał się nerwowo i zapewnił, że nie o to mu chodzi. Że po prostu chce, żebym miała spokój. Że tak będzie lepiej dla wszystkich.
Dla wszystkich. To znaczy dla niego i dla Marzeny.
Marzena zadzwoniła dwa dni później - pewnie się umówili. Ta sama melodia, inne słowa. Że ona się martwi, że mama jest sama w tym mieszkaniu, że gdyby coś się stało, to kto by wiedział, co z tym fantem.
Zapytałam, czy przyjedzie w weekend, bo dawno się nie widzieliśmy. Powiedziała, że nie może, bo Olek ma zawody pływackie, a Michał idzie na urodziny kolegi. Obiecała, że przyjedzie na Boże Narodzenie.
Przyjechała. Na dwa dni. Grzegorz - na półtora, bo musiał wracać do Wrocławia, coś tam pilnego w firmie. Przy wigilijnym stole znów wrócił temat. Grzegorz mówił o „testamencie notarialnym, żeby potem nie było problemów". Marzena kiwała głową. Ja kroiłam sernik i milczałam.
W styczniu upadłam na oblodzonym chodniku koło Biedronki. Nic poważnego - stłuczenie biodra, wielki siniak, tydzień leżenia. Grzegorz zadzwonił, kiedy dowiedział się od Patrycji. Od Patrycji - nie ode mnie, bo nie chciałam go niepokoić. Powiedział: „Mamo, widzisz, dlatego trzeba uporządkować sprawy". Nie powiedział: „Mamo, przyjadę". Nie zapytał, czy ktoś robi mi zakupy.
A zakupy robiła Patrycja. Córka mojej siostry Danuty, trzydzieści pięć lat, samotna, pracuje w urzędzie miasta. Przychodziła co piątek po pracy z reklamówkami. Chleb, masło, kefir, warzywa na rosół.
Nigdy nie pytała, czy potrzebuję - po prostu przychodziła. Zostawiała zakupy, siadała na dwadzieścia minut, piła herbatę. Opowiadała o pracy, o kocie, o serialu, który ogląda. Normalne rzeczy. Zwyczajne. I właśnie w tej zwyczajności było coś, czego mi brakowało od lat.
Bo Grzegorz i Marzena - kocham ich, naprawdę kocham - ale gdzieś po drodze przestali mnie widzieć. Widzieli mieszkanie. Trzy pokoje w bloku na Zaodrzu, po remoncie, który Staszek zdążył zrobić dwa lata przed śmiercią. Nowe okna, ocieplenie, ładna elewacja w kolorze łososiowym. Dla nich to było „porządne M4 w dobrej lokalizacji". Dla mnie - dom, w którym wychowałam dwoje dzieci i pożegnałam męża.
W lutym Patrycja przywiozła mi lekarstwa z apteki, bo miałam gorączkę i nie mogłam wyjść. Zrobiła mi rosół - nie tak dobry jak mój, ale ciepły. Umyła naczynia. Powiedziała: „Ciociu, jakbyś czegoś potrzebowała w nocy, to dzwoń, ja mam telefon przy łóżku". Pomyślałam wtedy, że moje dzieci nie powiedziały mi czegoś takiego od lat.
W marcu Grzegorz przysłał mi mejla - mejla, nie zadzwonił - z linkiem do strony kancelarii notarialnej. „Mamo, tu masz kontakt, możesz umówić wizytę. Marzena i ja rozmawialiśmy, myślimy, że po połowie byłoby uczciwie. Możesz też rozważyć darowiznę za życia, wtedy podatek jest mniejszy". Przeczytałam to trzy razy. Po połowie byłoby uczciwie. Już sobie podzielili. Nawet podatek policzyli.
Nie odpisałam. Przez dwa tygodnie chodziłam z tym jak z kamieniem w bucie. W kwietniu Patrycja zawiozła mnie na kontrolę do okulisty. W drodze powrotnej zatrzymałyśmy się na lody na rynku. Patrzyłam na nią - jak śmieje się z czegoś, co powiedziała ekspedientka, jak ociera serwetkę z palców, jak mówi „ciociu, dobrze wyglądasz dzisiaj" - i wiedziałam już, co zrobię.
Nie zrobiłam tego z zemsty. Chcę, żeby to było jasne. Nie chciałam ukarać Grzegorza ani Marzeny. Ale kiedy w maju siedziałam w kancelarii notarialnej na Reymonta, czułam coś w rodzaju sprawiedliwości. Nie prawnej - ludzkiej. Patrycja nie robiła mi zakupów, żeby cokolwiek dostać. Robiła je, bo jestem jej ciocią i jestem sama. To jest różnica, której moje dzieci nie rozumieją. Może kiedyś zrozumieją. Może nie.
Notariusz zapytał, czy jestem pewna. Powiedziałam, że tak. Zapytał, czy zdaję sobie sprawę z prawa do zachowku. Powiedziałam, że tak, że czytałam. Dzieci mogą się upomnieć o swoje - wiem. Ale mieszkanie zapisałam Patrycji. W testamencie, czarno na białym.
Najgorsze jest to, że wciąż ich kocham. I wciąż czekam, aż zadzwonią nie po to, żeby pytać o mieszkanie, tylko żeby zapytać, co u mnie. Grzegorz dzwoni mniej więcej raz na dwa tygodnie. Marzena - raz na trzy. Żadne z nich nie pyta, kto robi mi zakupy. Żadne nie wie, że miałam grypę w lutym. Żadne nie pamięta, że w marcu były piąte imieniny Staszka - znaczy piąta rocznica, odkąd go nie ma.
Patrycja pamięta. Przyniosła kwiaty i zapaliliśmy znicz na cmentarzu. Razem.
Wiem, że kiedy się dowiedzą - a dowiedzą się, prędzej czy później - będzie awantura. Grzegorz powie, że to niesprawiedliwe. Marzena będzie płakać. Oboje powiedzą, że Patrycja mnie zmanipulowała. Że byłam „pod wpływem". Może powiedzą gorsze rzeczy. Może przestaną dzwonić nawet te dwa razy w miesiącu.
Ale ja sobie pomyślę o tych piątkach. O kefirze i chlebie w reklamówce. O herbacie i dwudziestu minutach zwykłej rozmowy. I pomyślę, że uporządkowałam sprawy. Dokładnie tak, jak moje dzieci chciały.
Tylko nie tak, jak sobie wyobrażały.