Synowa poprosiła, żebym „pomogła" przy sprzątaniu ich domu - „raz w tygodniu, mamo, pani od sprzątania bierze czterdzieści za godzinę, szkoda pieniędzy". Zgodziłam się: po trzydzieści pięć, jak sąsiadka sprząta u lekarza. Synowa powiedziała, że „przecież jesteś rodzina".
„Mamo, to tylko raz w tygodniu, dwie godzinki" - Agata uśmiechnęła się tak, jakby proponowała mi wspólne pieczenie ciasta, a nie szorowanie jej łazienki. Siedziałyśmy w jej nowej kuchni, pachniało kawą z ekspresu, a ja trzymałam filiżankę i czułam, że coś mi się właśnie wymyka spod nóg.
Bo niby jak odmówić? Syn patrzył na mnie znad telefonu, nic nie mówił, ale jego milczenie mówiło: „No, mamo, pomóż". I pomogłam.
O pieniądzach nie rozmawiałyśmy. Myślałam, że to oczywiste - Krystyna z mojej klatki sprząta u doktora Nowickiego po czterdzieści za godzinę, ja bym wzięła trzydzieści pięć, rodzinna zniżka. Ale nie powiedziałam tego głośno. Bo jak powiedzieć synowej „płać mi", kiedy syn patrzy znad telefonu?
Mam na imię Halina. Sześćdziesiąt trzy lata, trzydzieści osiem przepracowanych jako położna w szpitalu w Radomiu. Na emeryturze od dwóch lat. Mąż, Kazimierz, od dwunastu lat na cmentarzu - zawał w warsztacie, nie zdążyli go dowieźć.
Syn Darek to jedyne dziecko, które mi zostało - córka Ania wyjechała do Norwegii piętnaście lat temu i odzywa się raz na kwartał. Darek ożenił się z Agatą sześć lat temu. Ładne wesele, ładna dziewczyna, ładne słowa. „Mamo, zyskuje pani córkę" - powiedziała mi wtedy. Córkę.
Pierwszego czwartku przyszłam o dziesiątej, jak umówione. Agata zostawiła mi klucze i listę. Listę. Napisaną na kartce wyrwanej z notesu, starannym, drobnym pismem: łazienka - wanna, umywalka, toaleta, podłoga.
Kuchnia - blaty, płyta, podłoga. Salon - odkurzanie, podłoga. Sypialnia - zmiana pościeli, podłoga. Pokój Mai - delikatnie, nie ruszać biurka. Pokój gościnny - raz na dwa tygodnie.
Stałam z tą listą w ręku i czułam coś dziwnego. Nie złość - jeszcze nie. Raczej zdziwienie. Jakby ktoś mi wręczył umowę o pracę, tylko bez podpisu i bez wypłaty.
Kiedy wieczorem tego pierwszego czwartku Darek zadzwonił i zapytał: „Mamo, jak poszło?", odpowiedziałam, że dobrze. Bo poszło dobrze. Umiem sprzątać, nie jestem z porcelany. Trzydzieści osiem lat na porodówce - tam człowiek uczy się rzeczy, o których ludzie nie chcą słyszeć przy obiedzie.
Ale potem minął czwartek, i następny, i jeszcze jeden. Po trzech tygodniach zorientowałam się, że nikt nie wspomniał o pieniądzach. Ani słowem.
Za czwartym razem, kiedy Agata wróciła z pracy - jest kierowniczką w sieciowej drogerii - zastała mnie jeszcze na korytarzu, bo akurat kończyłam wycierać lustro. Uśmiechnęła się, powiedziała: „O, mamo, jak tu ładnie pachnie! Dziękuję!". Poczęstowała mnie herbatą. Pogadałyśmy o Mai, że w szkole dobrze, że ma koleżankę Zuzię, że chodzi na basen.
Kiedy wkładałam buty, powiedziałam:
- Agata, a te pieniądze za sprzątanie...
Zawahała się. Dosłownie na ułamek sekundy, ale ja to widziałam. Trzydzieści osiem lat pracy z kobietami nauczyło mnie czytać twarze.
- Mamo - powiedziała powoli - no ale przecież jesteś rodzina. Pani od sprzątania to pani od sprzątania, a mama to mama. Ja bym od swojej mamy nie brała pieniędzy.
- Twoja mama mieszka w Anglii - odpowiedziałam. - I nie sprząta ci domu.
Cisza. Agata zaczęła układać buty Mai na półce, choć były już ułożone.
- Porozmawiam z Darkiem - powiedziała w końcu.
Darek zadzwonił następnego dnia. I wtedy usłyszałam coś, co mnie zabolało bardziej niż to sprzątanie.
- Mamo, no co ty. Agata się popłakała. Mówi, że ją zawstydziłaś. Że traktujesz ją jak obcą. Że nie czuje się częścią rodziny.
Siedziałam w swojej kuchni, w bloku na Gołębiowie, i patrzyłam na ścianę, na której wisi zdjęcie Kazimierza z Darkiem na rybach. Darek miał wtedy może osiem lat. Kazimierz trzymał go za rękę.
- Darku - powiedziałam spokojnie - ja sprzątam waszą łazienkę. Na kolanach. Raz w tygodniu. I mam za to nie dostawać pieniędzy, bo jestem rodziną?
- Ale mamo, my ci pomagamy. Ja ci rynny wyczyściłem w październiku. Agatka ci ciasto przyniosła na imieniny.
Rynny w październiku. Ciasto na imieniny. A ja - co tydzień, na kolanach, z listą.
Przez chwilę chciałam krzyknąć. Ale nie krzyknęłam. Powiedziałam tylko:
- Dobrze, Darku. Pogadamy w czwartek.
W czwartek nie przyszłam.
Telefon zadzwonił o dwunastej. Agata.
- Mamo, miała mama przyjść o dziesiątej, wszystko w porządku?
- Wszystko w porządku, Agata. Nie przyjdę dzisiaj. Ani w przyszłym tygodniu.
Znowu ta cisza. Potem:
- To znaczy... na stałe?
- Agata, zapłać tej pani czterdzieści złotych za godzinę. Ona dobrze sprząta.
Tego wieczoru nie zadzwonił nikt. Ani Darek, ani Agata. Siedziałam w fotelu z herbatą i oglądałam serial, ale nie wiedziałam, o czym jest. Myślałam o tym, jak Agata na weselu powiedziała „zyskuje pani córkę". I jak jej matka w Anglii nie sprząta jej domu, bo mieszka w Anglii. Wygodnie.
Tydzień później Darek przyjechał. Bez Agaty. Usiadł w kuchni, zjadł trzy pierogi ruskie z wczorajszego obiadu, popił kompotem.
- Mamo, Agata mówi, że ją odrzuciłaś.
- Ja ją odrzuciłam?
- No, że nie chcesz pomagać. Że stawiasz pieniądze ponad rodzinę.
Wstałam i wyjęłam z szuflady tę kartkę. Tę listę. Nosiłam ją w torebce od pierwszego czwartku, sama nie wiem dlaczego. Może przeczuwałam, że się przyda.
- Darku, przeczytaj. Łazienka - wanna, umywalka, toaleta, podłoga. Kuchnia - blaty, płyta, podłoga. To nie jest prośba o pomoc. To jest lista zadań dla sprzątaczki. Jedyna różnica jest taka, że sprzątaczce się płaci.
Darek trzymał tę kartkę i patrzył na nią, jakby widział ją pierwszy raz. Może naprawdę widział ją pierwszy raz.
- Mamo... ja nie wiedziałem o tej liście.
- A o czym wiedziałeś?
Nie odpowiedział. Zjadł ostatniego pieroga, pił kompot. Potem powiedział:
- Pogadam z nią.
- Gadaj - powiedziałam. - Ale wiedz jedno. Ja mogę pomagać. Mogę wziąć Maję ze szkoły. Mogę ugotować obiad, kiedy Agata ma drugą zmianę. Mogę posiedzieć z dzieckiem w sobotę, żebyście poszli na kolację. To jest pomoc. A to, co robiłam przez miesiąc, to była praca. I za pracę się płaci. Nawet rodzinie. Zwłaszcza rodzinie.
Darek wyjechał. Minęły dwa tygodnie. Agata się nie odezwała. Darek dzwonił, ale o sprzątaniu nie mówił. Gadaliśmy o Mai, o pogodzie, o rynnach, które znowu się zapchały.
Dziś jest czwartek. Siedzę w kuchni. Jest dziesiąta. Herbata stygnie.
Nie wiem, czy Agata zadzwoni. Nie wiem, czy powinnam zadzwonić pierwsza. Wiem tylko, że moje kolana bolą od artretyzmu, a nie od szorowania cudzej wanny za darmo.
I wiem jeszcze jedno - że Kazimierz, gdyby żył, powiedziałby: „Halinka, nie daj się". Zawsze tak mówił. Przy każdej decyzji, dużej czy małej. „Nie daj się."
Więc się nie daję. Nawet jeśli cisza w telefonie boli bardziej niż sprzątanie na kolanach.