Syn z synową wpadli w niedzielę „na rosół". Po obiedzie synowa chodziła po pokojach z telefonem, coś mierzyła. Z kuchni słyszałam, jak dyktuje: „sypialnia jedenaście, balkon od południa, stan do odświeżenia".
Zmywałam talerze po rosole, kiedy z sypialni dobiegł mnie głos Patrycji. Nie krzyczała - wręcz przeciwnie, mówiła cicho, prawie szeptem, jakby dyktowała coś do telefonu. Zakręciłam kran i stanęłam z rękami mokrymi od piany. „Sypialnia jedenaście, balkon od południa, stan do odświeżenia."
Przez chwilę myślałam, że się przesłyszałam. Że to jakaś rozmowa ze znajomą, że mówi o czymś zupełnie innym. Ale potem usłyszałam kroki - przeszła do pokoju Marcina, tego, który od dwóch lat stał pusty - i znowu ten sam ton: „Drugi pokój - dziewięć i pół, okno na zachód, parkiet do wymiany."
Oparłam się o blat i patrzyłam na bańki mydlane pękające w zlewie.
Marcin siedział w tym czasie w salonie i oglądał mecz. Mój syn. Trzydzieści osiem lat, żonaty od sześciu, ojciec pięcioletniej Zuzi. Zawsze grzeczny, zawsze „mamo, rosół był pyszny", zawsze pocałunek w policzek na powitanie i na pożegnanie.
Kiedy dwa lata temu umarł Staszek - na zawał, w środku nocy, nawet nie zdążyłam się obudzić - Marcin przyjechał pierwszy. Załatwił pogrzeb, dokumenty, ZUS. Patrycja przyniosła kwiaty i sernik. Wydawało mi się wtedy, że mam szczęście. Że nie jestem sama.
Przez trzydzieści jeden lat pracowałam w aptece na Bronowicach. Stałam za ladą, wydawałam recepty, tłumaczyłam starszym paniom, jak brać leki na ciśnienie. W Lublinie każdy farmaceuta zna każdego - małe miasto, stali klienci.
Na emeryturze byłam od roku, kiedy Staszek odszedł. Zostałam w naszym trzypokojowym mieszkaniu na trzecim piętrze, z balkonem na południe i widokiem na park. Sześćdziesiąt trzy lata, kuchnia pachnąca rosołem w niedzielę i cisza przez resztę tygodnia.
Patrycja weszła do kuchni lekkim krokiem. Uśmiechnęła się.
- Mamo, a nie myślała pani o wymianie wanny na prysznic? Bezpieczniej by było. Wie pani, bez wchodzenia, bez progu.
- Dobrze mi z wanną - odpowiedziałam.
- No tak, ale kiedyś... - urwała i wzruszyła ramionami. - Tak tylko mówię.
Miała trzydzieści pięć lat i mówiła do mnie „pani" przez pierwszych pięć miesięcy znajomości. Potem Marcin ją poprosił, żeby mówiła „mamo", i od tamtej pory to „mamo" brzmiało w jej ustach jak wyuczone słówko z podręcznika. Poprawne, gładkie i zupełnie puste.
Nie odpowiedziałam na pytanie o prysznic. Wróciłam do zmywania.
Tydzień wcześniej Marcin dzwonił z pozornie niewinną rozmową. Że Zuzia rośnie, że w ich kawalerce jest ciasno, że szukają czegoś większego, ale ceny w Lublinie poszły w górę, że kredyt to katorga.
Słuchałam i współczułam, bo to prawda - ciasno mają, widziałam. Łóżeczko Zuzi stoi w salonie, bo w sypialni nie ma miejsca. Ale wtedy nie połączyłam tego z niczym. Matka nie łączy takich rzeczy, dopóki nie usłyszy słowa „odświeżenie".
Bo „stan do odświeżenia" to nie jest opis. To jest wyrok. Tak mówią agenci nieruchomości, tak piszą w ogłoszeniach. To znaczy: stare, do remontu, do przejęcia.
W salonie Marcin kibicował. Zuzia rysowała przy moim stole kredkami, które zawsze dla niej trzymałam w szufladzie. Patrycja usiadła obok męża i coś mu pokazywała na telefonie. Widziałam, jak Marcin kiwa głową. Nie patrzył na mnie.
Podałam herbatę. Sernik, ten kupiony, bo Patrycja nie piecze, a ja piekłam coraz rzadziej - dla kogo? Siedzieliśmy we czwórkę przy stole i rozmawiali o Zuzi, o przedszkolu, o tym, że na święta moglibyśmy pojechać razem nad morze. Normalna rodzina, normalna niedziela.
Tylko że ja od dwudziestu minut wiedziałam, że moja synowa mierzy moje mieszkanie.
Kiedy wychodzili, Patrycja przytrzymała się framugą i rozejrzała po przedpokoju. Tym wzrokiem, który znam z lat pracy za ladą - tak patrzą klienci, którzy porównują ceny i zastanawiają się, czy wrócić. Oceniającym, kalkulującym. Spojrzała na sufit, na listwę przy podłodze, na lampę, którą Staszek zamontował, kiedy się wprowadzaliśmy.
- Ładne macie mieszkanie, mamo - powiedziała. - Szkoda, że tak duże na jedną osobę.
Marcin stał za nią i milczał.
- Dobrze mi tu - odpowiedziałam.
Zamknęłam drzwi. Zuzia jeszcze krzyknęła z klatki „pa, babciu!" i usłyszałam ich kroki na schodach. Potem stukanie windy. Potem cisza.
Stałam w przedpokoju i patrzyłam na drzwi. Trzydzieści jeden lat w tym mieszkaniu. Tapety zmieniane cztery razy, podłoga cyklinowana dwa razy, kuchnia remontowana raz, za pieniądze z trzynastki. Staszek malował sufit na biało co trzy lata, bo się upierał, że żółknie od gotowania. W szufladzie w sypialni wciąż leżały jego okulary.
Czy Patrycja zmierzyła tę szufladę?
Następnego ranka zadzwoniłam do Zosi - mojej siostry z Krakowa. Zosia ma siedemdziesiąt lat i nic jej nie zaskakuje.
- Wiesz co - powiedziałam - chyba muszę iść do notariusza.
- Już? - spytała Zosia, jakby czekała na tę rozmowę od dawna.
- Jeszcze nie wiem - przyznałam. - Ale chcę wiedzieć, jakie mam opcje. Na wszelki wypadek.
Rozłączyłam się i postawiłam wodę na herbatę. Za oknem park powoli zielenił się pierwszymi liśćmi. Mieszkanie było ciche, czyste i moje. Moje dwanaście metrów sypialni, moje dziewięć i pół pokoju, mój balkon od południa.
Podeszłam do drzwi i nałożyłam łańcuch. Pierwszy raz od trzydziestu jeden lat.