W wigilię, kiedy myłam naczynia, dzieci przy stole podzieliły między siebie moje sześćdziesiąt metrów i działkę. Nie weszłam z herbatą. Po Nowym Roku poszłam do notariusza: mieszkanie dla wnuczki, działka dla hospicjum, które opiekowało się ich ojcem.
Gdyby ktoś mnie wtedy zapytał, kiedy dokładnie przestałam być matką, a stałam się nieruchomością do podziału - odpowiedziałabym, że dwudziestego czwartego grudnia, gdzieś między zmywaniem talerzy po barszczu a nakładaniem sernika.
Dokładniej - między trzecim a piątym talerzem, bo właśnie wtedy z pokoju dobiegło mnie zdanie, od którego zamarłam z gąbką w ręku.
Agnieszka powiedziała: "Sześćdziesiąt metrów to mało, ale po remoncie da się sprzedać za przyzwoite pieniądze."
Przez chwilę myślałam, że mówią o jakimś ogłoszeniu w internecie. Że przeglądają oferty, jak to młodzi - ciągle szukają, porównują, liczą. Ale potem odezwał się Marcin.
"Mama i tak nie da rady tu sama mieszkać. Schody na trzecie piętro, kolano, ciśnienie. Za rok, dwa i tak trzeba będzie coś z nią zrobić."
Coś ze mną zrobić. Stałam w kuchni, w fartuszku, który Agnieszka kupiła mi trzy lata temu na Dzień Matki - tym w słoneczniki - i trzymałam gąbkę nasączoną płynem do naczyń. Przez okno widziałam latarnię, pod którą czterdzieści lat temu Staszek poprosił mnie, żebym nigdy nie sprzedawała tego mieszkania. "Danusia, obiecaj mi, że tu zostaniesz. To nasz dom."
Mam na imię Danuta, mam siedemdziesiąt osiem lat i przez pięćdziesiąt dwa z nich byłam żoną Stanisława Kordeckiego - nauczyciela historii w liceum, człowieka, który potrafił opowiedzieć o powstaniu styczniowym tak, że cała klasa zapominała o telefonach.
Staszek zmarł sześć lat temu. Rak trzustki. Siedem miesięcy od diagnozy do pogrzebu. Ostatnie trzy - w hospicjum, bo ja nie dawałam rady. Nie fizycznie, nie - ja bym dała radę. Ale on nie chciał, żebym widziała. "Danusia, idź do domu. Przyniesiesz mi jutro tę zupę pomidorową, dobrze?"
Hospicjum na Żeromskiego w Radomiu. Cztery pielęgniarki na dwanaście osób i lekarz, który przychodził nawet w niedziele. To oni trzymali Staszka za rękę, kiedy ja nie mogłam. To im zawdzięczam, że odszedł spokojnie.
Po pogrzebie życie się jakoś ułożyło. Emerytura nauczycielska - nie wielka, ale na jedno wystarczała. Mieszkanie spłacone, wykupione od spółdzielni jeszcze w dziewięćdziesiątym piątym.
Działka pod Radomiem - sześćset metrów, z altanką, którą Staszek postawił własnymi rękami, z jabłoniami, które sadził z Marcinem, kiedy Marcin miał dziesięć lat i jeszcze chciał spędzać weekendy z ojcem.
Agnieszka mieszka w Lublinie, pracuje w banku. Marcin - w Warszawie, coś w logistyce, nigdy dokładnie nie zrozumiałam co. Oboje mają swoje życie, swoje kredyty, swoje problemy. Widuję ich na święta i czasem na Wszystkich Świętych, jeśli im pasuje.
Tę wigilię przygotowywałam trzy dni. Barszcz z uszkami robiłam według przepisu mojej mamy - zakwas własny, suszony na sznurku. Pierogi z kapustą i grzybami. Karp w galarecie. Sernik na zimno.
Kompot z suszu, bo Staszek lubił i jakoś nie potrafiłam przestać go robić. Dwanaście potraw, jak się należy, choć przy stole miały siedzieć cztery osoby: ja, Agnieszka z Darkiem i Marcin. Sam, bo z Kasią się rozszedł rok temu.
Kiedy podawałam barszcz, było jeszcze normalnie. Agnieszka chwaliła smak, Darek pytał o przepis, Marcin milczał, ale to u niego normalne. Łamaliśmy się opłatkiem, składaliśmy życzenia. Agnieszka życzyła mi zdrowia. Marcin - spokoju. Ja im - szczęścia, bo czego innego ma życzyć matka.
Po barszczu wstałam posprzątać. Zawsze tak robiłam - między daniami myłam talerze, żeby potem nie stać w kuchni do północy. Nikt nie zaprotestował. Nikt nie powiedział "mamo, zostaw, my pozmywamy". Po prostu wyszłam, a oni zostali.
Drzwi kuchenne były uchylone. Nie podsłuchiwałam - po prostu stałam przy zlewie, a oni mówili normalnym głosem, jakby mnie tam nie było. Jakby mnie już nie było.
Agnieszka mówiła o mieszkaniu. Że po remoncie, z nową łazienką, można by dostać dobrą cenę. Marcin mówił o działce - że sam nie ma czasu jeździć, ale może sprzedać komuś, kto szuka gruntu.
Darek - zięć, którego znałam od ośmiu lat i który zawsze wydawał mi się porządnym człowiekiem - powiedział cicho: "Trzeba tylko poczekać. I dobrze byłoby zacząć rozmowę, zanim ona coś odda sąsiadce albo kościołowi."
Zanim ona coś odda. Ona. Nie "mama", nie "Danuta" - ona. Rzecz, która zajmuje sześćdziesiąt metrów i kawałek ziemi. Rzecz, z którą trzeba coś zrobić.
Nie weszłam z herbatą. Zostałam w kuchni, odkręciłam wodę na cały regulator i myłam garnki, których nie trzeba było myć, bo i tak wkładam je do zmywarki. Myłam je, żeby mieć powód, dla którego stoję w kuchni i nie płaczę.
Kiedy wróciłam do pokoju z sernikiem, rozmowa się urwała. Agnieszka uśmiechnęła się. Marcin sięgnął po talerz. Darek powiedział: "Pani Danuto, pani sernik to najlepszy w Polsce." I wszyscy jedli, i było cicho, i kolędy leciały z radia, i nikt nie wiedział, że ja już wiem.
Święta minęły. Odprawiłam ich dwudziestego szóstego rano. Agnieszka zostawiła mi pasztet, którego nie zdążyli zjeść. Marcin pocałował mnie w policzek i powiedział "trzymaj się, mamo". Patrzyłam z okna, jak wsiadali do samochodów. Pomachałam.
Drugiego stycznia zadzwoniłam do notariusza. Pani Krystyna Wójcik, z którą Staszek robił testament dziesięć lat temu. Umówiłam się na siódmego.
Siódmego stycznia, w samo poprażne, siedziałam w kancelarii na Kościuszki i tłumaczyłam pani Krystynie, co chcę zrobić. Mieszkanie - aktem darowizny na rzecz wnuczki. Oli, córki Marcina, która ma dwadzieścia pięć lat i pracuje w Krakowie, i która jako jedyna z całej rodziny dzwoni do mnie co tydzień. Nie dlatego, że czegoś chce. Dlatego, że pyta, czy jadłam obiad.
Działkę - na rzecz fundacji prowadzącej hospicjum na Żeromskiego. To samo, w którym umarł Staszek. To samo, które jego dzieci ani razu nie odwiedziły, kiedy on tam leżał. Agnieszka miała wtedy ważny projekt w banku.
Marcin - służbowy wyjazd do Gdańska. Za każdym razem inny powód. Za każdym razem ten sam wynik: Staszek leżał, a ja siedziałam przy nim i czytałam mu na głos "Potop", bo to była jego ulubiona książka.
Pani Krystyna nie komentowała. Zapisała wszystko, przygotowała dokumenty.
- Pani Danuto - powiedziała tylko na końcu - proszę mieć świadomość, że dzieci mogą mieć do pani pretensje.
Uśmiechnęłam się.
- Pani Krystyno, ja mam świadomość. Mam też siedemdziesiąt osiem lat i własny rozum.
Akty podpisałam dwudziestego stycznia. Zadzwoniłam do Oli - płakała, mówiła, że nie może tego przyjąć, że to za dużo. Powiedziałam jej to, co Staszek powiedział mi czterdzieści lat temu: "To jest dom. Dom się nie odrzuca."
Do Agnieszki i Marcina nie zadzwoniłam. Dowiedzą się. Może od Oli, może od notariusza, może dopiero wtedy, kiedy mnie zabraknie i przyjdą po klucze, których już nie będzie.
Czasem wieczorami siedzę w kuchni, w tym samym miejscu, gdzie stałam z gąbką w wigilię, i piję herbatę z cytryną. Patrzę na latarnię za oknem, tę samą, pod którą Staszek prosił mnie, żebym tu została. Zostałam, Staszku. Ale dom oddałam komuś, kto go nie podzieli na metry kwadratowe.
Na parapecie stoi kaktus, który Ola przyniosła mi w zeszłym roku. Podlewam go raz w tygodniu. Rośnie.