Córka z zięciem, jak co roku, polecieli na tydzień do Grecji. Przywieźli mi chłopców w niedzielę wieczorem, a przy furtce stała jeszcze klatka z królikiem i pies. Kartka na smyczy: "Rex je dwa razy dziennie".

Rex zaczął szczekać, zanim jeszcze silnik ich auta ucichł za rogiem. Kuba, ten starszy, stał na chodniku z plecakiem na jednym ramieniu i patrzył w stronę, w którą odjechali rodzice, jakby coś chciał jeszcze powiedzieć. Młodszy, Olek, od razu wcisnął się między moje kolana, przylepił twarz do fartucha i sapnął mokro.

- Babciu, Rex się boi królika - powiedział stłumionym głosem.

Spojrzałam na klatkę postawioną przy furtce, na psa przywiązanego do płotu, na kartkę przymocowaną do smyczy. "Rex je dwa razy dziennie". Żadnego słowa o króliku. Żadnej instrukcji, ile karmy, ile wody, czy wypuszczać go z klatki, czy nie. Córka pomachała mi przez szybę, zięć nawet nie wysiadł z samochodu.

Mam na imię Genowefa, choć chłopcy mówią do mnie "babcia Genia". Sześćdziesiąt trzy lata, od dwóch na emeryturze - wcześniej stałam za ladą w sklepie spożywczym na Tysiącleciu w Częstochowie, dwadzieścia sześć lat z rzędu, więc nogi mam na tyle zmęczone, że po schodach wchodzę bokiem, trzymając się poręczy. Mieszkam sama od pięciu lat, odkąd Władek odszedł. Nie od żony - z tego świata.

Ten grecki tydzień to był już czwarty z kolei. Monika, moja córka, i jej mąż Darek latali co lato, a chłopców przywozili do mnie. Pierwsze dwa razy to było nawet miłe - wnuki na cały tydzień, lody w parku, wieczorne bajki. Ale wtedy nie było psa ani królika. I wtedy Kuba miał sześć lat, a nie jedenaście.

W poniedziałek rano zaczęło się na poważnie. Rex wyrwał się z obroży i wpadł do kuchni, przewracając miskę z płatkami Olka. Królik siedział cicho w klatce na werandzie i gryzł szczebelki, a ja nie wiedziałam, czy to znaczy, że jest głodny, zdenerwowany, czy po prostu taki ma charakter. Zadzwoniłam do Moniki.

- Mamo, dopiero wylądowaliśmy, odezwę się wieczorem - powiedziała szybko i rozłączyła się.

Wieczorem nie zadzwoniła. We wtorek też nie. Napisała SMS-a: "Wszystko ok?". Odpisałam: "Tak. Czym karmić królika?". Odpowiedź przyszła po trzech godzinach: "Sianko i warzywa. Marchewka. Buzi chłopcom".

W sklepie osiedlowym kupiłam siano dla gryzoni i kilogram marchewki. Sprzedawczyni, młoda dziewczyna, spojrzała na mnie ze zdziwieniem.

- Pani ma królika?

- Nie mam - odpowiedziałam. - Mam wnuków. A wnuki mają królika. I psa. I rodziców w Grecji.

Dziewczyna się roześmiała. Mnie nie było do śmiechu.

We wtorek wieczorem Kuba siedział w pokoju Władka, który dawno przestał być pokojem Władka, ale ja wciąż tak na niego mówiłam. Grał w coś na telefonie. Olek bawił się klockami na dywanie. Usiadłam obok Kuby.

- Długo jeszcze będziesz grał?

- Jeszcze chwilę - mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu.

- Kuba, odłóż ten telefon, porozmawiaj z babcią.

Odłożył, ale nie od razu. I wtedy, patrząc w podłogę, powiedział coś, co utkwiło mi w głowie na resztę tygodnia.

- Babciu, a u ciebie tata z mamą się też kłócili?

Serce mi się ścisnęło. Nie od bólu - od strachu.

- Dlaczego pytasz?

- Bo u nas się kłócą. Ciągle. Tata śpi w salonie na kanapie.

Olek podniósł głowę znad klocków.

- Tata mówi, że go bolą plecy - dodał spokojnie, jakby recytował coś, co słyszał wiele razy.

Nie zapytałam więcej. Zaparzyłam im kakao, włączyłam bajkę i usiadłam w kuchni przy stole, na którym leżała jeszcze ta kartka od Darka. "Rex je dwa razy dziennie". Pismo Darka - duże, pośpieszne litery, jakby pisał w biegu, jedną nogą już w samochodzie. I ani słowa o synach. Ani jednej kartki z instrukcją dla nich. Bo dzieci, najwyraźniej, obsługują się same.

W środę Rex pogonił kota sąsiadki i wyrwał mi smycz z ręki. Biegłam za nim, ile sił w tych zmęczonych nogach, a chłopcy za mną. Kuba złapał Rexa przy garażach, bo pies go słuchał bardziej niż mnie. Wracaliśmy powoli, Olek trzymał mnie za rękę, a Kuba prowadził psa i milczał. Dopiero przed furtką się odezwał.

- Babciu, nie mów mamie, że Rex uciekł. Ona się będzie martwić i zacznie krzyczeć na tatę, że to jego pomysł, żeby wziąć psa.

Jedenaście lat. Jedenaście lat i już wie, jak zarządzać emocjami dorosłych. Jak przemilczeć, żeby nie było gorzej. Jak wziąć na siebie odpowiedzialność, która nie powinna być jego.

W czwartek zadzwoniła Monika. Niby normalnie - co jedzą, czy się słuchają, czy Rex nie narozrabiał. Odpowiadałam krótko. A potem, sama nie wiem dlaczego, zapytałam:

- Moniko, jak tam u was? Odpoczywasz?

Cisza. Dłuższa niż normalna. Taka cisza, po której matka wie, że coś jest nie tak.

- Jest fajnie, mamo. Słońce świeci, morze ciepłe. Wszystko dobrze.

Ale głos miała taki, jaki miałam ja, kiedy Władek dostawał kolejne wyniki z onkologii, a sąsiadka pytała "co słychać?". Głos człowieka, który trenuje "dobrze" przed lustrem, żeby nikt nie pytał dalej.

Nie pytałam dalej.

W piątek Olek nakarmił królika resztkami sałatki z obiadu, a królik zrobił się ospały i przestał jeść siano. Spanikowana, zadzwoniłam do weterynarza, ten kazał obserwować. Kuba siedział przy klatce i głaskał królika przez szczebelki.

- Babciu, jak mama z tatą się rozejdą, to ja chcę mieszkać u ciebie. Z Rekem i z Filipem.

- Filip to królik?

- Filip to królik.

Nie odpowiedziałam. Usiadłam na werandzie, z twarzą odwróconą od wnuka, żeby nie zobaczył, że mi oczy wilgotnieją. Nie od żalu za córką - od żalu za Kubą, który w swoje jedenaście lat już sobie zaplanował życie po rozwodzie rodziców, włącznie z podziałem zwierząt.

W niedzielę przyjechali. Darek wyglądał na zmęczonego, opalony, ale z takim zmęczeniem, które nie znika po urlopie - bo nie pochodzi od pracy. Monika miała nowe okulary przeciwsłoneczne i uśmiech, który znałam - ćwiczony, szeroki, nieprawdziwy.

- Mamo, dziękujemy. Jak się spisali?

- Świetnie. Grzeczni byli, spokojni.

Kuba wnosił plecaki do samochodu. Olek przytulił się do mnie i szepnął:

- Babciu, a latem znowu do ciebie przyjedziemy?

- Oczywiście, kochanie.

Darek zabrał psa, Monika klatkę z królikiem. Przy furtce odwróciła się i przez chwilę stała tak, jakby chciała coś powiedzieć. Potem tylko machnęła ręką i wsiadła do auta.

Stałam przy furtce i patrzyłam, jak odjeżdżają. Na chodniku leżała jeszcze smycz Rexa, zapomniana. I kartka, która zsunęła się ze smyczy - "Rex je dwa razy dziennie". Podniosłam ją i schowałam do kieszeni fartucha, nie wiem po co. Może dlatego, że to była jedyna instrukcja, jaką mi zostawili - i to nie na temat tego, na czym naprawdę mi zależało.