Mąż odszedł do młodszej w 2011. W poniedziałek ona zadzwoniła do mnie pierwszy raz w życiu: wyjeżdża na pół roku do córki do Irlandii, a Ryszard po udarze nie chodzi. "Pani go przecież zna najlepiej".
- Pani Danuta? Tu Marzena. Marzena Kowalczyk. Ja... nie wiem, czy pani wie, kim jestem.
Wiedziałam. Przez piętnaście lat to nazwisko było w moim domu jak przeciąg - niewidoczne, a wszyscy marzli. Stałam przy zlewie z mokrą ścierką w ręce i patrzyłam, jak woda kapie mi na kapcie.
- Wiem - powiedziałam tylko.
- Ryszard miał udar. W lutym. Lewa strona. Nie chodzi, mówi wolno, ale wszystko rozumie. - Mówiła szybko, jakby czytała z kartki. - Moja Kinga w Dublinie rodzi w lipcu, ciąża zagrożona, leży, a ten jej... nieważne, zostawił ją samą. Muszę jechać. Na pół roku co najmniej. A Ryszard... pani go przecież zna najlepiej.
Odłożyłam słuchawkę bez słowa. Nie ze złości. Po prostu ręka sama to zrobiła.
Usiadłam na taborecie w kuchni i patrzyłam na lodówkę, na której wisiał rysunek wnuczki Zosi - zielony dinozaur z napisem "DLA BABCI DANKI". Sześćdziesiąt trzy lata. Trzydzieści osiem lat w księgowości spółdzielni mieszkaniowej na Rakowie. Umiałam policzyć każdą rzecz, a tego jednego nie umiałam.
Bo "zna najlepiej" to była prawda. Wiedziałam, że Rysiek nie znosi, jak mu się pomaga przy jedzeniu. Że rano musi mieć herbatę z cytryną, zanim w ogóle otworzy usta. Że kiedy się boi, robi się złośliwy. Dwadzieścia sześć lat małżeństwa to nie jest coś, co się wymazuje wyrokiem rozwodowym.
Zadzwoniłam do syna. Bartek mieszka we Wrocławiu, ma żonę, dwójkę dzieci i pracę, o której wiem tylko, że jest "w IT" i że kończy się o dziewiętnastej.
- Mamo, ona dzwoniła też do mnie - powiedział zmęczonym głosem. - Trzy razy. Nie odebrałem.
- Bartuś, to twój ojciec.
- Ojciec, który przez pięć lat nie przyszedł na żadne moje urodziny, bo "Marzena by się źle czuła". Mamo, ja naprawdę nie mam siły. I ty też nie musisz.
Nie musiałam. Formalnie jestem dla Ryszarda nikim. Alimentów nie było, majątek podzieliliśmy w 2012 - mnie zostało mieszkanie spółdzielcze, jemu samochód i połowa oszczędności, które i tak poszły na urządzanie nowego życia na Tysiącleciu. Nikt na świecie nie mógłby mi niczego zarzucić.
A jednak we wtorek nie spałam. W środę oddzwoniłam.
- Przyjdę zobaczyć - powiedziałam. - Tylko zobaczyć. Niczego nie obiecuję.
Blok na Tysiącleciu był po termomodernizacji, żółty, z równymi balkonami. Na trzecim piętrze winda nie działała, więc szłam po schodach i liczyłam stopnie, żeby nie myśleć. Pod drzwiami pachniało gotowanymi ziemniakami i jakimś płynem do podłóg o zapachu sztucznej lawendy.
Otworzyła mi kobieta, którą kiedyś wyobrażałam sobie jako wysoką blondynkę w szpilkach. Była niższa ode mnie. Krótko obcięta, z odrostami, w rozciągniętej bluzce. Pod oczami miała sine półksiężyce.
- Dziękuję, że pani przyszła - powiedziała i nie wiedziała, co zrobić z rękami.
Ryszard siedział na wózku przy oknie. Schudł tak, że koszula wisiała na nim jak na wieszaku. Lewa ręka leżała na kolanach, nieruchoma, jakby nie jego. Kiedy mnie zobaczył, twarz mu drgnęła - tylko prawa połowa.
- Dan... ka - wydusił.
- Cześć, Rysiek.
I tyle. Usiadłam na krześle naprzeciwko. Na parapecie stał storczyk, obok zdjęcie w ramce: Ryszard i Marzena nad morzem, opaleni, uśmiechnięci. Na stole leżała tabletka rozkruszona na łyżeczce i niedopita herbata. Bez cytryny.
- Gdzie... ona... cię... - zaczął i urwał, zły na własny język.
- Sama przyszłam - powiedziałam.
Patrzył na mnie długo. Potem spojrzał w stronę kuchni, gdzie Marzena udawała, że zmywa, i powiedział bardzo cicho, bardzo wyraźnie, jakby ćwiczył to zdanie od tygodni:
- Ona nie wróci.
Poszłam do kuchni. Marzena stała przy zlewie, a woda leciała na pusty garnek. Zakręciłam kran.
- Pani wróci? - zapytałam.
Długo milczała. Wytarła ręce w ścierkę, potem jeszcze raz, chociaż były suche.
- Nie wiem - powiedziała w końcu. - Naprawdę nie wiem. Ja mam pięćdziesiąt trzy lata, pani Danuto. Pracuję w sklepie na zmiany, po nocach go przewracam, żeby nie miał odleżyn. Kinga to moje jedyne dziecko. Ja już... ja się boję, że jak tu zostanę, to umrę razem z nim.
Spodziewałam się, że poczuję satysfakcję. Że coś we mnie powie: no i masz, wzięłaś sobie cudzego męża, to teraz go noś. Ale patrzyłam na nią i widziałam siebie z 2011 roku - kobietę, która stoi w kuchni i nie wie, jak dalej żyć.
- On wie - powiedziałam. - Że pani nie wróci.
- Wiem, że wie. - Zaczęła płakać, cicho, bez szlochów. - Dlatego zadzwoniłam do pani. Nie do MOPS-u, nie do opiekunki. Do pani. Bo chciałam, żeby został z kimś, kto go... no, kto go kiedyś kochał.
Wróciłam do domu po siedemnastej. Nie płakałam. Zrobiłam sobie herbatę, wyjęłam zeszyt w kratkę i zaczęłam pisać, jak w pracy, kiedy trzeba było zamknąć trudny bilans.
Opiekunka środowiskowa z MOPS-u - wniosek, zaświadczenie od lekarza rodzinnego, wywiad środowiskowy. Rehabilitacja domowa z NFZ - skierowanie od neurologa. Turnus w ośrodku dziennym. Lista oczekujących do zakładu opiekuńczo-leczniczego, na wszelki wypadek, bo czeka się miesiącami.
W czwartek pojechałam znowu, z dokumentami i słoikiem rosołu. Marzena podpisywała, gdzie pokazałam, i co chwilę mówiła "dziękuję", aż w końcu poprosiłam, żeby przestała.
Zadzwoniłam też do Bartka jeszcze raz.
- Nie proszę cię, żebyś mu wybaczył - powiedziałam. - Proszę, żebyś przyjechał raz. Zobaczył. A potem sam zdecydujesz.
Przyjechał w sobotę. Stał w drzwiach pokoju dobre pół minuty, zanim podszedł do wózka. Nie wiem, co sobie powiedzieli, bo wyszłam na klatkę. Wiem tylko, że kiedy wróciłam, Bartek trzymał ojca za tę nieruchomą rękę, a Rysiek płakał tą połową twarzy, która jeszcze umiała.
Marzena wyjechała dziewiątego czerwca. Na pożegnanie przyniosła mi do mieszkania klucze i pudełko czekoladek. Długo stałyśmy w przedpokoju, nie wiedząc, czy podać sobie rękę.
- Pani mnie nienawidzi? - zapytała.
- Kiedyś bardzo - odpowiedziałam szczerze. - Teraz nie mam na to czasu.
Opiekunka przychodzi do Ryszarda codziennie na cztery godziny. Rehabilitant dwa razy w tygodniu. Bartek dzwoni co niedzielę i raz w miesiącu przyjeżdża. A ja jeżdżę na Tysiąclecie w czwartki. Tylko w czwartki. Przywożę rosół, robię mu herbatę z cytryną i siedzę godzinę przy oknie.
Ostatnio zapytał, czy mogłabym przychodzić częściej.
- Nie, Rysiek - powiedziałam. - W czwartki.
Kiwnął głową. Chyba zrozumiał. Marzena miała rację, znam go najlepiej. Dlatego wiem, że gdybym została na dłużej, znowu zaczęłabym żyć jego życiem, a swoje odłożyłabym na później. Raz już tak zrobiłam. Wystarczy.
Piętnaście lat temu odszedł ode mnie, nie oglądając się za siebie. Ja wychodzę od niego co czwartek - i za każdym razem się oglądam.