Po złamaniu ręki dałam wnukowi kartę i PIN, żeby robił mi zakupy i wykupywał leki. Przez dwa miesiące przynosił paragony, wszystko się zgadzało. W październiku przyszedł wyciąg: co piątek wieczorem ta sama pozycja - kino, dwa bilety.

Wyciąg z banku przyszedł we wtorek, razem z gazetką z Biedronki i rachunkiem za gaz. Rozdarłam kopertę lewą ręką, przytrzymując ją brodą, bo prawa po sześciu tygodniach w gipsie wciąż była jak nie moja - sztywna, chuda, blada jak korzeń wyciągnięty z ziemi.

Czytałam powoli, z okularami zsuniętymi na czubek nosa. Biedronka, apteka, Biedronka, piekarnia na rogu. Wszystko tak samo jak na paragonach, które Bartek przynosił mi co tydzień i układał na ceracie w równym rządku, jak karty do pasjansa. A potem, w piątek czwartego września - nazwa multipleksu z galerii na drugim końcu Radomia. I w następny piątek. I w kolejny. Cztery piątki, cztery razy ta sama kwota.

Złamałam nadgarstek na początku sierpnia, myjąc schody na swoim piętrze. Krysia z drugiego mówiła, żebym dała spokój, że spółdzielnia ma od tego panią. Ale ta pani myje tak, że szkoda gadać, a ja przez czterdzieści lat w zakładzie fryzjerskim nauczyłam się jednego: jak coś ma być porządnie, to trzeba samemu. No i zrobiłam porządnie. Mokry lastryko, kapcie na filcu, i leżałam na półpiętrze z ręką wygiętą tak, że nawet nie krzyczałam, tylko patrzyłam.

Magda pracuje na zmiany w sortowni paczek pod miastem, wraca o dziesiątej wieczorem i pada. Więc kiedy wyszłam z SOR-u w gipsie po łokieć, jasne było, kto mi będzie robił zakupy. Bartek, mój jedyny wnuk, dziewiętnaście lat, pierwszy rok na uczelni na Malczewskiego. Chłopak, który jako sześciolatek siedział w moim zakładzie na obrotowym fotelu i udawał, że strzyże lalkę.

- Babciu, a PIN? - zapytał, obracając kartę w palcach.

- Data urodzenia twojej mamy, tylko od tyłu. Zapamiętasz?

- Babcia, serio? Każdy złodziej by zgadł.

- Jaki złodziej, dziecko. Złodziej nie wie, kiedy twoja mama się urodziła.

Śmiał się wtedy. I przez dwa miesiące wszystko było jak w zegarku. Chleb razowy, maślanka, leki na ciśnienie, maść z apteki, a paragony zawsze na stole. Nawet resztę z gotówki oddawał co do grosza.

Pierwsza myśl była taka, że ma dziewczynę. No i dobrze, niech ma, ma dziewiętnaście lat. Ale żeby za moje? Za moją emeryturę, z której odkładam na pomnik i na wnuka właśnie? Coś mnie ścisnęło w gardle, bardziej ze wstydu za niego niż ze złości.

Pokazałam wyciąg Krysi. Krysia chodzi do kina w środy, na seanse dla seniorów, jeszcze z nieboszczykiem Heńkiem tak chodziła.

- Celinka, to są dwa bilety. Normalne, nie ulgowe. Ja ceny znam na pamięć.

- Może popcorn - powiedziałam bez przekonania.

- Co piątek ta sama kwota co do grosza? Popcorn to by raz był duży, raz mały. - Popatrzyła na mnie znad okularów. - Zapytaj go po prostu.

Nie zapytałam. W czwartek Bartek przyniósł zakupy, położył paragony na ceracie, zjadł dwa pierogi z kapustą i poszedł. A ja siedziałam z wyciągiem w szufladzie i nie umiałam otworzyć ust. Bo jak zapytam, to on skłamie. A ja nie chciałam usłyszeć, jak mój wnuk mi kłamie prosto w oczy.

W piątek pojechałam autobusem do galerii. Pierwszy raz od wypadku, z ręką w ortezie przyciśniętą do brzucha, bo się bałam, że ktoś mnie potrąci. Usiadłam w kawiarni naprzeciwko wejścia do kina, zamówiłam herbatę z cytryną i czekałam jak jakaś detektywka z serialu. Było mi głupio. Przez chwilę chciałam wstać i wracać.

Bartek przyszedł za dwadzieścia siódma. Nie sam.

Szedł wolno, krok w krok obok starszego mężczyzny z laską. Brązowa kurtka, kaszkiet, lewa noga ciągnięta trochę po posadzce. Nie poznałam twarzy - za daleko, a twarze się zmieniają przez trzydzieści lat. Poznałam sposób, w jaki ten człowiek przekrzywił głowę, patrząc na plakaty. Tak samo przekrzywiał ją w siedemdziesiątym szóstym, w kabinie projekcyjnej starego kina, którego już dawno nie ma, kiedy pokazywał mi, jak się zakłada taśmę.

Zdzisław.

Herbata wystygła mi w szklance. Siedziałam, aż zgasły światła nad wejściem do sal, i jeszcze długo potem.

W sobotę Bartek przyszedł z zakupami. Wyciąg leżał na stole, rozłożony, zamiast paragonów. Zobaczył go od progu i stanął z siatką w ręce.

- Co to jest, Bartuś?

Zrobił się czerwony od szyi po uszy, jak wtedy, kiedy w trzeciej klasie stłukł mi kryształowy wazon.

- Babciu, ja oddam. Wszystko mam zapisane. - Wyjął telefon, drżącymi palcami coś przewijał. - O, zobacz. Każdy piątek. Oddam w wakacje, przysięgam.

- Z kim chodzisz?

Milczał.

- Widziałam was.

- Babcia mnie śledziła?

- Ty mnie okradałeś, a ja cię śledziłam. Pomyśl, kto zaczął.

Usiadł na taborecie, siatka z maślanką przewróciła się na podłogę. I powiedział wszystko, szybko, jakby się bał, że jak przestanie, to już nie da rady.

Że w sierpniu dziadek napisał do mamy na Facebooku. Że ta Lidka, dla której odszedł, zmarła na wiosnę, a on miał mały udar i został sam w kawalerce na Ustroniu. Że mama skasowała wiadomość i przy kolacji powiedziała: „Niech mu teraz Lidka pomaga z grobu". Że Bartek potem w nocy znalazł jego profil i odpisał.

- On nic nie chciał, babciu. Ani pieniędzy, ani żeby mama dzwoniła. Powiedział tylko, że najbardziej brakuje mu kina. A sam nie pójdzie, bo mu się w ciemności kręci w głowie i boi się schodów. Więc chodzimy co piątek.

- Za moje pieniądze.

- Ja nie mam swoich. Z wakacji wszystko poszło na laptopa na studia. A dziadek ma taką emeryturę, że… - urwał. - On myśli, że to ja płacę. Jest ze mnie dumny. Mówi wszystkim w kolejce, że wnuk go zabiera.

Potem podniósł oczy i powiedział to, czego się najbardziej bałam.

- Dziadek mi opowiedział, że jak odchodził, zostawił wam mieszkanie. Że przy podziale majątku zrzekł się spłaty. Mama zawsze mówiła, że wyszedł i nic nie dał. A on wyszedł z jedną walizką. To prawda?

Była prawda. Zdzisław zostawił nam ten dwupokojowy na trzecim piętrze, w którym teraz siedzieliśmy, i nie wziął ani złotówki. Ja przez trzydzieści lat pozwalałam Magdzie myśleć, że ojciec ją okradł. Tak było łatwiej. Dziecko, które ma jednego winnego, mniej pyta. A potem już nie było jak tego odkręcić.

Długo patrzyłam na wyciąg. Cztery piątki. Cztery razy dwa fotele w ciemnej sali.

- Karta zostaje u ciebie - powiedziałam w końcu.

- Babciu…

- I przestań to zapisywać. Nie musisz oddawać.

- A mama?

- Mamie nic nie mów. Jemu też nie.

- Ale czemu? Przecież dziadek by chciał wiedzieć…

Nie odpowiedziałam. Sama nie wiedziałam, co bym powiedziała.

W listopadzie przyszedł kolejny wyciąg. Piątki, kino, ta sama kwota. Krysia mówi, że jestem głupia i że wnuk mi wejdzie na głowę. Magda, gdyby wiedziała, powiedziałaby dużo gorsze rzeczy - i może miałaby rację, bo to ona miała czternaście lat, kiedy ojciec zamknął za sobą drzwi.

A ja w piątki o siódmej wieczorem patrzę na zegar w kuchni i wiem, że gdzieś na drugim końcu miasta Zdzisław siedzi w fotelu, za który zapłaciłam, i nie ma o tym pojęcia. Nie wiem, czy to jest przebaczenie. Może po prostu pierwszy raz od trzydziestu lat to ja coś mu daję, a on nie może mi za to podziękować.

I chyba właśnie dlatego płacę.