Po mszy podeszła do mnie żona kolegi męża z zakładu. "Jak tam biodro po operacji? Mąż mówił w pracy, że cały tydzień był przy pani w domu". Biodro mam zdrowe. W tamtym tygodniu mąż był, jak mówił, na szkoleniu BHP w Ustroniu

- Pani Elu, a jak tam biodro po operacji? Bo mój Rysiek mówił, że mąż cały tydzień przy pani w domu siedział. Złoty człowiek, nie każdy chłop by tak umiał.

Bożena Sowińska trzymała mnie pod łokieć, delikatnie, jakbym naprawdę mogła się przewrócić na kościelnych schodach. Za nami ludzie wysypywali się z sumy, pod kasztanem ktoś już szukał zapalniczki, dzieci w komunijnych garniturkach goniły się wokół ławki.

- Dobrze - powiedziałam. - Już dobrze. Dziękuję.

I poszłam. Zwykłym krokiem, bez kul, bez balkonika. Na swoich zdrowych, pięćdziesięcioośmioletnich biodrach, którym nigdy nic nie dolegało poza tym, że wieczorem po dziesięciu godzinach stania za ladą w aptece trochę ćmiły.

Przez całe Tysiąclecie liczyłam. Dwa tygodnie temu, w poniedziałek, Zdzisiek spakował się do brązowej torby, tej z zepsutym suwakiem przy kieszeni. Szkolenie BHP dla brygadzistów, Ustroń, cały tydzień, zakład płaci, dojeżdża się swoim autem, zwracają za paliwo. Dzwonił co wieczór koło dziewiątej, krótko, "bo tu w tych górach zasięg rwie". W piątek wrócił z pudełkiem krówek i magnesem z góralem. Magnes wisiał na lodówce, przytrzymywał kartkę z numerem do hydraulika.

Kiedy weszłam do mieszkania, Zdzisiek spał w fotelu przed telewizorem. Leciał jakiś mecz, komentator krzyczał do nikogo. Zdjęłam kluczyki z haczyka w przedpokoju i zeszłam na parking.

Mój mąż nie wyrzuca paragonów. Trzydzieści sześć lat małżeństwa i zawsze to samo: paragony w kieszeni drzwi kierowcy, spięte gumką recepturką, "bo jakby co, to do rozliczenia". Odpięłam gumkę. Stacja w Kłobucku. Biedronka w Kłobucku. I apteka. Też w Kłobucku. Środa, czternasta dwanaście.

Clexane, dziesięć ampułkostrzykawek. Nasadka toaletowa podwyższająca. Kule łokciowe, para.

Siedziałam w aucie z otwartymi drzwiami i patrzyłam na ten skrawek papieru. Od trzydziestu lat jestem farmaceutką. Ten zestaw wydaję kilka razy w miesiącu córkom, synom, mężom. Zawsze tak samo zdenerwowanym, zawsze z tym samym pytaniem: "a jak to się wbija, pani magister, bo ja się boję". Ten zestaw znaczy jedno: ktoś właśnie dostał nowe biodro.

Kłobuck jest dwadzieścia parę kilometrów od Częstochowy. Ustroń - sto czterdzieści, w drugą stronę.

Na górę wróciłam po schodach, nie windą. Potrzebowałam tych czterech pięter. Zdzisiek już się obudził, siedział w kuchni nad kawą. Położyłam paragon obok jego kubka, równo, jak kartę na stole.

- Dużo się nauczyłeś w tym Ustroniu?

Spojrzał na paragon. Potem na mnie. Potem znowu na paragon. Widziałam, jak mu się rusza grdyka.

- Ela...

- Komu wymienili biodro, Zdzisiek?

Długo nic. W pokoju komentator dalej krzyczał. Mąż wstał, poszedł wyłączyć telewizor i wrócił. Usiadł ciężko, jakby to jego operowali.

- Krystynie.

Nie znałam żadnej Krystyny. Okazało się, że on znał ją od pięciu lat. Kuzynka Heńka z narzędziowni, poznali się na stypie po Heńku, potem on podrzucił jej coś do Kłobucka, potem naprawił kran, potem zostawał na obiad. Wdowa. Córka w Irlandii, od lat. Sama w domku po rodzicach, z psem i ogródkiem.

- Nie miał kto jej zawieźć do szpitala. Nie miał kto zastrzyków robić. Ona by sama nawet do łazienki...

- A ty skąd wiesz, jak się robi zastrzyki?

- Pielęgniarka pokazała. W brzuch, w fałdkę, tak?

Tak. W brzuch, w fałdkę, powoli, bez wypuszczania pęcherzyka powietrza. Tłumaczyłam to setkom obcych ludzi. Mojemu mężowi nigdy. Nie było potrzeby. Nauczył się dla kogoś innego.

- A w pracy? - zapytałam. - Czemu w pracy powiedziałeś, że to ja?

Zdzisiek potarł twarz obiema dłońmi.

- Wziąłem urlop. Chłopaki pytali, gdzie jadę, to powiedziałem, że żona po operacji i muszę być w domu. Nie chciałem kłamać tak całkiem. Coś musiało być prawdą.

- Czyli dałeś mi jej biodro.

Nie odpowiedział. I wtedy zapytałam o to, o co bałam się zapytać najbardziej:

- Dlaczego?

Myślałam, że usłyszę coś o młodszej, o ładniejszej, o tym, co zwykle słyszą kobiety w telewizyjnych serialach. Usłyszałam coś gorszego, bo prawdziwego.

- Pamiętasz Heńka? - zapytał. - Sześć tygodni przed emeryturą. Przy tokarce. Chłopaki do niego podeszli, a on jeszcze rękę na korbie trzymał. Stałem potem na cmentarzu i liczyłem. Mnie zostało dziewięć lat. Zakład, telewizor, zakład, telewizor. Potem emerytura i sam telewizor. A potem dół i ksiądz, który mnie na oczy nie widział.

- Zdzisiek...

- Daj mi skończyć. - Podniósł rękę. - U nas wszystko jest zrobione, Ela. Trzydzieści lat w tym mieszkaniu, każda półka przykręcona, każdy kran wymieniony po dwa razy. Ty wszystko wiesz lepiej, w aptece cię słuchają, Paweł dzwoni do ciebie, nie do mnie. A tam przyjechałem pierwszy raz, ona stała nad tą cieknącą rurą i patrzyła na mnie, jakbym był... no, potrzebny. Płot jej postawiłem, rynny zrobiłem. Ona mnie pytała, co myślę. Rozumiesz? Pytała, co ja myślę.

Na pogrzebie Heńka mnie nie było, miałam dyżur. Pamiętam tylko, że Zdzisiek wrócił ze stypy późnym wieczorem, usiadł w kurtce na wersalce i siedział tak z godzinę. Postawiłam przed nim talerz pierogów i powiedziałam: "Nie myśl o tym, zjedz, bo ci ciśnienie skoczy". Zjadł. Myślałam, że przeszło. Nie zapytałam, o czym myśli, bo wydawało mi się, że wiem. Przez trzydzieści sześć lat zawsze mi się wydawało, że wiem.

- Pięć lat - powiedziałam tylko. - Pięć lat, a ja nic nie widziałam.

- Bo nie patrzyłaś - odpowiedział bez złości. - Ty po prostu wiedziałaś.

Tej nocy spałam w pokoju Pawła, na wąskim tapczanie, pod plakatem zespołu, którego nazwy nawet nie umiem wymówić. Nie płakałam. Leżałam i myślałam o tym, jak długo trzeba żyć obok człowieka, żeby nie zauważyć, że go nie ma.

Przez trzy dni chodziliśmy po mieszkaniu jak dwoje lokatorów. On odgrzewał sobie obiad, ja wychodziłam do pracy wcześniej niż trzeba. W środę wieczorem zobaczyłam, że stoi przy oknie z telefonem i mówi półgłosem: "Zjadłaś coś? Nogę trzymaj wyżej. Jutro przyjadę, przyjadę, Krysiu, przecież mówię".

Nie byłam zła. To mnie najbardziej zaskoczyło. Byłam zmęczona tak, jak się jest zmęczonym po bardzo długim dyżurze, kiedy już wiadomo, że nic się nie da uratować, i można wreszcie usiąść.

W czwartek wyciągnęłam z pawlacza brązową torbę z zepsutym suwakiem. Spakowałam mu koszule, golarkę, leki na ciśnienie na cały miesiąc, rozpisane w pudełku na dni tygodnia, bo inaczej zapomina. Postawiłam torbę w przedpokoju.

- Ela, co ty...

- Ona za dwa tygodnie ma kontrolę u ortopedy. Potem rehabilitację. Nie będziesz codziennie jeździł z Częstochowy, paliwa nikt ci nie zwróci.

- Ja nie chcę, żeby tak...

- Ty nigdy nie chcesz, Zdzisiek. Ty po prostu robisz.

Stał w przedpokoju długo. Potem wziął torbę. W drzwiach odwrócił się i powiedział, że ten magnes z góralem to Krystyna mu kiedyś przywiozła, z sanatorium w Ustroniu. Dlatego Ustroń. Powiedział to tak, jakby to cokolwiek tłumaczyło. A może po prostu chciał, żebym chociaż raz usłyszała od niego całą prawdę, do końca.

Paweł zadzwonił w sobotę z Wrocławia. Myślałam, że będę kręcić, że wymyślę coś o nadgodzinach. Powiedziałam mu wszystko. Milczał tak samo jak ojciec, a potem zapytał: "Mamo, a ty jak?". Pierwszy raz od lat ktoś mnie o to zapytał. W poniedziałek umówiłam się do adwokatki na Alejach.

W niedzielę po sumie Bożena Sowińska znowu złapała mnie pod łokieć.

- No i jak, pani Elu, zrasta się?

- Zrasta się, pani Bożeno - odpowiedziałam. - Tylko że to nie moje biodro operowali.

Zostawiłam ją z otwartymi ustami pod kasztanem i poszłam do domu. Magnes z góralem wyrzuciłam jeszcze tego samego dnia. Kartkę z numerem do hydraulika przypięłam innym, z Bałtyku, który kiedyś przywiózł mi syn.