Od trzech lat codziennie gotuję obiady dla rodziny córki, zięć odbiera garnki w drodze z pracy. W niedzielę wnuk, lepiąc ze mną pierogi, zapytał, czy to prawda, że jak babcia zachoruje, "to będzie dramat, bo catering kosztuje dwa tysiące". Tak powiedział tata, kiedy z mamą liczyli rachunki.
- Babciu, a to prawda, że jak zachorujesz, to będzie dramat? - Kuba nawet nie podniósł głowy znad stolnicy. Lepił ósmego pieroga, z językiem wysuniętym z wysiłku, i pytał tak, jak się pyta o pogodę. - Bo catering kosztuje dwa tysiące. Tata tak mówił.
Wałek zatrzymał mi się w pół drogi. W kuchni pachniało podsmażoną cebulą i twarogiem, w radiu leciał niedzielny koncert życzeń, a ja nagle przestałam słyszeć cokolwiek poza tymi dwoma tysiącami.
- A kiedy tata tak mówił, kochanie?
- No jak z mamą liczyli rachunki. Przy laptopie. Mama trochę płakała. - Zlepił brzegi za mocno i ciasto pękło. - Babciu, zepsułem.
- Nic nie zepsułeś. Daj, poprawimy.
Poprawiłam. Ręce robiły swoje, jak przez trzydzieści lat na zmianie w piekarni przemysłowej na Dąbrowie, gdzie nikt nie pytał, czy ci się chce. A w głowie liczyłam. Trzy lata. Od poniedziałku do piątku zupa i drugie danie na cztery osoby, w niedzielę i tak wszyscy u mnie. Wychodziło na to, że jestem warta dwa tysiące miesięcznie. Tyle, ile firma z plastikowymi pudełkami.
Magdzie nic nie powiedziałam, kiedy wieczorem przyjechała po Kubę. Zapakowałam pierogi do pojemników, jak zawsze, i pomachałam z okna.
W poniedziałek o siódmej stałam już przy garach. Pomidorowa z ryżem, bo z makaronem Kuba nie tknie, i pulpety w sosie koperkowym. O wpół do szóstej zabrzęczał telefon: "Jestem pod klatką, nie ma gdzie stanąć".
Bartek od roku pisał właściwie tylko to. Na początku wchodził na górę, jadł talerz zupy na stojąco przy kuchence i mówił: "Mamo, pani to jest skarb". Potem przestał, bo parkingi, bo straż miejska, bo świetlica. Został SMS i ja na schodach. Trzecie piętro, bez windy, garnek w każdej ręce i prawe kolano, które od zimy strzelało przy każdym stopniu.
Tego dnia pierwszy raz popatrzyłam na to jakby z boku. Bartek stał przy otwartych drzwiach auta z telefonem przy uchu, kiwnął mi głową. Wziął garnki, owinął w ręcznik, postawił na fotelu pasażera. Oddał mi piątkowe - nieumyte, z gulaszem zaschniętym na brzegu.
- Dzięki, mamo. Jutro może coś bez kapusty, dobra? Kuba marudzi.
Odjechał, zanim zdążyłam odpowiedzieć.
Zaczęło się w listopadzie, sześć tygodni po pogrzebie Zbyszka. Magda przyszła z Kubą, wtedy pięcioletnim, i zastała mnie w kuchni nad garnkiem rosołu, którego nikt nie miał jeść. Przez czterdzieści lat gotowałam dla dwojga i nie umiałam przestać.
- Mamo, ty to będziesz jadła do świąt.
- To weź do domu.
Wzięła. Następnego dnia też. Po tygodniu zapytała ostrożnie, czy by mi nie przeszkadzało, gdyby Bartek wpadał po drodze, bo jego warsztat jest dwie ulice od mojego bloku na Retkini. Nie przeszkadzało. Miałam po co wstawać.
Miałam listę zakupów, miałam godzinę, o której coś musi być gotowe. Na początku Magda wciskała mi pieniądze na zakupy, a ja odpychałam jej rękę: "Za zupę od własnego dziecka brać nie będę". Po paru miesiącach przestała wciskać. A ja przestałam zauważać, że zakupy na cztery osoby robię z emerytury, która i bez tego ledwo starczała na rachunki.
Przez cały tydzień chodziłam z tym zdaniem Kuby jak z kamieniem w bucie. Dwa tysiące. Dramat. Nie "babcia", nie "mama". Pozycja w budżecie, którą trzeba będzie czymś zastąpić.
W czwartek, kiedy przyszedł SMS, odpisałam: "Wejdź na górę. Drzwi otwarte".
Słyszałam, jak wbiega po schodach, szybko, po dwa stopnie. Stanął w progu kuchni w roboczej bluzie, z kluczykami w ręce.
- Mamo, coś się stało? Ja mam światła awaryjne...
- Siadaj, Bartek.
Na stole stały dwa talerze z żurkiem. Usiadł, bo co miał zrobić. Ja naprzeciwko.
- Ile kosztuje catering? - zapytałam.
Zrobił się czerwony od szyi w górę. Spojrzał na mnie, potem w talerz.
- Kuba... - powiedział.
- Kuba.
Długo nic. Za oknem ktoś trzaskał drzwiami od śmietnika, na klatce szczekał pies sąsiadki. Bartek obracał łyżkę w palcach.
- Od wiosny nie mam nadgodzin - powiedział w końcu. - Szef stracił flotę, te busy kurierskie, co do nas jeździły. Rata podskoczyła, Magda na pół etatu, bo ktoś musi odbierać małego. Siedliśmy liczyć i wyszło, że nie wychodzi. I ja tak głupio... Że jak mamie coś się stanie, to my leżymy. Tak to miało znaczyć. Nie że mama jest catering. Że my bez mamy nie dajemy rady.
- A czemu miałoby mi się coś stać?
Podniósł oczy.
- Bo widzę, jak mama schodzi po tych schodach. Z dołu dobrze widać.
- Widzisz i nie wchodzisz.
- Świetlicę zamykają o wpół do szóstej. Raz się spóźniłem dwadzieścia minut, pani mi zrobiła awanturę przy wszystkich rodzicach, a Kuba stał w kurtce sam na korytarzu. - Przetarł twarz dłonią. - A jak wchodziłem, mamo, to mama mnie trzymała godzinę. O tacie. Ja wiem, że mama potrzebowała. Ale nie umiałem i tak stać, i patrzeć na zegarek.
Zabolało. Bo to była prawda. Pierwszy rok wylewałam na niego wszystko, co nie zmieściło mi się w pustym mieszkaniu.
Wtedy w przedpokoju trzasnęły drzwi. Magda, z Kubą za rękę, zdyszana. Bartek musiał jej napisać spod stołu.
- Mamo, on to głupio powiedział, ja wiem - zaczęła od progu. - Kuba, idź do pokoju, włącz sobie bajkę.
Kuba poszedł, oglądając się co chwilę. Magda usiadła na taborecie przy lodówce, nie zdjęła nawet kurtki.
- Mamo, ja ci muszę coś powiedzieć. My na początku to braliśmy dla ciebie.
- Jak to dla mnie?
- Ciocia Halina mi wtedy powiedziała, po pogrzebie, że jak ci zabierzemy to gotowanie, to się położysz i już nie wstaniesz. Że ty musisz mieć dla kogo. I ja się bałam. Rok, dwa lata się bałam ci powiedzieć, że już możesz przestać. A potem... - zawahała się - potem już nie mogliśmy, żebyś przestała. Bo pieniądze. I tak to się zrobiło. Nie wiem nawet kiedy.
Siedziałyśmy we trójkę nad wystygłym żurkiem. Każde z nas trzy lata coś przed kimś chroniło. Ja ich przed moim kolanem i pustym portfelem. Magda mnie przed moją żałobą. Bartek siebie przed moim gadaniem. I nikt nikomu nie powiedział ani słowa.
- To jak to robimy? - zapytałam w końcu. Głos mi nie drżał, sama się zdziwiłam.
Ustaliliśmy przy tym stole, na kartce wyrwanej z zeszytu Kuby. Gotuję w poniedziałki, środy i piątki, na dwa dni naraz. Zakupy robi Magda, według mojej listy, i przywozi w niedzielę. Bartek wchodzi na górę po garnki, sam je znosi i oddaje umyte.
Dziesięć minut, nie godzinę - zgodziłam się, że będę patrzeć na zegarek za niego. A w niedziele, zamiast siedzieć przed telewizorem, Bartek staje ze mną przy kuchence. Bo ktoś w tej rodzinie musi umieć zrobić rosół, kiedy babcia będzie miała gorszy dzień.
Pierwszy rosół Bartka był mętny jak woda w Bałtyku po sztormie. Drugi trochę lepszy. W niedzielę, przy kolejnych pierogach, Kuba znów zerknął na mnie spod grzywki.
- Babciu, a jak zachorujesz, to będzie dramat?
- Nie będzie, kochanie. Tata już umie rosół.
Kuba zastanowił się poważnie.
- Ale niedobry.
Bartek zaśmiał się pierwszy, z rękami całymi w mące. I to był najlepszy dźwięk, jaki słyszałam w tej kuchni od trzech lat.