Kiedy córka wracała z macierzyńskiego, powiedziałam od razu: „Kocham was, ale na żłobek się nie piszę — w piątki mam chór w parafii, a w soboty działkę”. Przez miesiąc było chłodno. W niedzielę córka zadzwoniła, czy nasz chór zaśpiewałby na komunii Igi, bo „mama tak ładnie śpiewa”.

Obierałam ziemniaki na niedzielny obiad, kiedy telefon na parapecie zawibrował i na ekranie pokazało się: „Madzia”. Nóż wypadł mi do zlewu i brzęknął o stal. Pierwszy raz od miesiąca. Wytarłam ręce w fartuch tak mocno, że zapiekła mnie skóra między palcami.

- Mamo? Masz chwilkę?

Miałam. Przez cały styczeń miałam same chwilki i nikt nie chciał żadnej.

W pokoju Zdzisiek ściszył telewizor, zanim zdążyłam przymknąć drzwi do kuchni. Trzydzieści osiem lat małżeństwa - on zawsze wiedział, kiedy dzwoni córka.

Wszystko zaczęło się w drugi dzień świąt. Magda przyjechała do nas na Zaodrze z Bartkiem i dziećmi. Iga, która w maju szła do pierwszej komunii, rysowała pod stołem, a Franek obchodził meblościankę, trzymając się drzwiczek, i co chwilę siadał na pieluchę. Nad makowcem Magda odłożyła widelec.

- Mamo, od siódmego stycznia wracam do pracy. W miejskim żłobku nie ma miejsc, a prywatny to pół mojej pensji. Myślałam... że może mama by Franka brała. Chociaż na parę miesięcy.

„Mama by brała”. Magda mówiła do mnie w trzeciej osobie tylko wtedy, kiedy czegoś chciała. Od podstawówki, od pierwszych pieniędzy na kino.

I wtedy powiedziałam to zdanie, które potem słyszałam w głowie co noc:

- Kocham was, ale na żłobek się nie piszę. W piątki mam chór w parafii, a w soboty działkę.

Wiem, jak to zabrzmiało. Jakby kilka pieśni i grządka cebuli były ważniejsze od wnuka. Bartek spojrzał w talerz. Magda powiedziała „rozumiem” takim tonem, jakim się mówi „no to wszystko jasne”, i pół godziny później zapinała Frankowi kombinezon w przedpokoju.

Tylko że nie chodziło o chór. Przez trzydzieści lat wydawałam książki w filii Miejskiej Biblioteki Publicznej i każdy mój urlop szedł na kogoś. Najpierw na mamę po udarze, potem na Igę - na wszystkie jej anginy, ospę, zapalenie oskrzeli, kiedy Magda bała się brać kolejne zwolnienie na dziecko, bo w firmie mówiło się o redukcjach.

Trzy lata temu przeszłam na emeryturę. Pan Jerzy, nasz organista, usłyszał mnie na roratach i powiedział, że mam czysty alt i szkoda go na mruczenie „Barki” pod nosem. Sześćdziesiąt trzy lata - i pierwszy raz w życiu ktoś chciał ode mnie czegoś, co było tylko moje.

A potem przyszedł styczeń. Magda nie dzwoniła. Na Dzień Babci dostałam esemesa z jej numeru: „Wszystkiego najlepszego, babciu! Iga i Franek”. Z kropką na końcu. Bez serduszka. Laurkę od Igi zobaczyłam dopiero na Facebooku - wrzuciła ją Bartka mama z Nysy, z podpisem, że od najukochańszej wnusi. Siedziałam z tym telefonem w kuchni do północy i nie wiedziałam, płakać czy się złościć.

Zdzisiek był w tym czasie taki jak zawsze. Śniadanie, gazeta, a po dwunastej do garażu za blokiem, gdzie od emerytury dłubie przy starym polonezie, którego i tak nigdy nie skończy. Trzydzieści lat na kolei nauczyło go punktualności - wracał zawsze przed piątą. Raz miał na rękawie swetra różowy brokat.

Pomyślałam, że ze sklepu, z jakiejś wystawy. Raz pachniał rosołem jarzynowym, a ja byłam pewna, że to od sąsiadki z parteru, bo ona gotuje przy otwartych drzwiach. Nie pytałam. Po trzydziestu ośmiu latach człowiek przestaje pytać.

- Mamo - Magda odchrząknęła w słuchawce. - Jestem w komitecie rodzicielskim od komunii. Zespół, który zaklepaliśmy, się wycofał. Ksiądz mówi, że jak wasz organista się zgodzi, to on nie ma nic przeciwko gościnnemu chórowi. Iga bardzo chce. No i... mama tak ładnie śpiewa.

Mama. Trzecia osoba. Coś mi się zacisnęło w gardle i tym razem nie wiedziałam, czy ze wzruszenia, czy ze złości.

- Musiałabym zapytać pana Jerzego - powiedziałam ostrożnie. - Nie wiem nawet, czy mamy wolne terminy w maju.

- Macie. Tata mówił, że tylko jedna sobota jest zajęta, bo jakiś ślub.

Cisza. W słuchawce słyszałam, jak Franek gaworzy coś do siebie.

- Tata mówił - powtórzyłam. - Kiedy?

- No... w czwartek. Jak przyszedł po Igę.

Nie pamiętam, czy się pożegnałam. Weszłam do pokoju. Zdzisiek siedział z pilotem w ręku i od razu wiedział. Poznałam po tym, jak odłożył pilota na oparcie wersalki - równiutko, jakby to miało jakieś znaczenie.

- Od kiedy?

- Od siódmego. Wtorki i czwartki - powiedział cicho. - Odbieram Igę o pierwszej, robię jej obiad u Magdy, odrabiamy lekcje. Ona by w tej świetlicy do piątej siedziała, Lusia. Dziewięć lat dziecko ma.

- A garaż?

- Poniedziałki i środy. - Wzruszył ramionami, a potem spojrzał na mnie tak, jak patrzył trzydzieści sześć lat temu, kiedy położna wyprosiła go z sali. - Nie mówiłem, bo byś pomyślała, że jestem przeciwko tobie. A ja nie jestem. Ty masz prawo do swojego. Tylko ktoś musiał.

„Ktoś musiał”. Usiadłam na brzegu wersalki. Brokat. Rosół jarzynowy. Cały styczeń siedziałam w tej ciszy jak w poczekalni, a oni - Magda, Zdzisiek, Iga - żyli dalej. Normalnie. Beze mnie. Kara była tylko dla mnie. Albo żadnej kary nie było, a ja sama ją sobie tak nazwałam.

Wieczorem zadzwoniłam do pana Jerzego. Zgodził się od razu, chór lubi śpiewać tam, gdzie go słuchają. Magdzie napisałam krótko: „Zaśpiewamy”. Odpisała po minucie. Trzy serduszka. Po miesiącu kropek - trzy serduszka.

Nikt nie wrócił do rozmowy ze świąt. Magda nie przeprosiła za styczeń, ja nie cofnęłam ani słowa. Franek chodzi do prywatnego żłobka, na który idzie pół jej pensji. Zdzisiek dalej odbiera Igę we wtorki i czwartki, tylko teraz mówi mi o tym przy śniadaniu, a ja pakuję mu dla niej drożdżówkę z kruszonką.

W piątek poszłam na próbę. Ćwiczyliśmy „Jezusa ukrytego” na komunię Igi. Pan Jerzy pochwalił mnie przy wszystkich. A ja stałam w drugim rzędzie altów i myślałam, że każdy dostał to, czego chciał: Magda ma chór, Iga ma dziadka, ja mam swoje piątki.

Tylko jednego do dziś nie umiem sobie rozstrzygnąć. Czy wtedy, w drugi dzień świąt, naprawdę powiedziałam „nie”? Czy tylko przerzuciłam swoje „tak” na Zdziśka - a potem przez miesiąc chodziłam obrażona na córkę za coś, co zrobiłam sama?

Ziemniaki tamtej niedzieli zostały w zlewie obrane do połowy. Zdzisiek dokończył je sam i nic nie powiedział. Jak zawsze.