Pięcioletnia wnuczka przyniosła z przedszkola rysunek „Dom moich marzeń”. Narysowała mój dom - ten, który z mężem budowaliśmy dwanaście lat. W oknach mama, tata i ona. Zapytałam, gdzie babcia. „Babcia wtedy będzie mieszkać w bloku. Mama tak mówi”
Rysunek przypięłam magnesem do lodówki, zanim jeszcze dobrze mu się przyjrzałam. Tak się robi z obrazkami wnuczek - najpierw na lodówkę, potem zachwyt. Dopiero kiedy nalałam Zuzi kompotu i odwróciłam się po herbatniki, zobaczyłam, że to mój dom. Spadzisty dach z czerwoną dachówką, okienko na poddaszu, krzywa brzoza przy furtce. Nawet balustradę tarasu narysowała w kratkę - dokładnie tak, jak ją Rysiek zespawał w dwa tysiące piątym.
- Dom moich marzeń - wyrecytowała z dumą napis, który wykaligrafowała jej pani w przedszkolu.
W trzech oknach stały trzy ludziki. Duży z kucykiem, duży z brodą i mały w różowej sukience. Czwarte okno, to od mojej sypialni, było puste.
- A gdzie babcia? - stuknęłam palcem w kartkę.
Zuzia wzruszyła ramionami, jakbym pytała, czy trawa jest zielona.
- Babcia wtedy będzie mieszkać w bloku. Mama tak mówi.
Powiedziałam „aha” i podałam jej herbatnika. Ręce miałam zupełnie spokojne. To mnie potem najbardziej przeraziło.
Ten dom w Masłowie pod Kielcami stawialiśmy kawałek po kawałku. Rysiek był elektrykiem w energetyce, po robocie jechał na budowę, ja po zmianie w aptece przy Sienkiewicza przywoziłam mu obiad w słoikach. Wakacji nad morzem nie było przez dwanaście lat. Były wylewki, tynki, kredyt na dach i kłótnie o kolor płytek w łazience. Wprowadziliśmy się, kiedy Agnieszka szła do liceum. Pamiętam, jak biegała po pustych pokojach i krzyczała, że wreszcie ma swój.
Trzy lata temu Rysiek zmarł. Zawał, w garażu, z wiertarką w ręku. Tego samego roku przeszłam na emeryturę. U notariusza wszystko poszło gładko - trzy czwarte domu moje, ćwierć Agnieszki, bo jest jedynaczką. Wtedy to była tylko formalność, podpis na papierze między jedną chusteczką a drugą.
Agnieszka z Pawłem mieszkają w dwóch pokojach na Ślichowicach, na kredyt. Oboje pracują do późna, więc trzy razy w tygodniu odbieram Zuzię z przedszkola i wiozę ją do siebie autobusem podmiejskim. Wieczorem córka przyjeżdża, zjada u mnie kolację na stojąco i pędzi dalej.
Tamtego wieczoru, kiedy już odjechały, usiadłam przy stole i zaczęłam sobie przypominać.
W lipcu Agnieszka zapytała, ile ekogroszku spalam przez zimę. W sierpniu Paweł wlazł na strych z miarką. „Patrzę, czy da się to ocieplić, mamo” - powiedział. We wrześniu córka poprosiła o kopię postanowienia spadkowego. „Paweł coś sprawdza w banku”. Nie pytałam, co sprawdza. Matka nie pyta. Matka podaje.
I był jeszcze styczeń. Niosłam worek opału z garażu do kotłowni, poślizgnęłam się na lodzie i leżałam przy schodkach dobre dziesięć minut, zanim dałam radę wstać. Złamany nadgarstek. Agnieszka płakała na SOR-ze tak, że pielęgniarka przyniosła jej wodę.
- Mamo, ja nie chcę drugi raz odbierać takiego telefonu jak wtedy, z tatą - powtarzała. - Rozumiesz? Nie chcę.
W niedzielę przyjechała sama. Położyłam rysunek na stole, obok sernika.
Zbladła. Najpierw spojrzała na puste okno, potem na mnie.
- Ona to słyszała? Boże… Mówiłam Pawłowi, żeby nie przy niej.
- Co nie przy niej, Aga?
Długo milczała. Kręciła łyżeczką w herbacie, w której nie było cukru.
- Chcieliśmy sprzedać mieszkanie - zaczęła wreszcie. - Spłacić kredyt. Z tego, co zostanie, i z tego, co Paweł dostał po ojcu, kupić ci kawalerkę. Na ciebie, mamo, nie na nas. A ty przepisałabyś nam swoją część domu. Wzięlibyśmy kredyt na ocieplenie i piec gazowy, bo ten twój kopci, jakby miał zaraz wybuchnąć.
- I kiedy zamierzałaś mi o tym powiedzieć?
- Jak wszystko będzie dopięte. Żebyś się nie denerwowała na zapas.
- Dopięte. Beze mnie.
Wyjęła telefon. Przesuwała zdjęcia drżącym palcem. Jasny pokój, aneks kuchenny, łazienka z prysznicem bez brodzika.
- Parter. Żadnych schodów. Przychodnia po drugiej stronie ulicy, Biedronka za rogiem. Ja już ci je znalazłam, mamo.
Już. To jedno słowo zabolało bardziej niż cała reszta.
- Na górze są dwa pokoje - powiedziałam cicho. - Mogłabym zamieszkać z wami. Pomagałabym przy Zuzi.
Agnieszka spuściła głowę. Kiedy ją podniosła, miała oczy jak wtedy na SOR-ze.
- Mamo… my też chcemy mieć wreszcie swój dom. Taki, jak wy mieliście. Sami. Czy to coś złego?
Nie odpowiedziałam. Bo nie wiedziałam, co jest prawdą.
W środę pojechałam z nią obejrzeć to mieszkanie. Blok po termomodernizacji, kremowa elewacja, na balkonach skrzynki z pelargoniami. W środku było ciepło. Nikt nie nosił worków. Sąsiadka z naprzeciwka wyszła z kotem na rękach i zapytała, czy się wprowadzam, bo „przyda się tu ktoś normalny”. Stałam przy oknie i złapałam się na tym, że mi się podoba.
I to było najgorsze.
Jeszcze nic nie podpisałam. Znajoma z apteki mówi: „Lucyna, za życia niczego nie oddawaj, bo potem będziesz prosić o własną herbatę”. Siostra mówi, że Agnieszka ma rację i że uparta baba w wielkim domu to tylko kłopot dla dzieci. Obie mnie kochają. Obie są pewne swego.
Agnieszka powiedziała, że mam czas do wiosny.
W zeszłym tygodniu Zuzia przyniosła mi nowy rysunek. Blok, jedno okno, a w nim ja - uśmiechnięta, z kotem na rękach. O kocie Zuzia wiedziała od mamy. Powiesiłam go na lodówce obok tamtego. Codziennie rano patrzę na oba i nie umiem zdecydować, na którym wyglądam na szczęśliwszą.