Czternastą emeryturę odkładam co roku na Licheń z koleżankami z koła. W tym roku córka zapytała, czy "skoro i tak przyszła czternastka", nie dołożyłabym się do raty za ich nowe auto. "Przecież też nim jeździsz, mamo - do lekarza".

- Mamo, skoro i tak przyszła ci czternastka, to może byś się dołożyła do raty? Przecież też nim jeździsz. Do lekarza.

Magda powiedziała to przy zlewie, odwrócona do mnie plecami, szorując garnek po bigosie, który nie wymagał już szorowania. Grzesiek akurat wyszedł z dziećmi na podwórko, telewizor w pokoju mruczał coś o pogodzie na wrzesień. Ja siedziałam przy stole z kopertą od Halinki w torebce. W kopercie była lista zapisów na Licheń i moje nazwisko, wpisane jako trzecie, jak co roku.

- Do lekarza - powtórzyłam.

- No do kardiologa, do Torunia. I wtedy do okulisty. - Magda wciąż nie odwracała głowy. - Ja nie mówię, że całą. Ale ta rata nas zjada, mamo.

Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na jej plecy w tej szarej bluzce z marketu, na kucyk związany byle jak gumką do włosów, i myślałam tylko o tym, że od pięciu lat w każdym wrześniu jadę z dziewczynami z koła różańcowego autokarem spod kościoła na Zazamczu. Że to jedyne dwa dni w roku, kiedy nikt nic ode mnie nie chce.

- Pomyślę - powiedziałam w końcu. I sama się zdziwiłam, jak sucho to zabrzmiało.

W autobusie do domu ściskałam torebkę na kolanach. Czternastka przyszła razem z emeryturą pod koniec sierpnia. Odkąd zmarł Zbyszek, moja emerytura ledwo starczała na rachunki i leki, a to, co zostawało, rozchodziło się na wnuki - buty dla Kuby, wycieczka szkolna Zuzi, kurtka na zimę.

Czternastka była jedynymi pieniędzmi, o których od początku wiedziałam, na co pójdą. Czterysta pięćdziesiąt złotych za wyjazd, nocleg w domu pielgrzyma, obiad, reszta na świece, na różaniec dla sąsiadki, na kremówki w drodze powrotnej.

Wieczorem zadzwoniła Halinka.

- Danusia, zaliczkę do piętnastego. Mam cię wpisać na pewno, czy coś się dzieje? Głos masz jakiś taki...

- Nic się nie dzieje. Wpisz.

Odłożyłam słuchawkę i siedziałam w kuchni po ciemku. Na lodówce wisiał rysunek Zuzi - babcia i ona pod drzewem, babcia ma fioletowe włosy, bo tak jej się podobało. Trzydzieści osiem lat przepracowałam w zakładach we Włocławku, ostatnie dwanaście jako szefowa zmiany. Umiałam powiedzieć "nie" chłopom dwa razy większym ode mnie. Własnej córce nie umiałam.

Bo przecież miała rację. Jeździłam tym samochodem. Kiedy w marcu dostałam skierowanie do kardiologa, Magda wzięła wolne i zawiozła mnie do Torunia. W maju do okulisty, w lipcu na badania do szpitala na Wienieckiej, bo autobusem z przesiadką nie dałabym rady na czczo.

Wtedy przypomniało mi się coś, co mnie zabolało bardziej niż ta rata.

Za każdym razem wyciągałam portfel. Za każdym razem. "Magda, weź chociaż na paliwo". A ona machała ręką. "Mamo, daj spokój, przecież to po drodze". Raz nawet się obraziła, że ją traktuję jak taksówkarza. Schowałam wtedy te pięćdziesiąt złotych z powrotem i było mi głupio.

A teraz te same kursy, za które nie chciała ani grosza, wróciły do mnie jak rachunek. Z odsetkami.

Nie spałam pół nocy. Rano wiedziałam już, że muszę z nią pogadać, ale nie przez telefon.

Przyszłam w czwartek po południu, kiedy Grzesiek był na zmianie. Magda otworzyła drzwi w fartuchu, z Zuzią uwieszoną u nogi. W przedpokoju stały buty, których nie znałam - nowe, dziecięce, jeszcze z metką.

- Zuziu, idź do pokoju, babcia z mamą muszą porozmawiać.

Usiadłyśmy w kuchni. Magda nalała herbaty, wrzuciła mi plasterek cytryny, jak zawsze, i to mnie prawie rozbroiło.

- Magda, ile razy chciałam ci dać na paliwo?

Spojrzała na mnie, jakby nie rozumiała pytania.

- No... kilka razy.

- Za każdym razem. I za każdym razem nie brałaś. Mówiłaś, że po drodze. Że nie jesteś taksówką.

- Mamo...

- To ja teraz nie rozumiem. Bo jak mi mówisz "przecież też nim jeździsz", to tak, jakbym była ci winna za te wszystkie razy. A ja chciałam płacić. Ty nie chciałaś.

Zrobiło się cicho. Słychać było tylko, jak w pokoju Zuzia przestawia klocki. Magda obracała kubek w dłoniach, aż herbata chlupnęła na ceratę. Wtedy zobaczyłam, że jej ręce się trzęsą.

- To nie ja wymyśliłam z tym lekarzem - powiedziała w końcu bardzo cicho. - To znaczy ja. Ale nie tak. Grześkowi zabrali nadgodziny od lipca. Stary golf się rozsypał, mechanik powiedział, że szkoda pieniędzy. Wzięliśmy na raty, bo bez samochodu Grzesiek nie dojedzie na szóstą do pracy, a ja nie dojadę z tobą nigdzie. Policzyłam wszystko na kartce. I wyszło mi, że nie wychodzi. - Przełknęła ślinę. - Nie umiałam cię po prostu poprosić. Wstydziłam się, mamo. Czterdzieści jeden lat i proszę matkę o pieniądze. To sobie powiedziałam, że to nie prośba. Że to jakby uczciwie, skoro jeździsz.

Patrzyłam na nią i widziałam nie dorosłą kobietę z dwójką dzieci, tylko dziewczynkę, która w trzeciej klasie zgubiła pieniądze na obiady i przez tydzień jadła tylko kanapki, żeby się nie przyznać.

- I nikt ci nie pomoże - dodała. - Bo w sklepie mogłabym brać soboty, kierowniczka by dała. Ale kto mi weźmie Zuzię i Kubę? Grzesiek w soboty też teraz jeździ na fuchy.

Siedziałyśmy tak długo. Herbata wystygła.

Do Lichenia pojechałam. Zaliczkę oddałam Halince piętnastego, tak jak co roku. W autokarze Halinka częstowała wszystkich krówkami, Bożenka z naszego bloku jak zwykle zasnęła przed Brześciem Kujawskim, a ja patrzyłam przez okno na żółknące już pola i nie czułam się winna. Trochę mnie to nawet zaskoczyło.

W bazylice zapaliłam dwie świeczki. Jedną za Zbyszka. Drugą za Magdę, żeby jej było lżej.

W niedzielę wieczorem, jak tylko wróciłam, poszłam prosto do nich z torbą pełną obwarzanków dla dzieci.

- Nie dołożę się do raty - powiedziałam od progu, zanim zdążyłam się rozmyślić. - Ale w soboty będę u was od siódmej. Bierz te zmiany. Zuzia i Kuba będą ze mną.

Magda stała w przedpokoju i nic nie mówiła. A potem się rozpłakała, tak zwyczajnie, jak dawniej, kiedy była mała, i oparła mi czoło o ramię.

- A na paliwo do Torunia - dodałam - od teraz bierzesz. Bez gadania.

Zaśmiała się przez łzy. Pierwszy raz od tamtej niedzieli przy zlewie.

Sobotnie zmiany w sklepie dały jej więcej, niż wyniosłaby moja czternastka. Policzyła to potem na tej samej kartce, na której wcześniej nic jej nie wychodziło. Pokazała mi ją przy herbacie, trochę z dumą, trochę ze wstydem.

A ja co sobotę o siódmej rano stoję pod ich klatką z siatką bułek. Zuzia czeka już w oknie na drugim piętrze i macha mi obiema rękami.

Niektórych rzeczy nie da się dołożyć do raty. Ale można je dać w soboty.