Mąż odchodząc zostawił mi sad pod Grójcem - "sama nie dasz rady, sprzedaj sąsiadowi, póki daje cokolwiek". Zostałam, kupiłam prasę, od trzech lat tłoczę sok. W sierpniu na targu w Grójcu podszedł z nową żoną do mojego stoiska i zapytał: "A dla rodziny jest rabat?".
- A dla rodziny jest rabat?
Nalewałam akurat próbkę do plastikowego kubeczka dla starszego pana w kaszkiecie i sok poleciał mi po palcach. Znałam ten głos. Przez trzydzieści dwa lata budził mnie o czwartej nad ranem jednym zdaniem: "Jola, przymrozek idzie, wstawaj, palimy".
Mirek stał przed moim stoiskiem w jasnej koszuli w kratkę, której nie znałam, i uśmiechał się tym swoim półuśmiechem, który zawsze miał udawać żart. Obok niego Agnieszka. Jego żona. Od roku już nie "ta z biura w chłodni", tylko żona - z obrączką i z siatką pełną malinowych pomidorów.
Starszy pan wypił, mruknął "dobry, kwaśny, taki jak trzeba" i odszedł. Zostaliśmy we troje nad stołem, na którym stały kartony z napisem, który moja córka Magda zaprojektowała na komputerze w Warszawie: "Sok z Sadu Joli. Tłoczony, nie z koncentratu".
Wytarłam ręce w fartuch. Powoli. Każdy palec osobno.
Bo w tej jednej sekundzie zobaczyłam tamten marcowy poranek sprzed trzech lat. Mirek pakował do passata ostatnie kartony - swoje wędki, swoje narzędzia, nawet ten durny kubek z napisem "Najlepszy sadownik w gminie", który mu kupiłam na pięćdziesiątkę. Ja stałam na ganku w kurtce narzuconej na koszulę nocną.
- Jola, ja ci dobrze radzę - powiedział wtedy, nie patrząc na mnie. - Sama nie dasz rady. Sprzedaj Kowalczykowi, póki daje cokolwiek. Za rok te drzewa będą warte tyle, co na opał.
Nie wiedziałam, czy bardziej boli mnie to, że odchodzi, czy to, że jest tak pewny mojej porażki.
Przy podziale majątku u notariusza wziął samochód, połowę oszczędności i ani słowa nie powiedział, kiedy sad z domkiem zapisano na mnie. Myślał, że robi mi uprzejmość. Albo że zrzuca sobie kamień z szyi.
Piąty rok jabłka do skupu szły za grosze, w dziewiętnastym przymrozek wybił nam cały kwiat, a kredyt na deszczownię spłacaliśmy jeszcze z poprzedniego zbioru. On miał tego dosyć. A w biurze chłodni siedziała kobieta, która nie pachniała opryskami i nie pytała o pieniądze.
Tamtej pierwszej jesieni zrobiłam dokładnie to, co mówił. Prawie. Zebrałam z sąsiadami, ile się dało, i zawiozłam do skupu. Pan na wadze podał mi kwit, a ja, księgowa od dwudziestu lat, przeliczyłam to w głowie jeszcze zanim wsiadłam do auta. Za całą przyczepę nie starczyłoby na zimowy opał.
Siedziałam potem w kuchni nad zeszytem do drugiej w nocy. Liczyłam ceny skrzynek, prądu, wynajmu tłoczni, kartonów z workiem. Liczyłam, ile litrów wychodzi z kilograma. Liczyłam, ile ludzie dają za prawdziwy sok w Warszawie, bo Magda przysłała mi zdjęcia z jakiegoś bazarku na Mokotowie. I pierwszy raz od odejścia Mirka coś mi się zgodziło.
Wzięłam kredyt - czterdzieści dwa tysiące na używaną prasę taśmową, pasteryzator i nalewarkę. Przez dwa miesiące chodziłam do sanepidu jak do kościoła. Przerobiłam starą przechowalnię, wyłożyłam ją płytkami, które sama fugowałam wieczorami, aż mi palce pękały.
Kowalczyk przychodził trzy razy. Za pierwszym razem z ofertą. Za drugim z ofertą o trochę lepszą. Za trzecim z butelką nalewki i słowami:
- Pani Jolu, ja nie chcę pani skrzywdzić. Ja chcę, żeby pani nie zginęła w tym sadzie jak mój ojciec.
I wiedziałam, że mówi szczerze. Tylko że ja już nie umiałam zginąć. Za dużo kartonów stało w przechowalni.
Pierwszego roku sprzedawałam z bagażnika pod kościołem. Drugiego miałam stałe miejsce na targu w Grójcu i trzy sklepy w Warszawie. Trzeciego musiałam przyjąć na sezon dwóch chłopaków od sąsiadów, bo sama już nie nadążałam z tłoczeniem.
A teraz Mirek stał przed moim stołem i pytał o rabat.
- Dla rodziny był rabat - powiedziałam w końcu. Głos miałam spokojny, sama się zdziwiłam. - Przez trzydzieści dwa lata. Sto procent.
Agnieszka zrobiła się czerwona aż po szyję. Szarpnęła go lekko za rękaw.
- Mirek, chodźmy.
- No co ty, Jola, żartowałem przecież - zaśmiał się, ale za krótko. I wtedy zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam. Wyjął portfel i zaczął przeliczać banknoty. Dokładnie. Tak jak ja w kuchni nad zeszytem. Tak jak liczy człowiek, któremu się nie zgadza.
Agnieszka wyciągnęła kartę, zanim skończył.
- Dwa kartony. Jabłko z aronią - powiedziała do mnie cicho, a kiedy terminal zapiszczał, dodała jeszcze ciszej: - Ja ten sok kupuję od roku. W sklepie na Mogilnej. On nie wiedział, że to pani.
Mirek spojrzał na nią, potem na karton, na napis "Sad Joli", i po raz pierwszy od trzech lat nie miał nic do powiedzenia.
Odeszli między stoiskami z rozsadą. Patrzyłam za nimi i czekałam na to uczucie, które według wszystkich seriali powinno przyjść. Triumf. Satysfakcja. Nic takiego nie przyszło. Było mi po prostu dziwnie ciężko w piersi.
Wieczorem przy płocie zatrzymał się Kowalczyk. Zapytał, jak targ, pochwalił aronię, a potem, jakby od niechcenia, powiedział:
- Mirek u mnie jeździ od wiosny. Ciężarówką, z chłodni na giełdę do Bronisz. Ta jego firma transportowa padła w zimie, nie wiedziała pani?
Nie wiedziałam. Nikt mi nie powiedział. I nagle tamto pytanie przy stoisku zabrzmiało inaczej. Pół żartem, pół wstydem. Pół na pokaz przed żoną, pół naprawdę.
Mężczyzna, który trzy lata temu wiedział najlepiej, że sama nie dam rady, jeździł teraz ciężarówką dla sąsiada, któremu kazał mi sprzedać ziemię.
We wrześniu, w środku zbioru ligoli, zobaczyłam białą ciężarówkę Kowalczyka zaparkowaną na poboczu przy moim sadzie. Silnik zgaszony. Mirek siedział w kabinie i patrzył na trzy pierwsze rzędy od drogi. Te, które sadziliśmy razem w dziewięćdziesiątym szóstym, kiedy Magda miała dwa lata i spała w wózku między pniakami.
Wzięłam z przechowalni karton. Szłam do niego dłużej, niż było trzeba.
Opuścił szybę. Nie powiedział "dzień dobry". Ja też nie.
- Nie dam ci rabatu - powiedziałam.
- Wiem.
- To nie rabat. - Postawiłam karton na stopniu kabiny. - Te trzy rzędy sadziłeś ty. Ja ich tylko nie sprzedałam.
Długo milczał. Ręce trzymał na kierownicy, tak samo jak kiedyś trzymał je na kierownicy ciągnika - mocno, jakby się bał, że coś mu ucieknie.
- Wiesz, że ja wtedy nie o tobie mówiłem? - odezwał się w końcu. - "Sama nie dasz rady". To ja nie dawałem rady, Jola. Ze wszystkim. Łatwiej było powiedzieć, że ty nie dasz.
Nie odpowiedziałam. Nie miałam na to odpowiedzi ani wtedy, ani teraz. Zabrał karton, odpalił silnik i odjechał w stronę Grójca.
Wieczorem wpisywałam do zeszytu dzienną sprzedaż. Ten jeden karton zostawiłam niezapisany. Każda księgowa wie, że są rzeczy, których się nie księguje.