Od września w czwartki po szkole przychodzą do mnie trzy dziewczynki z bloku - uczę je szydełkować, jak kiedyś córkę. Wczoraj zadzwoniła mama jednej z nich: Ola zrobiła na Dzień Babci serwetkę i chciałaby, żebym przyszła na akademię, "bo pani też jest trochę jej babcią"

- Pani Lucyno, ja wiem, że to głupio brzmi. Ale ona to sama wymyśliła, słowo daję, ja nic nie podpowiadałam.

Stałam w przedpokoju w jednym kapciu, bo drugi zgubiłam gdzieś między łazienką a telefonem, i nie umiałam wydusić z siebie ani słowa. Karolina, mama Oli z czwartej klatki, mówiła szybko, jakby się bała, że jej przerwę i odmówię, zanim skończy.

- Zrobiła serwetkę. Tę z pani wzoru, z tymi łuczkami na brzegu. Pruła ją chyba pięć razy, płakała mi nad nią w łazience. I powiedziała, że da ją pani. Na akademii. Bo pani też jest trochę jej babcią. Tak dokładnie powiedziała.

- Karolinko... - zaczęłam i urwałam.

- Pani nie musi, ja rozumiem. To w środę o czwartej, w sali gimnastycznej. Ja i tak jestem w pracy do szóstej, nie zwolnią mnie. Gdyby pani jednak mogła...

Kiedy się rozłączyła, odłożyłam telefon na szafkę i dalej stałam. Z pokoju dochodził głos spikera z wiadomości.

- Kto dzwonił? - zawołał Jerzy.

- Mama Oli.

- Coś się stało?

Stało się. Tylko nie potrafiłam powiedzieć, co.

Wszystko zaczęło się we wrześniu, od ławki pod blokiem. Siedziałam tam z kordonkiem, bo w domu po emeryturze ściany mnie dusiły. Trzydzieści siedem lat przepracowałam w zakładach dziewiarskich na Widzewie, ostatnie dwadzieścia jako szefowa zmiany. Do dziś po dźwięku maszyny poznałabym, że gdzieś puściło oczko. A tu nagle cisza, mieszkanie, Jerzy z gazetą i ja z szydełkiem, robiąca serwetki dla nikogo.

- Pani, a co pani robi? - zapytała chuda dziewczynka z różowym plecakiem.

Za nią stały dwie kolejne. Tak poznałam Olę, Zuzię i Lenkę. Tydzień później mamy przyszły zapytać, czy to nie kłopot. Nie był. Czwartki, od wpół do piątej do szóstej, przy moim stole w kuchni, z herbatą z cytryną i ciastkami, które Jerzy niby kupował dla siebie.

Ola była najwolniejsza i najbardziej uparta. Na pierwsze zajęcia przyniosła szydełko w etui na okulary.

- To po babci Halince - powiedziała poważnie. - Babcia umarła, jak byłam w zerówce. Mama mówi, że babcia też umiała.

Trzymała je krzywo, od góry, całą piąstką. Dokładnie tak samo jak Magda, kiedy miała dziewięć lat.

I tu jest cała rzecz. Bo za szybą w meblościance, między kryształowym wazonem a zdjęciem z komunii, leży serwetka mojej córki. Pierwsza, jaką zrobiła. Krzywa jak ścieżka po deszczu, z jednym łuczkiem mniej, bo zgubiła oczko i nie chciała pruć. Trzymam ją tam od trzydziestu dwóch lat.

Magda ma teraz czterdzieści jeden lat, mieszka we Wrocławiu z Pawłem i dzieci nie mają. Przez długi czas o to pytałam. Delikatnie, jak mi się wydawało. Przy wigilijnym stole, przy pierogach, przy pakowaniu słoików na drogę. Aż pięć lat temu, w kuchni, kiedy wycierałyśmy talerze, odłożyła ścierkę i powiedziała bardzo spokojnie:

- Mamo, nie będzie. Lekarze powiedzieli wszystko, co mieli do powiedzenia. Nie pytaj mnie więcej. Proszę cię.

Nie pytałam. Ale coś się wtedy zamknęło. Przyjeżdżała na święta, dzwoniła w niedziele, rozmowy trwały po kwadrans. Pogoda, praca, zdrowie taty. Nic więcej.

Więc jak miałam teraz pójść na akademię z okazji Dnia Babci? Usiąść między prawdziwymi babciami i odebrać serwetkę od cudzego dziecka? To było tak, jakbym za plecami własnej córki wzięła sobie coś, czego ona mi dać nie mogła.

Powiedziałam to Jerzemu wieczorem, w łóżku, przy zgaszonym świetle. Długo milczał.

- Lucyna - odezwał się w końcu. - A ty się boisz, że Magdzie będzie przykro? Czy że się dowie, że ty możesz być szczęśliwa bez tego, na co od niej czekałaś?

Nie odpowiedziałam. Leżałam do trzeciej i patrzyłam w sufit.

W niedzielę zadzwoniłam do Magdy sama, nie czekając jak zwykle na jej telefon. Pogoda, praca, zdrowie taty. A potem, zanim zdążyłam stchórzyć, opowiedziałam wszystko. O ławce, o czwartkach, o szydełku babci Halinki. O tym, co powiedziała Ola.

W słuchawce zrobiło się cicho. Tak cicho, że słyszałam, jak u niej w kuchni kapie kran.

- Magda?

- Jestem, mamo. - Głos jej się łamał. - Wiesz, czemu ja tak rzadko przyjeżdżam?

- Bo cię zraniłam tym pytaniem.

- Nie. To znaczy, też. Ale głównie dlatego, że widziałam, jak na mnie patrzysz. Jakbym ci coś zabrała. I myślałam, że ty mi tego nigdy nie wybaczysz. Że zawsze będę tą córką, przez którą nie jesteś babcią.

Usiadłam na taborecie, bo nogi się pode mną ugięły.

- Dziecko, ja nigdy... - zaczęłam, ale nie dokończyłam, bo nie byłam pewna, czy to prawda. Może patrzyłam. Może nie umiałam inaczej.

- Idź na tę akademię - powiedziała Magda. - Tylko zrób zdjęcie. I mi przyślij. Dobrze?

- Dobrze.

- A ta Ola... trzyma szydełko tak jak ja kiedyś? Od góry?

- Tak samo. Całą piąstką.

Roześmiała się. I zaraz potem rozpłakała. Ja razem z nią, każda w swoim mieście, przy swoim kranie.

W środę w sali gimnastycznej pachniało pastą do podłóg i mandarynkami. Na ławkach pod drabinkami siedziały babcie w odświętnych bluzkach, niektóre z dziadkami, inne z telefonami w gotowości. Usiadłam na samym końcu, z torebką na kolanach, czując się jak ktoś, kto wszedł na cudze wesele.

- A pani czyja? - zapytała kobieta obok.

- Oli. Tej z drugiej "b".

- A, tej, co babcia Halinka zmarła? - Pokiwała głową. - Znałam Halinkę z przychodni. Dobrze, że ktoś przyszedł. Dziecko nie powinno stać samo.

Dzieci śpiewały, recytowały wierszyki, jedno się pomyliło i cała sala się roześmiała. A potem Ola wyszła z szeregu z czymś białym w rękach, rozejrzała się po sali, znalazła mnie i ruszyła przez sam środek, nie zważając na panią wychowawczynię.

Serwetka była krzywa. Na brzegu brakowało jednego łuczka, bo zgubiła oczko i nie chciała pruć szósty raz. Zobaczyłam to od razu. Nic nie powiedziałam.

- Wszystkiego najlepszego - wyrecytowała i zaraz dodała już normalnie: - Wiem, że jednego brakuje. Ale reszta jest dobrze, prawda?

- Reszta jest najpiękniejsza, jaką widziałam - odpowiedziałam. I nie kłamałam, bo widziałam już kiedyś taką samą.

Zdjęcie wysłałam Magdzie jeszcze w szatni. Odpisała wieczorem: "Krzywa jak moja. Piękna". A pół godziny później przyszła druga wiadomość: "Mamo, biorę urlop w lutym. Mogę przyjechać na czwartek? Zapomniałam ten ścieg z łuczkami".

Przyjechała. Siedziałyśmy we cztery wokół mojego kuchennego stołu, a raczej we pięć, bo Magda zajęła miejsce obok Oli i od razu chwyciła szydełko od góry, całą piąstką. Ola patrzyła na nią podejrzliwie przez dobre dziesięć minut.

- To pani jest ta córka od krzywej serwetki? - zapytała w końcu.

- Ta sama - powiedziała Magda. - Pokażesz mi, jak się robi łuczki? Mama mówi, że ty już umiesz.

Nie wszystko się między nami zrosło. Magda dalej nie mówi o tym, o czym nie chce mówić, a ja uczę się nie pytać. Ale dzwoni teraz częściej niż w niedziele. Pyta o dziewczynki. Ostatnio przysłała paczkę kordonku "dla Oli, w kolorze, który lubi".

Serwetka Oli leży teraz w meblościance, obok tamtej sprzed trzydziestu dwóch lat. Obie krzywe. Obie z jednym łuczkiem mniej. Obie moje.