Brat założył mamie wideodomofon z kamerą, "żeby widziała, kto dzwoni". W niedzielę przyjechałam z rosołem i mama nie otworzyła. Wieczorem zadzwoniła z telefonu sąsiadki: "Piotrek pokazał mi w telefonie, ile razy byłaś w tym miesiącu. Mówi, że przyjeżdżasz tylko po mieszkanie".
Nacisnęłam przycisk trzeci raz i zobaczyłam, jak nad klawiaturą mruga małe niebieskie oczko kamery. Słoik z rosołem grzał mi dłonie przez reklamówkę. Na czwartym piętrze, w kuchennym oknie mamy, paliło się światło.
- Mamo, to ja, Jola - powiedziałam do głośniczka, jakby to cokolwiek zmieniało.
Coś zatrzeszczało, jakby ktoś po drugiej stronie podniósł słuchawkę. I znowu cisza.
Zadzwoniłam na komórkę. Sygnał, sygnał, automatyczna pani z pocztą głosową. Mama nigdy nie nagrała własnej wiadomości, mówiła, że nie będzie gadać do maszyny. Stałam pod blokiem na Tysiącleciu dobre dwadzieścia minut. Pani Basia z parteru wyjrzała zza firanki, kiwnęła mi głową i szybko zniknęła. I wtedy pierwszy raz poczułam w żołądku zimno. Basia zawsze wychodziła pogadać. Zawsze.
Wróciłam do domu z tym rosołem. Andrzej spojrzał na słoik, potem na mnie i nic nie powiedział. Trzydzieści dwa lata małżeństwa uczą, kiedy nie pytać.
Telefon zadzwonił po dziewiątej. Numer, którego nie znałam.
- Jolu, to ja - szepnęła mama, jakby ktoś stał jej za plecami. - Dzwonię od Basi. Nie gniewaj się, córcia.
- Mamo, co się stało? Stałam pod drzwiami pół godziny!
- Wiem. Widziałam cię na tym ekraniku. - Zamilkła. - Piotrek pokazał mi w telefonie, ile razy byłaś w tym miesiącu. Mówi, że przyjeżdżasz tylko po mieszkanie.
- Co?!
- Jedenaście razy, Jolu. On ma to wszystko zapisane. Godziny, wszystko.
- A czemu dzwonisz od Basi, a nie ze swojego?
- Bo Piotruś mi płaci abonament. I mówił, że w internecie widzi, do kogo dzwonię.
Odłożyłam telefon na stół i długo patrzyłam na ceratę w cytryny, którą sama kiedyś mamie kupiłam, a potem zabrałam, bo mama wolała obrus.
Jedenaście razy. Nawet nie musiałam liczyć, wiedziałam, że się zgadza.
Piotrek jest ode mnie młodszy o cztery lata. Jeździ tirem - Hiszpania, Niemcy, Belgia, trzy tygodnie w trasie, tydzień w Częstochowie. Po rozwodzie z Iwoną wynajął kawalerkę na Północy, taką, w której właściciel nie pozwala wbić nawet gwoździa pod obrazek. W lipcu przywiózł mamie ten wideodomofon. Sam przykręcał, sam podłączał, dumny jak chłopak.
- Mama widzi, kto dzwoni, a ja widzę w aplikacji. Będę spokojniejszy na trasie - tłumaczył mi wtedy.
Byłam mu wdzięczna. Naprawdę.
A w sierpniu weszłam do mamy i od progu poczułam gaz. Palnik odkręcony, bez płomienia. Mama spokojnie oglądała teleturniej w pokoju. Na lodówce stało pudełko na tabletki z dniami tygodnia - wtorek i środa pełne, a był piątek.
- Tylko nie mów Piotrusiowi - prosiła, kiedy otwierałam wszystkie okna. - On tam jeździ po tych górach, jeszcze się rozproszy.
Nie powiedziałam. Bo co by zrobił z drugiego końca Europy? Rzucił robotę? Trzymał się jej jak liny, odkąd stracił prawie wszystko inne. Więc zaczęłam jeździć do mamy co drugi, co trzeci dzień. Po pracy w biurze rachunkowym, w soboty, w niedziele. Wykładałam tabletki, sprawdzałam kuchenkę, gotowałam na zapas.
Tyle że była jeszcze Wigilia. Zeszłoroczna. Ola, moja córka, była wtedy w szóstym miesiącu i mieszkała z mężem u teściów w jednym pokoju. Przy barszczu nie wytrzymałam.
- Mamo, ty masz trzy pokoje, a twoja prawnuczka będzie się gnieździć u obcych.
Piotrek odłożył łyżkę.
- A ja to gdzie mieszkam, Jola? W pałacu?
Mama szybko podsunęła mu uszka, ktoś zaczął mówić o pogodzie i myślałam, że to minęło. Nie minęło. Leżało w nim prawie rok, a potem dostało dowody - jedenaście nagrań z klatki schodowej.
W poniedziałek dzwoniłam do brata cztery razy. Nie odebrał. Wieczorem przyszedł SMS: "Jestem w trasie. Nie musisz się tłumaczyć. Pamiętam Wigilię".
W środę pojechałam znowu. Nie liczyłam, że mama otworzy. Stanęłam przed tym niebieskim oczkiem, poprawiłam szalik i wiedziałam już, że mówię nie do niej.
- Piotrek. Wiem, że to obejrzysz. W sierpniu mama zostawiła odkręcony gaz. Od tamtej pory pilnuję jej tabletek, bo zapomina. Dlatego tu przyjeżdżam. Prosiła, żebym ci nie mówiła, a ja posłuchałam, bo myślałam, że cię chronię. - Głos mi się złamał. - Nie chcę tego mieszkania. Chcę, żeby mama brała leki.
Słoik zostawiłam u Basi. Odebrała go ode mnie bez słowa i dopiero w drzwiach szepnęła:
- Mama mnie prosiła, żebym do pani nie wychodziła. Mnie też było wstyd.
Na przystanku zadzwonił telefon. Piotrek.
- Gaz? - zapytał zamiast dzień dobry. W tle szumiała autostrada.
- Gaz.
- I mi nie powiedziałaś.
- A co byś zrobił? Zjechał spod Antwerpii?
Długo milczał. Myślałam, że się rozłączył.
- Wiesz, gdzie ja teraz stoję? Na parkingu pod Kolonią. Co wieczór leżę w kabinie i otwieram tę aplikację. Patrzę na klatkę mamy. Na te drzwi z poprawionym kodem. To jest jedyne miejsce, które mi jeszcze wygląda na dom. - Odchrząknął. - I jak cię tam widziałem co drugi dzień, po tej Wigilii... Pomyślałem, że już sobie wszystko urządzasz. A ja tylko patrzę przez szybkę.
- Piotrek, przy tamtym barszczu powiedziałam głupotę. Przepraszam.
- Ja mamie powiedziałem gorszą - odpowiedział cicho.
Pierwszego listopada staliśmy we trójkę nad grobem taty na Kulach. Piotrek zjechał z trasy dzień wcześniej, nieogolony, w kurtce, która pachniała olejem napędowym. Mama stała między nami i zapalała znicz zapałkami, bo zapalniczkom nie ufała.
A potem wyjęła z torebki złożoną kartkę.
- W maju byłam u notariusza na Alejach. Testament. Po połowie, żebyście się nie kłócili. - Spojrzała najpierw na niego, potem na mnie. - A dopóki żyję, mieszkanie jest moje i nikt go nie będzie dzielił przy barszczu.
- Mamo, czemu nic nie mówiłaś? - zapytał Piotrek.
- Bo nikt nie pytał. I nie chciałam, żebyście myśleli, że ja się już na tamten świat szykuję.
Staliśmy tak, a wokół nas szeleściły liście i ktoś obok zmieniał wkład w zniczu. Piotrek pierwszy wyciągnął do mnie rękę. Niezgrabnie, jak w dzieciństwie, kiedy mama kazała nam się godzić po bójce o rower.
Jeszcze tego samego wieczoru dodał mnie do aplikacji. Teraz oboje widzimy tę samą klatkę. Ustaliliśmy prosto: on dzwoni do mamy codziennie o ósmej rano, z każdego parkingu w Europie, i pyta, czy wzięła tabletki. Ja jeżdżę w środy i w niedziele. W grudniu Piotrek bierze tydzień wolnego i przemaluje mamie kuchnię.
W niedzielę nie zdążyłam nawet dotknąć przycisku. Brzęczyk odezwał się sam, a z głośnika usłyszałam mamę:
- Wchodź, Jolu. Piotruś dzwonił, że cię widzi na ekranie i że niesiesz rosół.
Niebieskie oczko kamery dalej mruga nad klawiaturą. Tylko że teraz ktoś po drugiej stronie na mnie czeka, a nie mnie liczy.