Mąż od dziewięciu lat od poniedziałku do piątku pracował w Warszawie i wynajmował pokój u starszej pani na Bródnie. Po pogrzebie zadzwoniłam do niej, żeby umówić się po jego rzeczy. "Przecież żona już wszystko zabrała, w sobotę, zaraz po pogrzebie".
- Przecież żona już wszystko zabrała, pani kochana. W sobotę, zaraz po pogrzebie.
Stałam na zapleczu sklepu, między belami firan, z telefonem przy uchu i kubkiem herbaty, który stygł mi w drugiej ręce. Pani Henryka miała osiemdziesiąt trzy lata i słabo słyszała, więc pomyślałam, że coś jej się pomieszało. Ludzie, dni, numery.
- Pani Henryko, to ja jestem żoną. Halina. Żona Romana.
Po drugiej stronie zrobiło się cicho. Słyszałam tylko, jak gdzieś u niej w pokoju tyka zegar.
- Jak to... - odezwała się w końcu. - To kim była ta pani z kluczem?
Odstawiłam kubek na karton z pościelą, bo bałam się, że go upuszczę.
Roman umarł dwa tygodnie wcześniej, we wtorek, na budowie na Żeraniu. Prowadził tam instalacje, jak przez ostatnie dziewięć lat na różnych warszawskich budowach. Zadzwonił do mnie Wiesiek, jego kolega z brygady. Powiedział, że Romek usiadł na skrzynce z kablami, powiedział, że mu słabo, i już nie wstał. Karetka przyjechała szybko, ale nic nie dało się zrobić. Udar. Pięćdziesiąt dziewięć lat.
Ze szpitala oddali mi foliowy worek: portfel, zegarek, klucze, telefon. Telefon był na kod, którego nie znałam. Próbowałam datę ślubu, urodziny Moniki, urodziny wnuków. Nic. Odłożyłam go do szuflady i pomyślałam, że kiedyś pójdę z nim do punktu. Pochowaliśmy go w piątek na Cedzynie, pod Kielcami, a w poniedziałek zadzwoniłam do pani Henryki, bo w tamtym pokoju zostało przecież jego życie od poniedziałku do piątku.
Nigdy tam nie byłam. Przez dziewięć lat ani razu. Roman wyjeżdżał w poniedziałek o wpół do piątej rano, wracał w piątek wieczorem, zmęczony, z torbą prania. Kiedy pytałam, jak tam mieszka, machał ręką.
- Klitka, Halinka. Łóżko, szafa, czajnik. Po co masz się tłuc trzy godziny, żeby oglądać szafę?
A ja się nie tłukłam. Miałam sklep z firanami i pościelą na Bocianku, otwarty do soboty, miałam Monikę z dwójką dzieci dwie ulice dalej, miałam swoje sprawy. Prawda, której nikomu bym nie powiedziała, była taka, że w poniedziałek rano, kiedy drzwi za nim się zamykały, oddychałam. Przez lata nauczyliśmy się żyć obok siebie grzecznie, bez kłótni i bez czułości. Myślałam, że tak mają wszystkie małżeństwa po trzydziestu latach.
- Ona tu bywała od dawna - mówiła pani Henryka coraz ciszej. - W środy. Przynosiła ciasto, czasem pierogi. Pan Roman ją przedstawił, jak pierwszy raz przyszła. "Moja żona przyjechała, pani Henryko". Ja bym przecież obcej baby do mieszkania nie wpuściła, jestem wierząca. Gosia, tak do niej mówił. Taka jasna, koło pięćdziesiątki.
W sobotę przyszła w czarnym płaszczu, z opuchniętymi oczami. Miała własny klucz. Spakowała wszystko do dwóch toreb, nawet ręcznik z łazienki. Na stole w kuchni zostawiła kartkę z numerem telefonu. "Gdyby jakieś listy do męża przyszły".
Wtedy przypomniałam sobie kobietę z cmentarza. Stała przy alejce, z tyłu, za wszystkimi, w ciemnym płaszczu. Nie podeszła złożyć kondolencji, nie przyszła na stypę. Pomyślałam: pewnie ktoś z firmy, krępuje się. Monika nawet zapytała, kto to, a ja wzruszyłam ramionami.
Pani Henryka podyktowała mi numer. Siedziałam z nim całą noc. Rano zadzwoniłam.
- Halina? - powiedziała, zanim zdążyłam się przedstawić. Znała mój głos. Albo po prostu wiedziała, że w końcu zadzwonię.
Spotkałyśmy się w środę. Monika została w sklepie, a ja pojechałam pociągiem do Warszawy, potem tramwajem na Bródno. Na Kondratowicza kwitły już kasztany, ludzie siedzieli na ławkach z zakupami. Małgorzata czekała w małej kawiarni przy przystanku. Przy jej krześle stały dwie torby w kratę, takie, z jakimi kiedyś jeździło się na bazar.
Była starsza, niż myślałam. Zwyczajna. Siwe odrosty, spracowane ręce, paznokcie obcięte krótko. Pracowała na kasie w markecie na Targówku, mieszkała z matką po wylewie w dwóch pokojach. Dlatego Roman nigdy do niej nie chodził. To ona przychodziła do niego.
- Ile? - zapytałam. Tylko tyle umiałam wydusić.
- Sześć lat - powiedziała, patrząc w filiżankę. - Ja nie chciałam go pani zabierać. Nigdy nie prosiłam, żeby odszedł. Wiedziałam, że w piątek jedzie do Kielc. Zawsze jechał.
- To po co zabrałaś jego rzeczy?
Długo milczała. Kelnerka postawiła przed nami wodę, której żadna nie zamawiała.
- Tam były moje rzeczy - powiedziała w końcu. - Mój sweter na krześle. Moja szczoteczka w kubku. Zdjęcie nas dwojga znad Zegrza, w szufladzie. Pomyślałam, że pani już go pochowała. Że nie musi pani jeszcze tego. Chciałam, żeby pani przyjechała do pustego pokoju i zabrała koszule męża, i nic więcej.
Podniosła na mnie oczy i dodała, ciszej:
- I chciałam coś mieć. Pani miała pogrzeb, księdza, ludzi, co trzymali panią pod rękę. Ja stałam przy alejce i nawet płakać nie mogłam na głos.
Powinnam była się wściec. Wiem, że każda by się wściekła. A ja siedziałam i myślałam o tych środach. O tym, że ktoś przez sześć lat piekł dla mojego męża ciasto, a ja w tym czasie zamykałam sklep o osiemnastej i oglądałam seriale z ulgą, że w domu cicho.
- Kochał cię? - zapytałam.
Małgorzata uśmiechnęła się krzywo.
- Nie wiem. Mówił, że przy mnie odpoczywa. A o pani mówił, że jest pani najmocniejszą kobietą, jaką zna. Że pani niczego od niego nie potrzebuje. Nie wiem, co z tego jest gorsze.
Otworzyłam jedną z toreb. Na wierzchu leżały jego koszule. Wyprasowane i złożone w kostkę, nie tak jak ja je składałam, tylko na trzy, z kołnierzykiem do góry. Pod nimi okulary do czytania w etui, które mu kupiłam na imieniny. Kubek z napisem "Najlepszy dziadek", który dzieciaki Moniki zrobiły mu na warsztatach w przedszkolu. Zabrał go do Warszawy. Nigdy mi nie powiedział.
Ręce zaczęły mi drżeć. Małgorzata sięgnęła do kieszeni płaszcza i położyła na stole zdjęcie znad Zegrza. Roman w kapeluszu, opalony, roześmiany. Takiego go nie widziałam od lat.
- To niech pani też weźmie - powiedziała. - Żeby pani wiedziała wszystko.
Przesunęłam zdjęcie z powrotem w jej stronę.
- To twoje - powiedziałam. - Takiego go miałaś ty. Nie ja.
Wstałam, wzięłam obie torby. Przy drzwiach jeszcze się odwróciłam, bo coś mi się przez całą drogę w pociągu układało w głowie i teraz wiedziałam, co chcę powiedzieć.
- Na grób możesz przychodzić. Cedzyna, kwatera dwadzieścia osiem. W środy. Soboty i niedziele są moje.
Skinęła głową. Nie płakała. Ja też nie, dopiero w pociągu, gdzieś za Radomiem, z torbą w kratę między kolanami.
Koszule oddałam do PCK. Kubek stoi u mnie na półce w kuchni. Monice powiedziałam prawdę dopiero po miesiącu, przy sobotnim obiedzie, i dziwiłam się, że przyszło mi to łatwiej, niż myślałam.
Wczoraj był czwartek. Rano poszłam na cmentarz, jak co tydzień. Na grobie Romana stał świeży bukiet białych frezji i palił się znicz, którego nie kupiłam.
Nie zgasiłam go. Postawiłam swój obok.
Przez dziewięć lat dzielili go beze mnie. Teraz po raz pierwszy to ja zdecydowałam, jak go podzielimy.