Mąż od trzech lat w każdą sobotę jeździ pod Sieradz pomagać koledze Bogdanowi przy budowie domu. W październiku na pogrzebie wujka spotkałam żonę Bogdana i zapytałam, kiedy w końcu parapetówka. "Jaka parapetówka? Mieszkamy w tym domu od 2022 roku".
- Jaka parapetówka? Przecież my w tym domu mieszkamy od dwudziestego drugiego roku.
Danuta Krawczykowa powiedziała to z kawałkiem sernika na widelcu, zwyczajnie, tak jak się mówi, że jutro ma padać. A ja stałam przed nią w czarnym płaszczu, w sali remizy w Brzeźnie, na stypie po wujku Zdzisławie, i czułam, jak podłoga przechyla mi się pod nogami.
Bo mój mąż od trzech lat w każdą sobotę jeździł do nich ten dom budować.
- Ale Mirek... - zaczęłam. - Mirek jest u was co sobotę. Najpierw był dach, potem ocieplenie, teraz poddasze...
Urwałam, bo zobaczyłam jej twarz. Danuta odłożyła widelec na talerzyk, bardzo powoli, jak kobieta, która właśnie zrozumiała, że powiedziała za dużo, choć jeszcze nie wie, co dokładnie. Pięć minut wcześniej przedstawiła mi ją ciotka: "To Danka, żona Bogdana, tego od Mirka z zajezdni". Znałam ją tylko z opowieści. Na grilla do nich nigdy nie pojechałam, bo kto by został z mamą.
- Pani Jolu - powiedziała cicho. - Mirek był u nas może ze dwa razy. Na grillu. Poddasze mamy wykończone od początku, wnuki tam śpią, jak przyjeżdżają.
Wyjęłam z torebki telefon, sama nie wiem po co. Na ekranie wciąż wisiał SMS, który przyszedł o czternastej dziesięć, kiedy ksiądz kończył przy grobie: "Jolka, zeszło się z płytami, nie zdążę na stypę. Złóż ciotce kondolencje ode mnie. Całuję". Rano pocałował mnie w czoło w przedpokoju i obiecał, że od Bogdana do Brzeźna to dwadzieścia minut, że wpadnie choćby na kawę.
- A lecho? - usłyszałam własny głos. - To lecho, co pani przekazuje? Ogórki, powidła?
Danuta pokręciła głową.
- Ja słoików w życiu nie robiłam. Wszystko kupuję w markecie.
Moja kuzynka Marzena, która przywiozła mnie z Łodzi, zobaczyła mnie przy szatni i od razu odstawiła kubek.
- Jolka, co ty taka biała?
- Zawieziesz mnie jeszcze w jedno miejsce? To tu, niedaleko.
Dom Krawczyków stał na końcu wsi, pod samym lasem. Jasny, z grafitowym dachem, z tujami wzdłuż płotu i trampoliną dla wnuków na trawniku. Skończony. Dawno skończony - tuje miały po półtora metra, a takie nie rosną w jeden sezon.
Bogdan grabił liście przy furtce. Kiedy zobaczył, jak wysiadam z samochodu, grabie zatrzymały mu się w pół ruchu.
- Jola... A Danka gdzie?
- Danka jest na stypie. Gdzie jest Mirek, Bogdan?
Długo patrzył na swoje buty. Potem oparł grabie o płot.
- Nie mnie pytaj.
- Pytam ciebie, bo ciebie tu widzę.
- Prosił mnie raz - powiedział w końcu. - Trzy lata temu. Że jakbyś zadzwoniła, to mam mówić, że jest na dachu i nie może zejść. - Zawahał się. - Tylko że ty ani razu nie zadzwoniłaś, Jola. Ani razu przez trzy lata.
To zabolało najbardziej. Nie kłamstwo Mirka, jeszcze nie. To, że obcy właściwie człowiek stał przy furtce i mówił mi, jak bardzo ufałam.
Przez całą drogę do Łodzi nie odezwałam się ani słowem. Marzena też nie pytała. Patrzyłam na pola za szybą i liczyłam soboty. Trzy lata to ponad sto pięćdziesiąt sobót. Sto pięćdziesiąt razy kanapki ze schabem zawinięte w folię, termos z kawą, a wieczorem spodnie robocze pełne trocin, które wytrzepywałam nad wanną.
Trociny. Przecież były prawdziwe. Sypały się z kieszeni, wchodziły w szwy. Zawsze myślałam: ciężko te chłopy pracują u tego Bogdana.
Mirek i Bogdan przejeździli tramwajami po Łodzi prawie czterdzieści lat, z jednej zajezdni na Telefonicznej. Kiedy obaj przeszli na emeryturę i Bogdan wyprowadził się na wieś Danki, myślałam, że ta przyjaźń się rozejdzie. A tu proszę - sobota w sobotę. Byłam nawet trochę wzruszona tą męską wiernością.
A poza tym te soboty były mi na rękę. Od udaru mama leżała w naszym dużym pokoju i w soboty, kiedy w domu było cicho, mogłam ją spokojnie wykąpać, przebrać pościel, nadrobić pranie. Zmarła w lutym. Od lutego soboty zrobiły się dla mnie bardzo długie. Ale Mirek dalej jeździł.
W domu zdjęłam płaszcz, ale sukienki już nie. Otworzyłam szafkę w przedpokoju, tę, w której trzymaliśmy przetwory. Policzyłam. Trzydzieści dwa słoiki. Lecho, ogórki kiszone, powidła śliwkowe, nawet sok z aronii. Wszystkie z jednakowymi nakrętkami w kratkę i z karteczkami pisanymi starannym, okrągłym pismem. Nigdy się nie zastanawiałam, czyje to pismo.
Wzięłam jeden słoik lecha i postawiłam na stole w kuchni. Usiadłam naprzeciwko i czekałam.
Klucz zazgrzytał w zamku za dwadzieścia ósma.
- Jolka, jestem! Przepraszam cię, naprawdę, z tymi płytami to był jakiś koszmar...
Wszedł do kuchni i zobaczył mnie w czarnej sukience, a przed mną słoik. Zatrzymał się w drzwiach. Powoli zdjął czapkę.
- Kto robi to lecho, Mirek?
Lodówka szumiała. Na klatce ktoś trzasnął drzwiami. Mirek usiadł, położył ręce na ceracie - duże ręce, które przez czterdzieści lat trzymały nastawnik tramwaju i które przez ostatnie lata nosiły moją mamę do wanny, bo ja już nie dawałam rady.
- Ela - powiedział.
I od razu wiedziałam. Elżbieta z technikum w Sieradzu. Czterdziestolecie matury, jesień dwudziestego drugiego. Wrócił wtedy z tego zjazdu dziwnie cichy i powiedział tylko, że wszyscy się postarzeli.
- Ma dom pod Sieradzem, po mężu. Wszystko jej się sypało, Jola. Rynny, płot, podłoga w kuchni. Pojechałem raz pomóc...
- I zostałeś na trzy lata.
- Nie będę ci mówił, że to tylko herbata i rynny. - Patrzył na słoik, nie na mnie. - Nie jestem aż takim tchórzem.
- Tylko takim, który przez trzy lata wozi do domu słoiki od kochanki.
Skrzywił się, jakbym go uderzyła.
- Ona pakowała. Mówiła: weź, u was nikt nie ma czasu na słoiki. Nie umiałem wyrzucić jedzenia. I nie umiałem powiedzieć, skąd jest.
- Wiedziała o mnie?
- Wiedziała o wszystkim. O mamie też. - Podniósł wreszcie oczy. - Jola, wiesz, jak wyglądały nasze wieczory, jak mama tu leżała? Ty przy niej, ja przy telewizorze. Wracałaś od niej o dziesiątej i padałaś. Ja nie mówię, że źle robiłaś. Musiałaś. Ale ja przez te lata byłem we własnym mieszkaniu jak lokator. A tam ktoś czekał z obiadem i pytał, jak mi minął tydzień.
Chciałam krzyknąć, że to nieprawda. I nie mogłam, bo miał trochę racji. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio zapytałam go o cokolwiek poza tym, czy kupił pampersy dla mamy.
- Mama umarła w lutym - powiedziałam. - Od lutego mogłeś wrócić do domu. Ja tu byłam.
- Wiem. - Głos mu się załamał. - Nie umiałem. Tam już było... prościej.
Wstałam i nastawiłam wodę na herbatę, bo ręce musiały coś robić.
- Jutro niedziela - powiedziałam, stojąc tyłem do niego. - Spakujesz się. W soboty nie będziesz już musiał nigdzie jeździć. Po prostu tam zostań.
- Jola, trzydzieści osiem lat...
- No właśnie. Trzydzieści osiem lat. I trzy z nich na niby.
W niedzielę spakował dwie torby. Kiedy niósł je do samochodu, zeszłam za nim z kartonem po bananach. W środku stały wszystkie trzydzieści dwa słoiki.
- Weź - powiedziałam. - Szkoda wyrzucać.
Stał na chodniku z tym kartonem w rękach i po raz pierwszy od wczoraj wyglądał tak, jakby naprawdę zrozumiał, co się stało.
W następną sobotę Marzena znowu zawiozła mnie pod Sieradz - zapalić znicz wujkowi, zanim cmentarz zapcha się przed Wszystkimi Świętymi. W drodze powrotnej zatrzymałyśmy się pod lasem. Danuta otworzyła, zanim zdążyłam zapukać.
- Bogdan siedzi w garażu - powiedziała. - Od tygodnia. Niech sobie posiedzi.
Postawiła na stole sernik i trzy kawy w szklankach. Pokazała nam poddasze z wnukowymi łóżkami i kuchnię z widokiem na las. W pewnej chwili mój telefon zawibrował na stole. "Mirek". Odwróciłam go ekranem do blatu.
Pierwszy raz od trzech lat to ja nie odbierałam w sobotę.
- No - Danuta podniosła szklankę. - To jest ta parapetówka. Spóźniona, ale jest.
W poniedziałek miałam umówioną wizytę u adwokatki na Piotrkowskiej. Wiedziałam już, co jej powiem.
Dom Krawczyków był gotowy od trzech lat. Ja potrzebowałam tych trzech lat i jednej stypy, żeby zobaczyć, że w moim od dawna nikt niczego nie budował.