Syn poprosił o dwa tysiące "na czynsz, mamo, bo w tym miesiącu nie dociągniemy". W czwartek kurier przywiózł do mnie paczkę dla synowej - zamawia na mój adres, bo ja jestem w domu. Na kartonie, w foliowej kieszonce, była faktura: ekspres do kawy, 3 299 złotych, zapłacono kartą.

Kurier był młody, w czapce z daszkiem do tyłu, i nawet nie poczekał, aż dopiszę datę przy podpisie.

- Na Katarzynę, ale pani odbiera, tak? Jak zawsze - rzucił i już zbiegał po schodach.

Jak zawsze. Od dwóch lat wszystkie paczki synowej przychodzą do mojego mieszkania na Teofilowie, bo Kasia siedzi do szesnastej na rejestracji w przychodni, Grzesiek jeździ po budowach z instalacjami, a ja jestem w domu. Emerytka zawsze jest w domu. Postawiłam karton na kuchennym stole, obok słoika z bzem, który rano urwałam pod blokiem.

Wtedy zobaczyłam foliową kieszonkę. A w niej fakturę.

Ekspres ciśnieniowy, automatyczny. 3 299,00 zł. Forma płatności: karta.

Usiadłam. Przeczytałam drugi raz, potem trzeci, jakbym mogła coś przeoczyć. Przecinek w złym miejscu. Cokolwiek.

W poniedziałek Grzesiek zadzwonił wieczorem, akurat leciał serial.

- Mamo, głupio mi, ale... Pożyczysz dwa tysiące? Na czynsz. W tym miesiącu nie dociągniemy. Oddam w czerwcu, słowo.

- Coś się stało?

- Nic się nie stało. Przejściowo. Mamo, dasz czy nie?

Dałam. We wtorek poszłam do banku i wypłaciłam z tego, co odkładałam na nowe okno do dużego pokoju, bo stare przy wietrze gwiżdże jak czajnik. Pani w okienku jeszcze dopytała, czy na pewno w gotówce. Na pewno. Grzesiek wpadł wieczorem, herbaty nawet nie wypił. Schował kopertę do kurtki, pocałował mnie w czoło.

- Jesteś złota, mamo.

A w czwartek złota matka trzymała w ręku fakturę za ekspres droższy niż jej pożyczka.

Sześćdziesiąt sześć lat skończyłam w marcu. Trzydzieści lat przepracowałam na zmiany w drukarni opakowań, ostatnie dziesięć jako szefowa zmiany, i wiem, jak wygląda człowiek, który kręci.

Siedziałam nad tym kartonem i układałam sobie w głowie, co powiem Kasi. Że nie jestem bankomatem. Że jak ich stać na takie cuda, to niech czynsz płacą sami. Że za moich czasów kawę zalewało się w szklance i nikt od tego nie umarł.

Byłam na nią zła tak, jak się jest złym na synową - trochę za wszystko naraz.

Kasia przyszła po paczkę przed szóstą, jeszcze w służbowym polarze z identyfikatorem. Zobaczyła karton i aż klasnęła w dłonie.

- Doszedł! Mamo, tylko błagam, ani słowa Grześkowi.

- A to czemu? - Głos miałam sztywny, sama to słyszałam.

- No jak czemu? Sobota! Czterdzieści pięć lat mu stuknie. - Usiadła naprzeciwko mnie i rozpięła polar. - Od jesieni o takim marzy. Staje w markecie przy tych ekspresach jak dziecko przy klockach. Odkładałam z premii, z każdej po trochu, na swoje konto, żeby nie zobaczył. Myśli mama, że się ucieszy?

Patrzyłam na nią i wszystko, co sobie przez godzinę ułożyłam, rozsypało się jak koraliki z zerwanego sznurka.

- Kasiu - zaczęłam ostrożnie. - A z czynszem to u was jak?

- Z czynszem? - zdziwiła się szczerze. - Normalnie. Grzesiek płaci opłaty, ja zakupy i przedszkole Zuzi. Od lat tak mamy. A co?

- Nic. Tak pytam. Wszystko teraz drożeje.

Nie wiedziała. Ona naprawdę nic nie wiedziała.

W nocy nie spałam. W piątek o piętnastej stałam przy bramie bazy, na którą Grzesiek zjeżdża po robocie. Dwa autobusy z przesiadką. Zobaczył mnie z daleka i zwolnił, jakby jeszcze rozważał, czy nie wrócić do busa.

- Mamo? Co ty tu...

- Kasia kupiła ci na urodziny ekspres za ponad trzy tysiące - powiedziałam. - Faktura przyszła do mnie. To teraz mi powiedz, synu, na co były te dwa tysiące.

Stał z torbą z narzędziami. Potem postawił ją na chodniku, oparł się o siatkę ogrodzenia i długo patrzył gdzieś nad moją głową.

- Waldek - powiedział w końcu.

Waldka znałam od podstawówki. Chudy, rudy, przesiadywał u nas po lekcjach, bo u niego w domu ojciec pił. Dwa lata temu brał kredyt na samochód, żeby dojeżdżać do magazynu pod Strykowem. Grzesiek mu poręczył. Kasia mówiła: nie podpisuj. Podpisał.

- Zwolnili go w październiku. Rozwiódł się, mieszka u matki, nie odbiera ode mnie telefonu, bo mu wstyd. Raz na jakiś czas przyśle dwie stówy i esemesa "sorry stary". A bank dzwoni do mnie. Od zimy spłacam za niego co miesiąc. Z czynszowych, mamo. Myślałem, że się wygrzebię, wezmę fuchy po godzinach...

- A Kasia?

Uśmiechnął się krzywo.

- Kasia by mi nic nie wypomniała. Ona by po prostu wzięła to na siebie. Jak wszystko. Dokładałaby po cichu, nie kupiłaby sobie butów na zimę. I patrzyłbym na to codziennie.

Nie krzyczałam. Może ze zmęczenia, a może dlatego, że w tym jego garbieniu się zobaczyłam nagle swojego Zbyszka. Mój świętej pamięci mąż też poręczał. Szwagrowi, potem koledze z pracy. I też mi mówił dopiero wtedy, kiedy już nie było wyjścia.

- Do niedzieli - powiedziałam. - Albo ty jej powiesz, albo ja. Nie będę siedziała przy waszym stole i robiła dobrej miny.

W sobotę ekspres stał na ich blacie, przewiązany czerwoną wstążką. Grzesiek rozpakował go i zbladł. Podziękował, przytulił Kasię dłużej niż zwykle, a nad jej ramieniem patrzył na mnie. Kasia zrobiła pierwszą kawę, maszyna mruczała, mieliła, syczała, a ona stała obok dumna jak paw. Wypiłam tę kawę za trzy tysiące trzysta złotych i nie poczułam smaku.

W niedzielę telefon milczał. W poniedziałek o siódmej rano zadzwoniła Kasia.

- Powiedział mi. - Cisza. - Mama wiedziała od czwartku?

- Od piątku. W czwartek myślałam, że to ty.

- Że ja co?

- Że ty szastasz pieniędzmi, a on przychodzi do mnie prosić.

Zaśmiała się przez łzy, krótko i gorzko.

- No to przynajmniej mama wie, jak to jest, jak się człowiek ostatni dowiaduje. - Wydmuchała nos. - Ekspres odsyłam. Mam czternaście dni. Grzesiek się obraził, że to prezent. To mu powiedziałam, że prezentem to on był, jak jeszcze myślałam, że mam męża, który mi mówi prawdę.

Potem dodała ciszej:

- Na Waldka nie jestem zła. Na Grześka też już mniej. Ale nie będę piła kawy z maszyny, kiedy teściowa nie ma za co okna wstawić.

Dwa tygodnie później przyszła do mnie sama, w sobotę przed południem. Położyła na stole kopertę.

- Dwa tysiące. Grzesiek chciał przynieść, ale uznałam, że to ja powinnam.

- Kasiu, przecież...

- Pieniądze za ekspres wróciły na kartę. Starczy na raty Waldka do lata. - Zdjęła kurtkę. - I byłam u niego. Siedzieliśmy we trójkę z jego matką do jedenastej w nocy. Od lipca ma robotę na stacji paliw i będzie oddawał Grześkowi po trochu. Spisaliśmy to na kartce, przy matce. Płakał jak dziecko.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Wstałam, wyjęłam z szafki starą aluminiową kawiarkę Zbyszka, nasypałam kawy, postawiłam na gazie. Kasia patrzyła, jak bulgocze.

- Grzesiek mówi, że z ekspresu i tak by mu nie smakowała - powiedziała. - Ja mu wierzę. Pierwszy raz od miesiąca.

Okno wymieniłam w lipcu. Paczki Kasi dalej przychodzą do mnie, ale do foliowych kieszonek już nie zaglądam. Faktura mówi, ile coś kosztowało. Nie mówi, kto za co płaci.