Przez trzy lata co miesiąc przelewałam synowej sto złotych z emerytury na kurs prawa jazdy dla wnuczki. W maju wnuczka skończyła osiemnaście lat i zapytała, czy mogłabym jej dołożyć do kursu, bo u rodziców teraz krucho
W zeszycie w kratkę, w którym od lat zapisuję, komu obcięłam włosy w kuchni i kto mi jeszcze wisi za farbę, jest jedna strona inna niż wszystkie. Trzydzieści sześć jednakowych linijek, jedna pod drugą, moim krzywym pismem: data, „Ola - prawo jazdy", ptaszek.
Każdy ptaszek to był dziesiąty dzień miesiąca. Przychodziła emerytura, bank sam puszczał przelew do synowej, a ja tylko sprawdzałam wyciąg i stawiałam znaczek. Lubiłam ten moment. Jakbym dokładała cegiełkę do czegoś, co zostanie, nawet jak mnie już nie będzie.
Pomysł był Moniki. Trzy lata temu, na imieninach Darka, stałyśmy razem przy zlewie, ona płukała kieliszki, ja wycierałam.
- Mamo, mama ciągle Oli wciska pieniądze do kieszeni, a ona to przepuszcza na jakieś kolczyki i bubble tea - powiedziała, nie odwracając się. - Może lepiej co miesiąc coś na konto? Odłożymy jej na prawo jazdy. Jak skończy osiemnaście, będzie miała gotowe.
Wydało mi się to mądre. Sama prawa jazdy nigdy nie zrobiłam, całe życie autobusem na Ustronie i z powrotem, czterdzieści lat w zakładzie fryzjerskim przy jednym fotelu. Zbyszek jeździł, a jak Zbyszka zabrakło, zostały mi nogi i MZK. Chciałam, żeby wnuczka miała lepiej. W poniedziałek poszłam do banku na Żeromskiego i miła pani w okienku ustawiła mi zlecenie stałe. W tytule kazałam wpisać: „Ola - prawo jazdy". Żeby nie było wątpliwości.
Przez pierwsze miesiące czasem pytałam, ile już się uzbierało.
- Rośnie, mamo, rośnie - mówiła Monika i zaraz pytała, czy nie chcę jeszcze kawałka sernika.
Nie drążyłam. Nie jestem z tych teściowych, co liczą synowej każdy grosz. Wiedziałam, że u nich nie jest lekko. Darek jeździł na ciężarówce w firmie przewozowej pod Radomiem i półtora roku temu firma pocięła mu dalekie trasy. Został na lokalnych kursach, a to wiadomo - mniej godzin, mniej w portfelu. Monika siedziała na kasie w markecie. Raz, przy niedzielnym rosole, nieśmiało zaproponowałam, że mogłabym im trochę pomóc z rachunkami.
Darek odłożył łyżkę.
- Mamo, ja mam czterdzieści pięć lat. Nie będę od matki brał na prąd.
Powiedział to spokojnie, ale tak, że już nigdy do tego nie wróciłam. Cały ojciec. Zbyszek też wolał chodzić w dziurawych butach, niż przyznać, że czegoś mu brakuje.
W maju Ola skończyła osiemnaście lat. Był tort z bitą śmietaną, balony w kolorze złota, które Monika nadmuchała do dziesiątej wieczorem, i Ola - wysoka, w czarnej sukience, nagle zupełnie dorosła. Dałam jej złoty łańcuszek po mojej mamie i patrzyłam, jak go zapina, i myślałam sobie: zaraz się dowie o tym koncie. Zaraz będzie wiedziała, że babcia przez trzy lata o niej myślała co miesiąc.
Tydzień później przyszła do mnie sama. Usiadła w kuchni na taborecie, na którym przez lata farbowałam sąsiadki, i kręciła kubkiem z herbatą.
- Babciu, mam taką sprawę. Głupio mi trochę… - zaczęła. - Zapisałabym się na kurs prawa jazdy. Mam odłożone z lodziarni z zeszłego lata, ale brakuje. Mogłabyś mi trochę dołożyć? U rodziców teraz krucho, nie chcę ich prosić.
Zaśmiałam się. Naprawdę się zaśmiałam, bo myślałam, że to jakiś żart.
- Dziecko, przecież mama ma dla ciebie odłożone. Trzy lata wpłacałam. Co miesiąc.
Ola przestała kręcić kubkiem.
- Jakie odłożone?
I wtedy zobaczyłam jej twarz. Nie udawała. Nie wiedziała nic. Ani o koncie, ani o przelewach, ani o tytule „Ola - prawo jazdy", który kazałam wpisać, żeby nie było wątpliwości.
- Pewnie mama chciała ci zrobić niespodziankę - powiedziałam szybko. Za szybko.
Ola wyszła ode mnie z dziwną miną. A ja do wieczora siedziałam nad zeszytem i liczyłam ptaszki, jakby od liczenia mogło się coś zmienić.
Do Moniki poszłam w czwartek, kiedy wiedziałam, że Darek ma późny kurs. Obierała ziemniaki nad miską. Nie zdjęłam nawet płaszcza.
- Gdzie są pieniądze Oli?
Nóż zatrzymał się w połowie ziemniaka. Monika długo patrzyła w miskę. Potem odłożyła wszystko, wytarła ręce w ścierkę i usiadła naprzeciwko mnie. Ręce jej drżały, widziałam to wyraźnie, bo były jeszcze czerwone od zimnej wody.
- Nie ma, mamo.
Czekałam.
- Ale nie myśli mama chyba, że ja to przepiłam - powiedziała cicho. - Okulary. Ola zaczęła źle widzieć na tablicę, a dobre szkła to nie jest dziesięć złotych. Kurtka na zimę, bo ze starej wyrosła. Wycieczka do Krakowa, cała klasa jechała, miała jedyna zostać? Korepetycje z matmy przed maturą, dwa razy w tygodniu. To wszystko poszło na nią. Co do grosza na nią.
- To czemu nie powiedziałaś?
Monika zaśmiała się krótko, bez radości.
- A co miałam powiedzieć? Że jego matka z emerytury płaci za buty jego córki? Mama słyszała, co on mówi o braniu od matki. On by się spalił ze wstydu. A prezent na prawo jazdy… prezent mógł przyjąć. Na prezent nie miał nic do powiedzenia.
- Od początku tak to wymyśliłaś?
Długo milczała.
- Pierwsze pół roku odkładałam. Naprawdę. - Podniosła na mnie oczy. - Mamo, niech mama nie mówi Darkowi. Proszę panią. Proszę.
Nigdy wcześniej nie powiedziała do mnie „pani".
Następnego dnia otworzyłam szafę i wyjęłam z dna kopertę, na której było napisane długopisem „na pogrzeb". Każda kobieta w moim wieku ma taką kopertę. Pojechałam z Olą do szkoły jazdy na Struga i zapłaciłam przy biurku za cały kurs. Oli powiedziałam, że mama wydała część na korepetycje, więc zostało mało, a ja resztę dołożyłam. Kłamałam gładko, jakbym ćwiczyła.
Ola popatrzyła na mnie dłużej, niż powinna. Ma osiemnaście lat, nie osiem. Podziękowała, przytuliła mnie, ale od tamtej pory mówi do mnie jakoś ostrożniej. Jakby odkryła, że babcia też umie kłamać.
Zlecenie w banku anulowałam. Darek o niczym nie wie. Monika co jakiś czas przysyła mi zdjęcie Oli za kierownicą eLki i jedno słowo: „Dziękuję".
Czasem myślę, że ochroniłam syna przed wstydem, którego by nie udźwignął. A czasem - że po prostu stałam się wspólniczką kobiety, która przez trzy lata okłamywała nas oboje. I nie wiem nawet, czy wszystko, co mi powiedziała w tamten czwartek, było prawdą. Okulary widziałam. Kurtkę też. Reszty nie sprawdzę nigdy.
Strona w zeszycie wciąż jest. Trzydzieści sześć ptaszków. Nie umiem jej wyrwać ani dopisać, co naprawdę znaczyły.