Od trzech lat codziennie odbieram wnuki z przedszkola i jestem z nimi do osiemnastej, aż synowa wróci z pracy. W Dzień Matki wstawiła na Facebooka zdjęcie z dziećmi i podpis: „trzy lata: praca, dom, dzieci i jakoś to ogarniam”.
Kroiłam Antkowi pierogi na mniejsze kawałki, bo jak dostaje całe, to wydłubuje farsz i oznajmia, że ruskie są „za ruskie”. Zosia rysowała przy stole kredkami, z językiem wysuniętym z wysiłku. Była siedemnasta czterdzieści. Telefon zabrzęczał mi w kieszeni fartucha - tego w słoneczniki, który od trzech lat wisi u nich w kuchni na osobnym haczyku. Mój haczyk. Nikt inny go nie używa.
„Magdalena dodała nowe zdjęcie”. Kliknęłam, bo zawsze klikam. Magda na kocu pod kasztanowcem w parku Miejskim, Zosia na jej kolanach, Antek wisi jej na szyi. Wszyscy roześmiani. A pod spodem: „Trzy lata: praca, dom, dzieci i jakoś to ogarniam. Wszystkiego najlepszego, mamy!”.
To zdjęcie zrobiłam ja. W niedzielę. Moim telefonem, bo Magdzie padła bateria, a wieczorem wysłałam je jej na Messengerze z trzema serduszkami.
Przez trzydzieści cztery lata stałam za ladą apteki przy Sienkiewicza w Kielcach. Znałam na pamięć dawkowanie połowy leków w Polsce i twarze połowy emerytów z Bocianka. W dniu sześćdziesiątych urodzin poszłam na emeryturę i myślałam, że wreszcie zajmę się działką. Dwa tygodnie później zadzwonił Tomek.
- Mamo, Magda wraca do banku od września. Zośka idzie do przedszkola. A ja… no wiesz, jak jest.
Wiedziałam. Mój syn od pięciu lat jeździ na budowy do Norwegii. Przylatuje co dwa miesiące na tydzień, czasem na dziesięć dni, przywozi czekolady Freia i opowiada o fiordach, których z placu budowy prawie nie widać. Za te pieniądze spłacają kredyt na mieszkanie na Ślichowicach. Rozumiałam. Powiedziałam „dobrze”, zanim zdążył dokończyć.
Więc codziennie, o piętnastej trzydzieści, wsiadam w autobus na Bocianku i jadę pod przedszkole. Najpierw tylko po Zosię. Od zeszłego roku po dwoje. Obiad, plac zabaw, kąpiel w czwartki, wywiadówki, na które Magda nie zdąży, katar, ospa, rozbite kolano. Do osiemnastej, czasem do wpół do siódmej, jak w banku jest kontrola.
Zanim Magda wróciła, pod postem było już dwadzieścia komentarzy. „Podziwiam cię, kochana!”. „Sama z dwójką i z mężem za granicą, jesteś petardą!”. „Nie wiem, jak ty to robisz”. Pod każdym serduszko od Magdy.
Ja wiedziałam, jak ona to robi.
Wieczorem zadzwoniła Lucyna, moja koleżanka z apteki, teraz też na emeryturze.
- Halinka, a ty tam w ogóle jeszcze jesteś? Bo czytam u Magdy i wychodzi na to, że ona sama wszystko. To ty co, na działce siedzisz?
Zaśmiałam się, bo co miałam zrobić. A potem przez pół nocy przypominałam sobie rzeczy, które dotąd zbywałam machnięciem ręki. Przedstawienie z okazji Dnia Mamy i Taty, na które Magda wzięła wolne i usiadła w pierwszym rzędzie, a ja stałam z tyłu przy kaloryferze, bo zabrakło krzeseł. Wigilię u jej matki w Busku, kiedy pani Danuta powiedziała przy stole: „No, Magdusia to dzielna, wszystko na jej głowie”. I Magda nie zaprzeczyła. Nawet na mnie nie spojrzała.
Myślałam wtedy, że to nic. Że nie dla podziękowań to robię.
Następnego dnia czekałam, aż wróci. Dzieci oglądały bajkę. Magda zdejmowała buty w przedpokoju, jeszcze z identyfikatorem na szyi.
- Magda, to zdjęcie wczorajsze…
- Ładne, prawda? Mama ma lepszy aparat w telefonie niż ja.
- Ładne. Tylko ten podpis.
Wyprostowała się powoli. Widziałam, że od razu wie, o co chodzi.
- Mamo, to jest Facebook. Tam się pisze takie rzeczy.
- Jakie? Nieprawdziwe?
Zrobiło się cicho. W pokoju świnka z bajki chrumkała do kałuży. Magda oparła się o szafę.
- A co miałam napisać? Że nie daję rady? Że dzieci wychowuje mi teściowa, bo mąż jest w Norwegii, a ja siedzę w banku do piątej? Wie mama, ile razy słyszałam od własnej matki, że jak się nie umie ogarnąć, to nie trzeba było rodzić? Ona to czyta. Każdy mój post czyta.
- Czyli ja mam nie istnieć, żeby pani Danuta nie miała satysfakcji?
- Nie o to… - urwała. - Przecież mama wie, że bez mamy bym nie dała rady.
- Wiem. Ja wiem. Tylko czasem chciałabym, żeby wiedział też ktoś jeszcze.
Nie odpowiedziała. Ubrałam się, pocałowałam dzieci i pojechałam do domu.
Tego wieczoru zrobiłam coś, czego nie robiłam nigdy. Sfotografowałam swoje buty pod ich drzwiami, obok dwóch par malutkich kaloszy, i wrzuciłam na Facebooka. Podpis pisałam chyba pół godziny. „Trzy lata: przedszkole o wpół do czwartej, obiad, plac zabaw, kąpiel do osiemnastej. I też jakoś to ogarniam”. Nikogo nie oznaczyłam. Nie musiałam.
Rano było czterdzieści trzy polubienia. Lucyna dała pierwsza. „Brawo, babciu, ktoś to wreszcie musiał powiedzieć”. „Babcie to cisi bohaterowie”. Ale też: „Takie rzeczy załatwia się w rodzinie, a nie w internecie”. Tego komentarza nie podpisał nikt, kogo znam.
Post Magdy zniknął. Po prostu go usunęła.
O siódmej zadzwonił Tomek, u niego też była siódma, słyszałam w tle betoniarkę.
- Mamo, Magda płakała pół nocy. Musiałaś?
- A ona musiała?
Westchnął tak, jak wzdychał jego ojciec.
- Ona się boi, że ktoś pomyśli, że jest złą matką. Ty się boisz, że ktoś pomyśli, że nic nie robisz. I obie wrzucacie to na Facebooka zamiast zadzwonić do mnie. Ja tu nic nie mogę, rozumiesz? Nic.
Rozłączył się pierwszy.
W południe przyszedł SMS od Magdy. Krótki, bez buziaczka, które zawsze dawała na końcu. „Na jutro wzięłam wolne, odbiorę dzieci sama. Na resztę tygodnia jeszcze nie wiem”.
Siedzę teraz w swojej kuchni na Bocianku. Pierwszy raz od trzech lat o piętnastej trzydzieści nie muszę nigdzie jechać, a mimo to od rana zerkam na zegar. Słoneczny fartuch został na haczyku u nich. Mój post wciąż wisi.
Czterdzieści trzy osoby go polubiły. I od rana zastanawiam się, czy którakolwiek z nich odebrałaby za mnie w czwartek Antka z przedszkola.