Od dwóch lat córka prowadzi za mnie konto, „żebyś się nie męczyła, mamo”, i co tydzień przywozi mi dwieście złotych na drobne. Wczoraj dała mi swój tablet, żebym obejrzała zdjęcia wnuków. W przeglądarce była otwarta karta: „ubezwłasnowolnienie rodzica — jakie dokumenty”.
Koperta zawsze była ta sama. Biała, podłużna, z okienkiem, wyjęta z pliku, który Agnieszka wozi w schowku samochodu. W środku cztery banknoty po pięćdziesiąt, ułożone równo, jakby ktoś je wcześniej wyprasował. Co sobotę koło dziesiątej kładła ją na stole obok cukiernicy i mówiła: „Masz, mamo, na drobne. Jak zabraknie, dzwoń”.
Przez dwa lata ani razu nie zabrakło. I przez dwa lata ani razu nie zapytałam, ile zostaje na koncie.
Czterdzieści trzy lata mieszkałam ze Zdziśkiem na Ustroniu, trzecie piętro, balkon na kasztanowce. Ja strzygłam pół Radomia w zakładzie przy Żeromskiego, a on wieczorami siadał z długopisem nad rachunkami i mówił: „Krysia, ty się zajmij głowami, ja się zajmę pieniędzmi”. Śmiałam się z tego. Potem Zdzisiek umarł, w kwietniu, dwa i pół roku temu, a ja w wieku sześćdziesięciu dziewięciu lat pierwszy raz w życiu nie wiedziałam, kiedy się płaci za gaz.
Pół roku po pogrzebie zadzwonił „komisarz”. Mówił grzecznie, spokojnie, znał nazwisko męża. Że w moim banku działa szajka, że oszczędności trzeba wypłacić i oddać do zabezpieczenia. Poszłam. Dziewczyna w okienku patrzyła na mnie coraz dziwniej, aż w końcu powiedziała, że musi zawołać kierowniczkę. Przyjechała policja. Prawdziwa.
Agnieszka przyleciała z pracy w fartuchu, bo jest pielęgniarką na internie. Płakała w samochodzie. „Mamo, ty mogłaś wszystko stracić. Wszystko, rozumiesz?” Tydzień później siedziałyśmy razem w tym samym oddziale i podpisywałam pełnomocnictwo do rachunku. Kartę zabrała ona. „Po co ci karta? Znowu ktoś zadzwoni, a ty podasz PIN”. Pamiętam, że poczułam ulgę. Jakby ktoś zdjął mi z pleców plecak, którego nigdy nie chciałam nosić.
Nie będę udawać, że wszystko u mnie działa jak dawniej. Raz znalazłam klucze w lodówce, obok masła. Raz poszłam do Biedronki po chleb i wróciłam z trzema jogurtami. Ale kto tak nie ma po siedemdziesiątce? Krysia z drugiego piętra zostawiła kiedyś pranie w pralce na cały tydzień i nikt jej przez to do sądu nie podawał.
Wczoraj Agnieszka przyjechała jak zawsze. Położyła kopertę, zajrzała do lodówki i westchnęła.
- Masła nie masz. Skoczę na dół, a ty sobie pooglądaj, co dzieciaki wyprawiały w Zakopanem.
Podała mi tablet i wyszła. Oliwia na Gubałówce w czerwonej czapce, Kuba z oscypkiem większym od własnej głowy. Przesuwałam palcem i coś musiałam źle dotknąć, bo zdjęcia zniknęły, a pojawiła się biała strona z napisem na górze: „ubezwłasnowolnienie rodzica - jakie dokumenty”.
Pod spodem artykuły. Wniosek do sądu okręgowego. Opinia biegłego psychiatry i psychologa. Ubezwłasnowolnienie całkowite, częściowe. Opiekun, kurator. Czytałam jedno zdanie po trzy razy, bo litery mi się rozjeżdżały. Osoba ubezwłasnowolniona całkowicie nie może sama zawierać umów. Nie może sama decydować o swoim majątku.
O swoim mieszkaniu. O tym trzecim piętrze z balkonem na kasztanowce.
Kiedy Agnieszka wróciła, siedziałam w tym samym miejscu z tabletem na kolanach. Nawet nie zdjęłam okularów.
- Co to jest? - zapytałam i odwróciłam ekran w jej stronę.
Masło wypadło jej z ręki na wycieraczkę. Nie podniosła go.
- Mamo... to nie tak.
- A jak? Chcesz mnie do sądu podać? Własną matkę?
- Nikogo nie chcę podawać. Ja tylko czytałam.
- O dokumentach się nie „tylko czyta”, Agnieszka.
Lodówka buczała. Na klatce ktoś trzasnął drzwiami. Agnieszka usiadła naprzeciwko, na krześle taty, na którym nikt nie siada, i długo patrzyła na swoje ręce.
- We wtorek zadzwoniłaś do mnie za dwadzieścia trzecia w nocy - powiedziała w końcu cicho. - Pytałaś, czy tata już wrócił z działki, bo kolacja stygnie.
- Nie dzwoniłam.
Wyjęła telefon i pokazała mi. „Mama”, wtorek, 2:41. Sześć minut rozmowy.
Patrzyłam na ten ekran i czułam, jak zimno idzie mi od karku w dół. Nie pamiętałam. Ani dzwonienia, ani kolacji, ani niczego. Może przez sen? Ludzie przecież mówią przez sen.
- I gaz w sierpniu, mamo. Pani Kowalska poczuła na klatce. I dwa razy w tygodniu pytasz mnie, czy Kuba zdał do szóstej klasy.
- A Paweł co na to? - zapytałam. Sama nie wiem, czemu akurat o zięcia.
Zawahała się. Za długo.
- Paweł mówi, że trzeba coś zrobić, zanim będzie za późno. Zanim ktoś znowu zadzwoni i będzie po mieszkaniu.
Po mieszkaniu. Powtórzyłam to sobie w głowie i usłyszałam w tym zupełnie co innego niż ona chyba chciała powiedzieć.
- Mamo, ja nie chcę cię nigdzie oddawać. - Głos jej się złamał. - Ja się po prostu boję. Mam dyżury, mam dzieci, nie mogę tu być co noc.
- Zostaw kopertę i jedź - powiedziałam.
Pojechała. Koperta została na stole, masło na wycieraczce.
W poniedziałek rano wsiadłam w dziewiątkę i pojechałam do banku. Sama. Dziewczyna w okienku była inna niż wtedy, młodziutka, z grzywką, którą chętnie bym jej wyrównała. Poprosiłam o historię rachunku za dwa lata, o nową kartę i o odwołanie pełnomocnictwa. Spojrzała w komputer, potem na mnie, i zapytała łagodnie, czy jestem pewna. Pewnie miała tam jakąś notatkę z tamtego dnia. Powiedziałam, że jestem. Podpisałam. Nikt nie mógł mi tego zabronić, to wciąż było moje konto.
W domu rozłożyłam wydruk na stole. Emerytura co miesiąc, jak w zegarku. Wypłaty po dwieście, co tydzień. Rachunki. Przelewy do Agnieszki z opisami: „piec gazowy”, „leki mama”, „protezy - dopłata”. Pieca nie dało się nie pamiętać, pan go montował w lutym cały dzień i nabłocił mi w przedpokoju. Protezy też. Wszystko się zgadzało.
Prawie wszystko.
W marcu był jeden przelew, większy niż pozostałe razem wzięte. Tyle, co moja emerytura za kilka miesięcy. Opis: „Kuba - aparat, mama wie”.
Mama wie.
Siedzę nad tym od wczoraj. Może naprawdę wiedziałam. Może Agnieszka siedziała tu przy herbacie i mówiła, że Kubie krzywo rosną zęby, a ja powiedziałam „bierz, dziecko, przecież to dla wnuka”. To by było do mnie podobne. Tak samo podobne jak to, że zapomniałam.
A może nikt mnie o nic nie pytał.
Telefon dzwoni już trzeci raz. Na ekranie „Agusia”, tak ją zapisał Zdzisiek, jak jeszcze umiał obsługiwać komórkę. Nie odbieram. Jeszcze nie.
Na stole leżą obok siebie dwie kartki: wydruk z banku i biała koperta z okienkiem. Jedna mówi mi, że córka mnie okrada, druga, że się o mnie troszczy. I nie wiem, której wierzyć, bo jedyny świadek, który mógłby to rozstrzygnąć, to ja.