Od sześciu lat co tydzień lepię synowi pierogi na zapas, żeby synowa nie musiała gotować po pracy. W czwartek przywiozłam kolejną porcję i sama otworzyłam ich zamrażarkę. Postałam chwilę, zamknęłam drzwiczki i zabrałam pierogi z powrotem do domu.
Na kawałku taśmy malarskiej, moim pochyłym pismem, stało: "ruskie, 9 listopada". Pod spodem następny woreczek: "z kapustą i grzybami, 16 listopada". I następny. I jeszcze jeden. Za oknem kwitł już bez, a ja trzymałam w ręku pierogi, które lepiłam, kiedy na parapecie leżał śnieg.
Wysunęłam drugą szufladę. Grudzień. Styczeń. Luty. Szron osiadł na foliach tak gęsto, że niektórych dat nie dało się przeczytać. W trzeciej szufladzie zobaczyłam coś, czego się nie spodziewałam - równiutko poukładane pojemniki z cudzym pismem. "Krupnik". "Gulasz z indyka". "Leczo, Zosia nie lubi papryki!!!".
Zamknęłam szuflady jedną po drugiej. Postawiłam swoją torbę z czterdziestoma świeżymi ruskimi na podłodze, jakby nagle zrobiła się za ciężka.
Klucz do mieszkania Bartka mam od zawsze, na wszelki wypadek. Nigdy go nie używałam bez potrzeby. Tym razem Bartek sam zadzwonił rano:
- Mamo, ja dziś do późna w serwisie, Magda ma dyżur do siódmej. Wejdź i włóż do zamrażarki, dobra?
Dopiero kiedy stałam w tej ich małej kuchni na Zaodrzu, z drzwiczkami otwartymi i zimnem buchającym mi na nogi, uświadomiłam sobie, że przez sześć lat ani razu tego nie zrobiłam sama. Zawsze, kiedy przychodziłam, Bartek wychodził mi na klatkę, brał torbę i mówił: "Mamo, ja schowam, siadaj". Myślałam, że jest uprzejmy.
Wyszłam, zamknęłam drzwi na dwa zamki i pojechałam autobusem do siebie. Torba stała mi na kolanach całą drogę.
Tamtego wieczoru nie zadzwoniłam do nikogo. Siedziałam w kuchni i patrzyłam na stolnicę opartą o ścianę. Tę samą, na której lepiłam pierogi jeszcze dla Zdzisia, kiedy wracał z kolei głodny jak wilk i zjadał dwadzieścia naraz, popijając kompotem.
Zdzisio umarł w czwartek. Siedem lat temu, w lutym. Rok później Bartek wziął ślub z Magdą, a ja na weselu usłyszałam, jak Magda mówi do koleżanki, że po dwunastogodzinnym dyżurze nie ma siły nawet wstawić wody na herbatę. Pomyślałam wtedy: no to ja wam pomogę. I od tamtej pory w każdy czwartek stałam przy stolnicy. Ruskie, z kapustą, z mięsem, na zimę z grzybami. Ciasto na wodzie z odrobiną oleju, tak jak uczyła mnie mama.
Dopiero teraz, przy pustym stole, policzyłam. Czwartek. Akurat czwartek.
W sobotę zadzwonił Bartek.
- Mamo, a ty w końcu byłaś? Bo w zamrażarce nic nowego nie ma.
- Byłam.
- No i?
- I zabrałam z powrotem.
Po drugiej stronie zrobiło się tak cicho, że słyszałam, jak w tle gra telewizor.
- Mamo... - zaczął i urwał. - Mamo, to nie tak.
- A jak, synku?
Nie odpowiedział. Powiedział tylko, że jutro ktoś do mnie przyjedzie.
Przyjechała Magda. Sama, bez Bartka i bez Zosi, w niedzielę po południu, z blachą drożdżowego ciasta przykrytą ściereczką. Postawiła ją na stole i nie usiadła, dopóki jej nie poprosiłam. Wyglądała na zmęczoną, cienie pod oczami miała takie, że aż mi się zrobiło głupio, że to ja tu jestem obrażona.
- Pani Tereso, ja nie wiem, od czego zacząć.
- Najlepiej od tego, dlaczego mi nikt nie powiedział.
Zacisnęła palce na kubku z herbatą.
- Bo Bartek nie pozwolił. - Spojrzała na mnie szybko, jakby się bała, że to zabrzmiało źle. - Nie, on nie chciał źle. Po śmierci teścia pani przez pół roku prawie nie wychodziła z domu. A potem zaczęły się te pierogi i pani nagle... ożyła. Dzwoniła pani, pytała, czy smakowały, jakie robić na następny tydzień. Bartek powiedział, że jak pani to odbierzemy, to pani znowu się zamknie w czterech ścianach. I że on tego drugi raz nie przeżyje.
Milczałam. Za oknem dzieci z bloku obok kopały piłkę o trzepak, ten metaliczny dźwięk niósł się po całym podwórku.
- My je jemy - powiedziała Magda ciszej. - Naprawdę. Zosia uwielbia ruskie, Bartek bierze do pracy. Ale nie dwie paczki na tydzień, pani Tereso. My nie dajemy rady. A ja... ja lubię gotować. Po dyżurze stoję przy garach i dopiero wtedy ze mnie schodzi cały ten oddział. To moja godzina.
- To czemu nie powiedziałaś wtedy, na weselu...
- Bo powiedziałam coś koleżance, a nie pani. - Uśmiechnęła się krzywo. - I potem już było za późno. Co czwartek pani przywoziła torbę, a ja co czwartek czułam się, jakby pani sprawdzała, czy ja dobrze karmię pani syna.
To zabolało. Bardziej niż szron na woreczkach. Bo przecież ani razu tak nie pomyślałam. Ale też nigdy nie zapytałam, czy chcą.
- A gdzie się podziały te z wcześniejszych lat? - zapytałam w końcu. - Bo przecież sześć lat to nie jedna zamrażarka.
Magda spuściła wzrok i nagle zaczęła się śmiać przez łzy.
- Na oddział. Zabieram na nocne dyżury. Pani Tereso, cała interna w szpitalu na Witosa wie, kto to jest "teściowa od pierogów". Ordynator kiedyś zapytał, czy pani nie przyjmuje zamówień.
Nie wiedziałam, czy płakać, czy się śmiać. Chyba robiłam jedno i drugie naraz, bo Magda wstała, obeszła stół i objęła mnie niezgrabnie za ramiona, tak jak się obejmuje kogoś, kogo się jeszcze dobrze nie zna. A znałyśmy się przecież siedem lat.
Długo potem siedziałyśmy przy tym drożdżowym. Opowiedziałam jej o Zdzisiu i o czwartkach. Pierwszy raz komukolwiek. Ona mi opowiedziała, że jej mama nigdy nie gotowała, bo pracowała na trzy zmiany w zakładach, i że Magda nauczyła się wszystkiego z zeszytu z przepisami po babci. Że chciałaby kiedyś umieć lepić tak równe brzegi jak ja, ale wstydziła się poprosić.
Ustaliłyśmy to bez wielkich słów. Raz w miesiącu, w czwartek, kiedy Magda ma wolne, przyjeżdżam do nich z mąką i stolnicą. Lepimy we trzy, bo Zosia też chce, choć jej pierogi wyglądają jak małe pierożkowe potworki. Resztę czwartków mam dla siebie. Zapisałam się na basen dla seniorów przy Szarych Szeregach - Zdzisio by się śmiał, że jego Tereska w czepku.
A te czterdzieści ruskich, które przywiozłam z powrotem? Zaniosłam połowę pani Halinie z parteru, która od roku mieszka sama i gotuje sobie na jednym palniku. Drugą połowę Magda zabrała na nocny dyżur.
Ordynator podobno pytał, czy w przyszłym miesiącu będą z kapustą.