Syn zaprosił mnie na lato do Irlandii - "odpoczniesz, mamo, morze masz pod nosem". Morze widziałam raz, w niedzielę, przez szybę samochodu. W poniedziałek synowa przed wyjściem do pracy przypięła na lodówce kartkę: "Babcia: 7.00-18.00, pon.-pt.". Pod spodem numer do poprzedniej niani, "gdyby były pytania".

Stałam przy lodówce w szlafroku, z kubkiem herbaty w ręce, i czytałam tę kartkę trzeci raz. Za pierwszym myślałam, że to przez okulary, które zostały na nocnej szafce. Za drugim - że to jakiś żart.

"Babcia: 7.00-18.00, pon.-pt."

Niżej, drobniej, długopisem: "Agnieszka (niania) - gdyby były pytania". I numer z irlandzkim kierunkowym.

Kartkę trzymał magnes w kształcie zielonej koniczynki. Pamiętam, że patrzyłam właśnie na tę koniczynkę, kiedy Monika w przedpokoju wciskała stopy w balerinki i jednocześnie grzebała w torebce za kluczykami.

- Kanapki dla Zosi w niebieskim pudełku, Kuba je tylko te płatki z żółtej paczki, mleko bez laktozy, drzemka o pierwszej - mówiła szybko, nie podnosząc głowy. - Grzesiek już pojechał. Pa, mamo, dzięki!

Drzwi trzasnęły. Na podjeździe zawarczał silnik. Z góry rozległ się płacz dwulatka, który właśnie odkrył, że matki nie ma.

Była 6.58. Moja zmiana, jak to ujęła synowa, zaczynała się za dwie minuty.

Dwa miesiące wcześniej klęczałam na działce pod Kielcami i przesadzałam rozsady pomidorów, kiedy zadzwonił Grzesiek. Czterdzieści lat przepracowałam w szkółce ogrodniczej i ręce do dziś same wiedzą, jak trzymać słabą sadzonkę, żeby nie urwać korzenia. Telefon przyciskałam ramieniem do ucha, palce miałam w ziemi.

- Mamo, przyjedź do nas na lato. Na całe. Bilety ci kupię, z Balic do Dublina, bez przesiadek. Odpoczniesz wreszcie. Morze masz pod nosem, zobaczysz, jak tu jest.

Mój syn mieszkał w Irlandii od jedenastu lat. Wyjechał z jedną walizką i dyplomem elektryka, którego tam na początku nikt nie chciał oglądać. Teraz prowadził własną ekipę na budowach, miał żonę, dwoje dzieci i szeregowiec na przedmieściach, o którym mówił, że "w Polsce byłby willą, a tu jest po prostu domem". Byłam u nich dwa razy, zawsze na tydzień, zawsze w biegu. Wnuki znałam głównie z ekranu telefonu.

Więc się zgodziłam. Która babcia by się nie zgodziła?

Przyleciałam w sobotę wieczorem. W niedzielę padało tak, jak potrafi padać tylko tam - nie ulewą, tylko mżawką, która nie kończy się nigdy. Grzesiek zawiózł nas nad zatokę, zaparkował przy promenadzie i powiedział: "No, mamo, jest morze". Patrzyłam na szare fale przez szybę, po której spływały krople. Dzieci marudziły z tyłu, Kuba chciał siku. Po dwudziestu minutach wróciliśmy do domu.

Wtedy jeszcze myślałam, że pójdę nad to morze w tygodniu. Sama, spokojnie, z termosem.

Pierwszy tydzień przetrwałam na adrenalinie. Zosia miała sześć lat i wakacje, które w Irlandii ciągną się do września. Kuba miał dwa lata i charakter dziadka - jak się na coś uparł, to koniec. Zosia mówiła do brata po angielsku, do mnie po polsku z dziwnym akcentem, a kiedy się złościła, wołała "Nana!", bo tak mówiły dzieci z jej klasy.

Do morza było dwadzieścia minut samochodem. Samochodu nie miałam. Autobus jeździł spod sklepu na rogu, ale z dwójką dzieci, wózkiem i moim angielskim, który kończył się na "thank you" i "sorry", nie odważyłam się ani razu. Chodziliśmy na plac zabaw za osiedlem. Piaskownica, dwie huśtawki, ogrodzenie z siatki. Codziennie to samo.

Monika wracała kilka minut po szóstej, z workami pod oczami. Pracowała w rejestracji przychodni i potrafiła przez całą kolację nie powiedzieć ani słowa, tylko kroić Kubie parówkę na coraz mniejsze kawałki. Grzesiek wracał później, czasem o ósmej, pachnący pyłem i kablami. Potem kąpiel dzieci, bajka, a ja padałam na łóżko w małym pokoiku, w którym dopiero w drugim tygodniu zauważyłam na półce zapomnianą gumkę do włosów i kubek z napisem "Aga".

W trzecim tygodniu, na placu zabaw, Kuba dostał czerwonych plam na buzi. Monika nie odbierała - w przychodni telefony mieli w szafkach. Grzesiek był gdzieś na dachu. Zostawała kartka z lodówki, którą sfotografowałam sobie telefonem pierwszego dnia, sama nie wiem po co.

Agnieszka odebrała po drugim sygnale. Miła, rzeczowa, z Mazur.

- To truskawki, pani Danuto. On tak zawsze. Wapno w szufladzie przy mikrofali, przejdzie do wieczora. - Zawahała się. - A pani na długo przyjechała?

- Do końca sierpnia.

- Aha. To dobrze, że się Monice udało. Bo jak mi w marcu mówiła, że od lata już mnie nie potrzebują, bo babcia przyjedzie, to się trochę martwiłam. Ja tam byłam za pieniądze, z wolnymi weekendami, a i tak czasem płakałam w autobusie.

W marcu.

Grzesiek zadzwonił do mnie w kwietniu. Pamiętam, bo to był tydzień po Wielkanocy i miałam jeszcze w lodówce resztki sernika.

Usiadłam na ławce przy piaskownicy. Kuba drapał się po policzku, Zosia wołała z drabinki, żebym patrzyła. Patrzyłam. Tylko nic nie widziałam.

Przez kilka dni nie powiedziałam nic. Robiłam kanapki, kroiłam parówki, śpiewałam Kubie "Wlazł kotek na płotek", bo tylko przy tym zasypiał. A w czwartek wieczorem, kiedy wyniosłam śmieci, usłyszałam ich na tarasie za domem. Mówili cicho, ale ściany w szeregowcach są jak z papieru.

- Mówiłem ci, że trzeba jej było powiedzieć wprost - Grzesiek.

- A co miałam powiedzieć? Że nas nie stać? Że jak ona nie przyjedzie, to ja rzucam robotę i siedzimy na jednej pensji z tą ratą? - Monika. - Grzesiek, ja już nie mam siły. Ja naprawdę nie mam siły.

W piątek padało. Dzieci zasnęły wcześnie. Zdjęłam kartkę z lodówki, razem z koniczynką, i położyłam na stole między nimi. Zmywarka szumiała. Grzesiek spojrzał na kartkę, potem na Monikę, potem w okno.

- Kiedy mnie zapraszałeś, to już wiedziałeś? - zapytałam.

- Mamo... to nie tak. Myślałem, że ci się spodoba. Zawsze mówiłaś, że jak będą wnuki...

- Mówiłam.

Cisza. Monika siedziała z dłońmi zaciśniętymi na kubku, aż pobielały jej knykcie.

- Ja napisałam tę kartkę, nie Grzesiek - powiedziała w końcu. - Bo ja tak muszę, inaczej się rozsypię. Tu wszystko jest w godzinach. Przychodnia, przedszkole, rata. Moja mama nie żyje od sześciu lat, pani Danuto. Jak Kuba ma gorączkę, a ja mam dyżur, to nie ma kto przyjść. Nikt. - Przełknęła ślinę. - Pomyślałam, że jak pani przyjedzie, to przez dwa miesiące choć raz odetchnę. Nie pomyślałam, że pani też chce odetchnąć. Przepraszam.

I wtedy przypomniała mi się moja teściowa, świętej pamięci Stefania. Trzy lata odbierała Grzesia z przedszkola, kiedy ja siedziałam w szkółce do szóstej, bo wiosną sadzonek było tyle, że brakowało rąk. Trzy lata. I ani razu nie zapytałam, czy jej się chce. Uważałam, że babcie tak mają.

Wzięłam długopis leżący przy kartce. Skreśliłam "pon.-pt." i napisałam nad spodem: "pon.-czw.". A niżej, dużymi literami: "Piątek - babcia nad morzem. Sobota - wszyscy nad morzem. Nawet jak pada."

Grzesiek parsknął śmiechem, takim nerwowym, jak w dzieciństwie, kiedy się bał, że dostanie, a nie dostał. Monika rozpłakała się po cichu i kiwała głową.

- Piątki biorę ja - powiedział Grzesiek. - Mam niewybrany urlop. Chłopaki dadzą radę beze mnie.

W następny piątek napisał mi na karteczce nazwę przystanku i numer autobusu, jak dziecku do szkoły. Pojechałam. Zdjęłam sandały, podwinęłam spódnicę i weszłam do wody po kostki. Była lodowata, aż mnie zatkało. Stałam tak może kwadrans, z butami w ręce, i pierwszy raz od miesiąca nikt na mnie nie wołał.

Zostałam do końca sierpnia. Soboty były nasze, wszystkich. Raz padało, raz świeciło, raz Kuba zjadł garść piasku. Na lotnisku Monika objęła mnie mocno i dłużej, niż wypadało.

- Następne lato wy do mnie - powiedziałam. - Na działkę. Pomidory same się nie zbiorą.

Kartka wisi teraz u mnie w Kielcach, na lodówce, pod zieloną koniczynką, którą zabrałam bez pytania. Wnuczka pyta przez telefon, czy to moja lista zakupów. Mówię, że to umowa. Najlepsza, jaką w życiu podpisałam.