Po pogrzebie męża dzieci namawiały mnie, żebym sprzedała dom w Sandomierzu i "poszła do kawalerki, po co ci tyle metrów". Na górze urządziłam trzy pokoje gościnne - od czerwca do września komplet. Na długi weekend listopadowy syn zapytał, czy "dla rodziny jest jakaś zniżka".
- Mamo, a dla rodziny jest jakaś zniżka?
Grzegorz powiedział to lekko, prawie ze śmiechem, tak jak się mówi o pogodzie. Stałam w kuchni z telefonem przy uchu, a na stole świecił laptop z otwartym kalendarzem rezerwacji. Pięć minut wcześniej przyszło zapytanie od pary z Łodzi - trzy noce, od piątku do niedzieli, pokój z widokiem na Wisłę.
- Jaka zniżka? - zapytałam, choć słyszałam dobrze.
- No, na Wszystkich Świętych. Przyjedziemy z Kubą do taty na grób. Pytam, czy mam ci przelać z góry, czy jak to u ciebie teraz działa.
U ciebie teraz. Odstawiłam kubek tak ostrożnie, jakby był z cienkiego szkła. Trzydzieści lat przepracowałam w hucie szkła, ostatnie dwanaście jako szefowa zmiany, i jedno wiem na pewno: kiedy coś pęka, nie słychać tego od razu. Słychać dopiero potem.
- Oddzwonię, Grzesiu. Mam garnek na gazie.
Garnka nie było. Usiadłam przy stole i patrzyłam na ten kalendarz, aż ekran zgasł.
Zbyszek odszedł w styczniu zeszłego roku. Jeszcze na stypie, w restauracji przy Rynku, kiedy kelnerka zbierała talerze po rosole, Magda położyła mi dłoń na ręce.
- Mamo, ty tu sama nie dasz rady. Dwa piętra, ogród, dach, piec. Po co ci tyle metrów?
- Kawalerka w bloku, blisko przychodni - dorzucił Grzegorz. - Ciepło, winda, żadnego odśnieżania. Mówię ci, odżyjesz.
Kiwałam głową, bo na stypie się kiwa głową. Ale w nocy chodziłam po domu w szlafroku i dotykałam ścian. Górę Zbyszek dobudował sam, w dziewięćdziesiątym piątym, w weekendy i po kursach - jeździł wtedy autobusem PKS-u do Tarnobrzega i z powrotem, a w soboty mieszał zaprawę z bratem. Trzy pokoje: dla Grzesia, dla Magdy i "na wnuki". Wnuki przyjeżdżały rzadko, dzieci wyfrunęły dawno. Od piętnastu lat drzwi na górze były zamknięte, a kaloryfery zakręcone, żeby nie grzać pustego.
Dom był nasz wspólny, a swoją połowę Zbyszek zapisał mi u notariusza jeszcze dziesięć lat temu. "Żebyś się z nikim nie musiała szarpać" - tak powiedział. Dzieci o tym wiedziały. Może dlatego tak naciskały na sprzedaż - nie mogły niczego zrobić, mogły tylko namawiać.
Na Wielkanoc przyjechała wnuczka Ola, córka Magdy, studentka turystyki w Krakowie. Weszła na górę po pudło z ozdobami i zeszła z dziwną miną.
- Babciu, ty wiesz, ile ludzie płacą w Sandomierzu za nocleg w sezonie? Tu przez ten serial walą tłumy. A ty masz trzy pokoje i łazienkę, której nikt nie używa.
Śmiałam się z niej przez cały obiad. Wieczorem już się nie śmiałam.
Poszło na to dwadzieścia osiem tysięcy z lokaty, którą odkładaliśmy ze Zbyszkiem "na czarną godzinę". Nowe materace, farba, druga umywalka, porządne ręczniki. Ola zrobiła zdjęcia i wrzuciła ogłoszenie do internetu, ja poszłam do urzędu miasta zgłosić pokoje do ewidencji. Urzędniczka spojrzała na mnie znad okularów.
- Pani sama to będzie prowadzić?
- A kto ma prowadzić, jak nie ja? - odpowiedziałam i sama się zdziwiłam, jak pewnie to zabrzmiało.
Grzegorz zadzwonił, jak tylko Magda mu powiedziała.
- Mamo, ty masz sześćdziesiąt cztery lata i będziesz obcym ludziom ręczniki prała?
- Prałam wam przez dwadzieścia lat. Obcy przynajmniej mówią dziękuję.
Rzucił słuchawką. Pierwszy raz w życiu.
W czerwcu przyjechało pierwsze małżeństwo z Gdańska. Potem rowerzyści z Wrocławia, nauczycielka z córką z Poznania, starsi państwo, którzy chcieli zobaczyć Wąwóz Królowej Jadwigi, bo tam się kiedyś zaręczyli.
Nie dawałam śniadań, ale w sobotę piekłam drożdżówkę i stawiałam na schodach, z karteczką "Częstujcie się". Wieczorem zapisywałam wszystko w zeszycie w kratkę - kto przyjechał, kto wyjechał, co trzeba dokupić. Jak raporty ze zmiany w hucie. Od czerwca do września nie było ani jednej wolnej nocy.
Pierwszy raz od pogrzebu spałam do rana.
Grzegorz dzwonił coraz rzadziej. W sierpniu, późnym wieczorem, powiedział coś, co zostało mi w głowie na długo.
- Mama, gdybyś sprzedała ten dom, mogłabyś mi pomóc z wkładem na mieszkanie. Po rozwodzie płacę za wynajem jak za zboże.
Wtedy zrozumiałam, co znaczyła ta kawalerka. I bolało. Ale znałam też drugą stronę - czterdziestojednoletni chłop, w wynajętym mieszkaniu na Woli, syn co drugi weekend, była żona z nowym partnerem w ich dawnym M3. Wstydził się tego. Wiedziałam, bo wstydził się dokładnie tak jak ojciec: głośno i na odwrót.
Po tamtym telefonie o zniżce siedziałam długo. Potem otworzyłam laptop i odrzuciłam rezerwację z Łodzi. Do Grzegorza napisałam krótko: "Przyjeżdżajcie. Pokój czeka."
Przyjechali w piątek po zmroku. Kuba wbiegł pierwszy, rzucił plecak w sieni i od razu do lodówki. Grzegorz wszedł wolniej, z torbą i białą kopertą, którą położył na stole obok cukiernicy, nie patrząc na mnie.
- Zanim zaczniesz - powiedział. - Nie chcę, żebyś przeze mnie traciła.
Nie odpowiedziałam. Wzięłam klucz i poszłam na górę. Weszli za mną.
Jego dawny pokój wyglądał inaczej. Jasna pościel, nowa lampka, zasłony, które przysłała Magda. Ale futryna przy drzwiach została taka, jaka była. Malarz chciał ją zaszpachlować, a ja kazałam mu okleić taśmą i obejść. Ołówkowe kreski, krzywe, wyblakłe. "Grześ 6 lat". "Grześ 10". "Magda 8". I wyżej, pismem Zbyszka, z wykrzyknikiem: "Grześ 15 - przerósł matkę!".
- Tato, to ty byłeś taki mały? - Kuba przyłożył dłoń do najniższej kreski.
Grzegorz nic nie powiedział. Podszedł, dotknął palcem tego wykrzyknika i stał tak długo, że Kuba się znudził i poszedł oglądać widok z okna. Widziałam, jak mojemu synowi drga szczęka.
- Myślałem, że wszystko zamalowałaś - powiedział w końcu cicho. - Że już nas tu nie ma.
Kuba zasnął przed dziesiątą. Zeszliśmy do kuchni, zrobiłam herbatę z cytryną, taką jak lubił, za słodką. Długo mieszał łyżeczką.
- Ja wiem, jak to zabrzmiało, z tą zniżką - zaczął. - Tylko nie wiedziałem, jak zapytać, czy ja tu jeszcze jestem synem, czy już gościem. Ola mówi, że goście piszą ci w recenzjach "jak u mamy". No to pomyślałem, że może teraz wszyscy są jak u mamy. Tylko płacą.
Przesunęłam kopertę z powrotem na jego stronę stołu.
- Dla rodziny nie ma zniżki, Grzesiu. Dla rodziny nie ma cennika.
Kiwnął głową. Chciał coś dodać, ale go uprzedziłam, bo jak już zaczęłam, to musiałam skończyć.
- I powiem ci jeszcze jedno, czego nie chcesz usłyszeć. Z tych pokoi odkładam. Nie na twój wkład. Odkładam, żebym na starość nie musiała do was dzwonić i prosić. Żebyście mnie odwiedzali, a nie utrzymywali.
Długo było cicho. Lodówka szumiała, za oknem ktoś trzasnął furtką.
- Tata by powiedział to samo - mruknął w końcu. - Tylko krócej.
Roześmieliśmy się oboje. Pierwszy raz od pogrzebu razem.
Pierwszego listopada rano poszliśmy na cmentarz. Grzegorz grabił liście z pomnika, Kuba zapalał znicze i liczył je na głos, mylił się i zaczynał od nowa. Mgła wisiała nad Wisłą, a z dołu dochodził dźwięk dzwonów od katedry.
- Mamo - Grzegorz oparł grabie o ławkę. - W marcu przyjadę ci z tą rynną pomóc. Ola mówiła, że przecieka nad trzecim pokojem.
- Przecieka - przyznałam. - Od dwóch lat.
Nie rozmawialiśmy więcej o pieniądzach. Może jeszcze porozmawiamy. Może nie.
Wieczorem, kiedy odjechali, otworzyłam laptop i zablokowałam w kalendarzu pierwszy weekend listopada. Na ten rok, na następny i jeszcze na kolejne, jak daleko system pozwalał. W rubryce "gość" wpisałam: "Rodzina". Ola zadzwoniła następnego dnia, zdziwiona.
- Babciu, przecież tracisz na tym najlepszy termin jesieni.
- Nie tracę, dziecko.
Po co mi tyle metrów? Żeby było gdzie wrócić.