Przez dwa lata woziłam sąsiadkę z naprzeciwka na dializy - trzy razy w tygodniu, na szóstą rano. Wiosną wyprowadziła się do syna do Sopotu i więcej się nie odezwała. We wrześniu przyszedł do mnie list z kancelarii notarialnej w Sopocie.
Koperta leżała w skrzynce między ulotką pizzerii a rachunkiem za gaz. Gruba, kremowa, z niebieską pieczątką w rogu: Kancelaria Notarialna, Sopot. Zaadresowana do mnie. Jolanta Brzozowska, Olsztyn, Jaroty.
Stałam na parterze z kluczami w jednej ręce i siatką z zakupami w drugiej, a z trzeciego piętra niosło się po klatce wiercenie. Nowi właściciele mieszkania naprzeciwko mojego kuli ściany od lipca. W Sopocie nie znałam nikogo. Poza jedną osobą, która od pięciu miesięcy nie odbierała ode mnie telefonu.
Rozerwałam kopertę jeszcze na schodach. Siatka przechyliła się, jabłko potoczyło się w dół po lastryku. Przeczytałam pierwsze zdanie trzy razy, zanim do mnie dotarło: "protokół otwarcia i ogłoszenia testamentu Haliny Wróbel, zmarłej dnia 14 sierpnia 2026 roku".
Usiadłam na stopniu. Sześćdziesiąt trzy lata, kolana już nie te, a ja siedziałam na zimnych schodach jak uczennica, której ktoś zabrał tornister.
Halina umarła. W sierpniu. A ja dowiaduję się we wrześniu. Z urzędowego pisma.
Przez dwa lata w poniedziałki, środy i piątki budzik dzwonił mi o piątej dziesięć. O wpół do szóstej pukałam do drzwi naprzeciwko, a Halina już stała w przedpokoju w beżowym płaszczu, z termosem i płócienną torbą, w której nosiła krzyżówki i kanapkę z serem.
- Znowu pani nie spała - mówiłam.
- Spałam, Jolu, spałam. Na tamtym świecie się wyśpię.
Zaczęło się wiosną dwa lata temu. Halinie zaczęły się dializy, a transport sanitarny zbierał pacjentów z pół miasta jednym busem. Wsiadała przed piątą, wracała po trzynastej, szara jak ściana. Któregoś dnia zobaczyłam, jak siedzi na ławce przed blokiem, bo nie ma siły wejść na trzecie piętro. Wieczorem zapukałam i powiedziałam, że od poniedziałku wożę ją ja. Byłam już rok na emeryturze, po trzydziestu latach uczenia biologii w podstawówce. Miałam czas i starą skodę.
Zbyszek pukał się w czoło.
- Jola, a jak ci się auto rozkraczy? A jak ty się rozchorujesz? To nie twoja matka.
- Moja matka nie żyje od dziesięciu lat - odpowiedziałam. - A Halina żyje. Na razie.
Odwoziłam ją na stację dializ na drugim końcu miasta, wracałam do domu, a przed dziesiątą jechałam po nią z powrotem. W samochodzie gadała o Grzesiu. Że Grzesiek w Sopocie, że ma dobrą pracę, ale kredyt jak stąd do Gdańska.
Że wnuczka zdała maturę. Że Grzesiek dzwoni w niedziele, "bo w tygodniu nie ma głowy". Nigdy nie słyszałam w tym pretensji. Tylko taką cichą dumę, jaką mają matki synów, którzy wyjechali daleko.
W tym roku po Wielkanocy Grzegorz przyjechał na tydzień. Słyszałam przez ścianę, jak rozmawiają w kuchni do późna. W następny poniedziałek Halina zapukała do mnie pierwsza.
- Jolu, jadę do Grzesia. Tam jest stacja dwie ulice od niego. - Uścisnęła mnie krótko, sztywno, jakby się bała, że się rozklei. - Zadzwonię, jak się urządzę.
Nie zadzwoniła. W maju zadzwoniłam ja - poczta głosowa. Napisałam esemesa: "Pani Halinko, jak się Pani czuje? Jak nowa stacja?". Cisza. W czerwcu napisałam drugi. W lipcu przyjechała ekipa i wyniosła z mieszkania naprzeciwko meblościankę i kuchenny stół, przy którym piłyśmy herbatę po dializach. Mieszkanie poszło do sprzedaży. Nikt nawet nie zapukał, żeby powiedzieć do widzenia.
- Niewdzięczność - mówiłam Zbyszkowi przy kolacji. - Trzysta razy ją wiozłam. Trzysta. I nawet głupiego esemesa.
Zbyszek nic nie mówił. Ale widziałam, że myśli: "a nie mówiłem".
Teraz siedziałam na schodach i czytałam dalej. Testament własnoręczny, spisany dziewiątego maja. Dwie strony do syna, do wnuczki. I jedno zdanie o mnie, odpisane przez notariusza z jej krzywego, starannego pisma:
"Jolancie Brzozowskiej z Olsztyna zapisuję czterdzieści tysięcy złotych z pieniędzy ze sprzedaży mieszkania. Za dwa lata szóstych rano. I za to, że nie zadzwonię."
Przeczytałam to ostatnie zdanie tyle razy, że litery zaczęły pływać.
Grzegorz zadzwonił wieczorem, z nieznanego numeru. Zbyszek właśnie stawiał czajnik.
- Pani Jolanta? Tu Grzegorz Wróbel. Syn Haliny. Ja... chyba powinienem był wcześniej.
- Chyba tak - powiedziałam. Nie umiałam inaczej.
Długo milczał. Słyszałam w tle jakiś telewizor, czyjś głos z drugiego pokoju.
- Mamie się w maju pogorszyło. Bardzo. Stacja nowa, lekarze nowi, ona tu nikogo nie znała. Ja chciałem do pani dzwonić. Pokłóciliśmy się o to. Wie pani, co powiedziała? - Głos mu się załamał. - "Jak zadzwonię do Joli i powiem, że mi gorzej, to ona wsiądzie w tę swoją skodę i przyjedzie. Dwieście kilometrów. Ona już swoje dla mnie zrobiła. Niech ma wreszcie spokój".
Oparłam się o lodówkę.
- Telefon trzymała w szufladzie przy łóżku - mówił dalej. - Pani esemesy czytała. Wszystkie. Kilka razy dziennie. Myślałem, że to dziwactwo. Potem zrozumiałem, że to dla pani.
- A pan? - zapytałam. - Pan nie mógł jednego słowa?
Westchnął tak, jakby czekał na to pytanie od miesięcy.
- Mogłem. I powiem pani szczerze, bo co mi teraz zostało... Było mi głupio. Że to pani ją woziła przez dwa lata, a nie ja. Że ja miałem robotę i ratę, a pani miała czas i dobre serce. Łatwiej było nie dzwonić niż to powiedzieć na głos.
Nie odpowiedziałam. Zbyszek postawił przede mną herbatę z cytryną i usiadł obok, ramię przy ramieniu.
- Bolało ją coś na końcu? - zapytałam w końcu.
- Nie. Wróciła z dializy, usiadła w swoim fotelu, tym z Olsztyna, przywiozła go tutaj, i zasnęła. Rano już nie...
- Nie chcę tych pieniędzy, panie Grzegorzu.
Zaśmiał się cicho, przez łzy.
- Mama mówiła, że pani tak powie. Dlatego napisała w testamencie, a nie dała do ręki. Żeby pani nie mogła oddać.
Po rozmowie długo siedziałam w kuchni. Zbyszek wypił swoją herbatę, potem moją, bo moja wystygła.
- Czyli jednak pamiętała - powiedział tylko.
- Nie, Zbyszek. Ona nie pamiętała. Ona się pilnowała. Codziennie. Żeby nie zadzwonić.
Przez pięć miesięcy byłam na nią zła. Opowiadałam sąsiadkom, jaka niewdzięczna. A ona w tym czasie leżała w obcym mieście, z telefonem w szufladzie, i czytała moje "jak się Pani czuje?" - i nie odpisywała, bo wiedziała, co by było dalej. Znała mnie lepiej niż ja sama.
W poniedziałek obudziłam się o piątej dziesięć. Bez budzika. Ubrałam się, zanim zdążyłam pomyśleć, zeszłam na dół i stanęłam przy skodzie z kluczykami w ręce. Było szaro i ciepło, pachniało mokrym trawnikiem. Nie wsiadłam. Stałam tak, aż na trzecim piętrze zapaliło się światło - u nowych, nie u niej.
Pieniądze leżą na koncie. Nie ruszyłam ich.
Nie zadzwoniła, bo wiedziała, że przyjadę. Miała rację. Przyjechałabym. Nawet o szóstej rano.