Opiekowałam się wnuczką przez całe wakacje, żeby córka mogła pojechać na urlop z mężem. Kiedy wróciła, jedyne co powiedziała, to: „Mamo, czemu dziecko je tyle słodyczy?"

Hania spała w moim łóżku, z kolankiem wciśniętym w moje żebra i misiem przytulanym do twarzy, kiedy o szóstej rano zadzwonił telefon. Sięgnęłam po niego odruchowo, żeby dzwonkiem nie zbudzić dziecka. Agnieszka. Cztery tygodnie na Krecie, a dzwoni o szóstej.

- Mamusiu, przylatujemy o czternastej, możesz przywieźć Hanię na lotnisko?

Nie powiedziała „dzień dobry". Nie zapytała, czy Hania dobrze spała. Nawet nie zapytała, jak ja się czuję - a czułam się tak, jakby mnie ktoś przepuścił przez wyżymaczkę. Cztery tygodnie z pięcioletnią wnuczką. Codziennie. Sama.

Podniosłam się z łóżka tak, żeby nie naruszyć misternej budowli z poduszek, którą Hania kazała mi co wieczór wznosić. Poszłam do kuchni, nastawiłam wodę, wyjęłam kubek z napisem „Najlepsza babcia" - ten sam, który Hania wybrała mi w prezencie na Dzień Babci, a za który zapłaciła Agnieszka przelewem na konto sklepu. Stałam przy oknie, patrzyłam na parking pod blokiem, na rzędy samochodów mokrych od porannej rosy, i myślałam o jednym: nareszcie.

Jestem Jolanta, mam sześćdziesiąt dwa lata i przez trzydzieści osiem przepracowałam jako położna w szpitalu na Jaczewskiego. Odebrałam tyle porodów, że przestałam je liczyć. Widziałam matki, które płakały ze szczęścia, ze strachu i takie, które nie płakały wcale, bo były zbyt zmęczone. Myślałam, że wiem wszystko o macierzyństwie. Okazało się, że najważniejszej lekcji nie nauczyłam się na porodówce, tylko na emeryturze.

Agnieszka zadzwoniła do mnie pod koniec czerwca. Głos miała taki, jakiego używa, kiedy chce o coś poprosić - odrobinę wyższy niż zwykle, z takim lekkim zaśpiewem.

- Mamo, Marcin dostał premię i pomyśleliśmy, że moglibyśmy pojechać na Kretę. Dwa tygodnie. Ale nie chcemy ciągnąć Hani, bo przelot jest długi, a ona źle znosi upał.

Dwa tygodnie. Powiedziałam: dobrze.

Potem dwa tygodnie zamieniły się w trzy, bo „znaleźli tańszy lot z dłuższym pobytem". A trzy w cztery, bo Marcin dorzucił tydzień urlopu, a Agnieszka stwierdziła, że „i tak mama sobie świetnie radzi". Jeden telefon, jedno zdanie, kolejny tydzień.

Nie protestowałam. Nawet nie byłam zła. Byłam z Hanią i to wystarczało - przez pierwsze dwa tygodnie.

Hania jest dzieckiem, które zadaje pytania jak z egzaminu ustnego. Dlaczego chmury nie spadają? Czy ryby piją wodę? Dlaczego babcia mieszka sama? Na to ostatnie odpowiedziałam, że tak jej wygodnie, i Hania skinęła głową, jakby to była najrozsądniejsza odpowiedź, jaką kiedykolwiek usłyszała.

Lubiłam te rozmowy. Lubiłam zaprowadzać ją na plac zabaw na Czubach, kupować lody na Krakowskim Przedmieściu, siadać na ławce i patrzeć, jak biega za gołębiami. Lubiłam ją kąpać, czytać jej na dobranoc, poprawiać kołdrę. To wszystko prawda.

Ale prawda jest też taka, że pod koniec drugiego tygodnia zaczęłam się budzić ze ścierpniętym ramieniem, bo Hania zasypiała na nim jak na poduszce. Że w trzecim tygodniu przestałam chodzić na poranną gimnastykę, bo nie miałam siły wstać wcześniej.

Że w czwartym tygodniu zadzwoniła do mnie Krysia - koleżanka, z którą od lat jeździmy na grzyby - i zapytała, czemu mnie nigdzie nie ma, a ja powiedziałam, że nie mogę rozmawiać, bo Hania właśnie rozlała kakao na dywan i trzeba sprzątnąć, zanim wsiąknie.

Cztery tygodnie. Bez przerwy, bez dnia wolnego, bez nikogo, kto by przyszedł na dwie godziny i powiedział „idź, Jolanta, odpoczywaj". Agnieszka dzwoniła co trzy, cztery dni. „Jak Hania? Daj mi ją na chwilę." Hania mówiła do telefonu, że babcia zrobiła naleśniki i że były motyle w parku. Agnieszka śmiała się, mówiła „buziaki", rozłączała się. Ani razu nie zapytała, jak ja.

Były takie wieczory, kiedy Hania zasypała o ósmej, a ja siadałam na kanapie i po prostu patrzyłam w ścianę. Nie z żalu - z pustki. Trzydzieści osiem lat pracy na porodówce nauczyło mnie wstawać w nocy, działać na autopilocie, nie narzekać. Ale tam po dwunastogodzinnym dyżurze szłam do domu. Tu dom był dyżurem.

Kupiłam Hani lody. Kupiłam jej ciastko w cukierni na Lipowej, bo stała przy witrynie i powiedziała „babciu, te różowe są takie ładne". Dałam jej herbatniki do mleka, bo tak robiła moja mama, kiedy ja byłam mała i przyjeżdżałam do niej na wakacje do Kazimierza.

Tak, dawałam jej słodycze. Bo miałam sześćdziesiąt dwa lata, cztery tygodnie opieki za sobą i czasem ciastko za osiem złotych było jedyną rzeczą, która sprawiała, że obie miałyśmy lepszy dzień.

Na lotnisko pojechałyśmy autobusem, potem tramwajem. Hania trzymała rysunek narysowany rano specjalnie dla mamy i taty - dwa patyczaki na tle żółtego słońca i napis „MAMA TATA KRETA" literami wielkimi jak bociany. Na Hani było różowe body z pandą, które kupiłam, bo wyrosła z kompletów zostawionych przez Agnieszkę. Nie dzwoniłam w tej sprawie.

Agnieszka wyszła z bramki opalona, w białej sukience, z torbą, na której było napisane coś po grecku. Marcin niósł walizki. Hania puściła moją rękę i pobiegła do nich. Normalnie. Tak to wygląda - dziecko biegnie do rodziców, a babcia stoi trzy metry dalej z rysunkiem w dłoni, bo wnuczka go upuściła.

Agnieszka podniosła Hanię, pocałowała, obróciła. A potem postawiła ją na ziemi, obejrzała od stóp do głów i powiedziała do mnie:

- Mamo, czemu dziecko je tyle słodyczy? Hania, pokaż ząbki. Widzisz? Na trójce coś się robi.

To było pierwsze zdanie, które do mnie skierowała po czterech tygodniach.

Nie powiedziała „dziękuję". Nie powiedziała „dobrze wyglądasz, mamo" - choć nie wyglądałam dobrze i obie o tym wiedziałyśmy. Nie powiedziała „odpoczywaj teraz". Powiedziała o ząbkach.

Stałam na lotnisku, z tym rysunkiem w dłoni, i czułam coś, czego nie potrafiłam od razu nazwać. Nie złość. Nie smutek. Coś gorszego - poczucie, że jestem przezroczysta. Że przez cztery tygodnie byłam meblem, na którym zostawia się dziecko, a odbiera z pretensją, że tapicerka nie jest dość czysta.

W samochodzie Agnieszka opowiadała o Krecie. O restauracji z widokiem na morze, o zachodach słońca, o nurkowaniu. Hania siedziała w foteliku i jadła żelki z mojej torebki. Agnieszka zerknęła w lusterko i powiedziała:

- No właśnie o tym mówię.

Wysiadłam pod swoim blokiem. Marcin wyniósł z bagażnika torbę z brudnymi ubraniami Hani - tymi, które ja kupiłam - i powiedział „dzięki, teściowa". Agnieszka pomachała mi przez szybę. Hania spała.

Weszłam do pustego mieszkania. Łóżko było jeszcze rozgrzebane po naszej ostatniej nocy z Hanią. Na podłodze leżał misiek, którego zapomniała. Na lodówce wisiał jej rysunek z poprzedniego tygodnia: ja i ona, trzymamy się za ręce, a nad nami napis „BABCIA I JA".

Usiadłam przy kuchennym stole, na którym leżał rachunek za prąd - wyższy niż zwykle - i paragon ze sklepu: kredki, plastelina, farbki, trzy książeczki.

Agnieszka zadzwoniła wieczorem. Myślałam, że powie dziękuję. Albo przeprosi za lotnisko. Albo chociaż zapyta, czy nie jestem zmęczona.

- Mamo, chciałam jeszcze powiedzieć, że Hania powinna jeść więcej warzyw. Ona teraz mówi, że nie lubi marchewki, a wcześniej lubiła. I proszę cię, nie dawaj jej tyle cukru, bo potem my mamy problem u dentysty.

My mamy problem.

Nie odpowiedziałam. Powiedziałam dobranoc i się rozłączyłam.

Potem długo siedziałam w kuchni z zimną herbatą i myślałam o jednym: za dziesięć miesięcy znowu będzie lato. I Agnieszka znowu zadzwoni z tym swoim zaśpiewem w głosie. I powie, że Hania nie znosi upału, że przelot jest długi, że „mama sobie świetnie radzi".

Nie wiem, co wtedy odpowiem.

Ale wiem, że misiaka Hani nie odesłałam. Leży na poduszce po jej stronie łóżka, jakby wciąż tam spała. I to chyba jest moja odpowiedź - tylko nie jestem pewna, na jakie pytanie.