Pilnuję wnuka trzy dni w tygodniu, od zeszłego roku. Na jego urodzinach synowa dziękowała swojej mamie za pomoc - że bez niej by nie dała rady. Siedziałam naprzeciwko.

Zanim wstałam od tego stołu, zdążyłam policzyć wszystko. Dwanaście miesięcy. Sto czterdzieści cztery poniedziałki, środy i piątki. Każdy dzień od siódmej trzydzieści, kiedy Marcin przywozi mi Kubusia jeszcze ciepłego od snu, do siedemnastej, kiedy Ania zabiera go pachnącego moim rosołem i kredkami.

Policzyłam to w głowie, siedząc naprzeciwko Ireny, bo musiałam coś liczyć. Bo gdybym nie liczyła, tobym się rozpłakała. A płakać przy dwunastu gościach i torcie w kształcie traktora nie wypadało.

Ale po kolei.

Ania wstała z kieliszkiem soku - bo Ania nie pije - i powiedziała, że chce wznieść toast. Kubuś właśnie skończył trzy lata. Śliczny chłopak, rude włosy po dziadku, moje oczy. Siedział na krześle podwyższonym poduszką i walił łyżką w blat, bo tort jeszcze nie dojechał z kuchni. Ania odchrząknęła. Pomyślałam, że podziękuje wszystkim po kolei, jak to na urodzinach. Normalnie. Po ludzku.

- Chciałam powiedzieć jedno - zaczęła Ania i spojrzała na swoją matkę. - Mamo, bez ciebie bym tego wszystkiego nie ogarnęła. Serio. Ten rok był najcięższy w moim życiu i gdyby nie ty, nie wiem, jak bym to wszystko udźwignęła. Kubuś cię uwielbia, a ja... ja ci po prostu dziękuję.

Irena się rozpłakała. Goście klaskali. Marcin patrzył w stół.

A ja siedziałam z serwetką w dłoni i uśmiechem, który sam jakoś wskoczył na twarz, bo tak mnie wychowano - uśmiechaj się, Lucyna, nie rób scen. Trzydzieści osiem lat w aptece, codziennie uśmiech do ludzi, którzy przychodzą chorzy, zdenerwowani, nieszczęśliwi. Umiem się uśmiechać.

Ale w środku liczyłam.

Sto czterdzieści cztery dni. Czterdzieści siedem razy gorączka, katar albo ząbkowanie, kiedy Kubuś płakał tak, że sąsiadka z dołu pukała w sufit. Trzynaście wizyt u pediatry, bo Ania pracuje do trzeciej i nie może wychodzić.

Osiem razów, kiedy prałam pościel po wymiotach, bo żołądek trzyletniego dziecka to rosyjska ruletka. Cztery razy pogotowie dentystyczne, bo Kubuś spadł i rozbił wargę albo uderzył się w ząb. To ja go trzymałam. To ja śpiewałam mu "Panie Janie" w poczekalni, żeby nie wył.

Irena? Irena przyjeżdżała co drugą niedzielę z ciastem drożdżowym.

Nie mówię, że drożdżówka nie jest ważna. Jest. Kubuś ją uwielbia. Ale kiedy dziecko wymiotuje o trzeciej w nocy, to nie drożdżówka mu pomaga, tylko babcia, która wsiada w tramwaj numer pięć i jedzie z Kalinowszczyzny na Czechów z termometrem w torebce.

I to byłam ja.

Marcin to mój jedynak. Urodziłam go późno, bo długo nie mogłam zajść w ciążę. Miałam trzydzieści lat, Wiktor czterdzieści dwa, i kiedy lekarz powiedział, że tym razem się udało, to Wiktor płakał na korytarzu tak głośno, że salowa przyniosła mu wodę z kranu w plastikowym kubku. Wiktor nie dożył wnuka - odszedł pięć lat temu, zawał w warsztacie. Mówię "w warsztacie", bo Wiktor był mechanikiem i ten warsztat to był jego drugi dom. A właściwie pierwszy.

Zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Kalinowszczyzny. Emerytka, sześćdziesiąt trzy lata, z roślinami i ciszą. Kiedy Ania zaszła w ciążę, pomyślałam - Boże, daj mi to dziecko do rąk. Daj mi sens. Daj mi powód, żeby rano wstać i nie rozmawiać z telewizorem.

I dostałam. Kubuś przyszedł na świat w styczniu, trzy i pół kilo, głośny jak alarm przeciwpożarowy. Od razu mój. Od pierwszego wrzasku.

Kiedy Ania wracała do pracy po urlopie macierzyńskim, stanęło pytanie o opiekę. Żłobek odpadał - Ania się bała, bo Kubuś był chorowity, a poza tym lista czekających w Lublinie to osobny dramat. Marcin zadzwonił do mnie w niedzielę wieczorem.

- Mamo, dałabyś radę trzy dni w tygodniu? Poniedziałek, środa, piątek?

Nie pytałam, ile zapłacą. Nie pytałam, czy będą przywozić jedzenie. Nie pytałam o nic, bo to nie jest transakcja - to wnuk.

Potem dowiedziałam się, że dwa pozostałe dni - wtorek i czwartek - Kubuś spędza u Ireny. Dobrze, pomyślałam. Rodzina Ani też chce pomagać, to naturalne. Irena mieszka bliżej - na Bronowicach, piętnaście minut samochodem od Marcina i Ani. Ja mam pół godziny tramwajem albo Marcin mnie podwozi rano.

Dwa dni u Ireny, trzy u mnie. Sprawiedliwie. Nie liczyłam, kto robi więcej. Przynajmniej na początku.

Ale z czasem zaczęłam zauważać.

Na lodówce u Marcina wisiały rysunki Kubusia - te z wtorków i czwartków. Z kwiatkami. "Kubuś i babcia Irena" - podpisywała Ania. Moje rysunki - te z poniedziałków, śród i piątków - leżały w szufladzie. Raz zapytałam Marcina, czemu. Wzruszył ramionami.

- Ania je chyba tam wkłada, nie wiem, mamo.

W telefonie Ani - widziałam, bo Kubuś mi pokazywał, jak bawił się w "dzwonienie" - Irena była zapisana jako "Babcia". Ja byłam jako "Mama Marcina".

Takie drobiazgi. Drobne jak piasek w bucie. Nie bolą od razu. Bolą po dziesiątym kilometrze.

Ania nie jest złą kobietą. Muszę to napisać, bo sama sobie powtarzam to codziennie jak mantrę. Ania jest zmęczona, zapracowana, ma wymagającego szefa i dziecko, które nie sypia do końca.

Ania kocha swoją matkę, bo to normalne - każdy kocha swoją matkę. Irena jest ciepła, wesoła, robi świetne ciasto i nie krytykuje. Ja... ja może za dużo mówię. Może za bardzo pilnuję, żeby Kubuś jadł warzywa. Może za często pytam, czy Ania dość ciepło go ubiera. Może jestem tą babcią, która pomaga, ale trochę męczy.

Ale tamtego dnia, na urodzinach, kiedy Ania podziękowała Irenie - nie mnie - coś we mnie pękło. Cicho, bez huku. Jak nitka w swetrze, którą ciągniesz i ciągniesz, a potem nagle dziura.

Marcin podwiózł mnie do domu po torcie. Milczał. Wiedział. Widziałam, że wiedział, bo ściskał kierownicę tak mocno, że mu knykcie pobielały.

- Mamo, Ania nie miała na myśli...

- Wiem - powiedziałam. - Wiem, synku. Jedź, bo Kubuś zaśnie w foteliku.

Weszłam do mieszkania. Zaparzyłam herbatę. Usiadłam w kuchni, w której codziennie karmię Kubusia, w której na parapecie stoi jego kubek z dinozaurem, a na lodówce magnes z jego odciskiem dłoni - bo robiliśmy to razem, w środę, z mąki i soli.

I wtedy zapłakałam.

Nie ze złości. Nie z pretensji. Z czegoś gorszego - z poczucia, że jestem niewidzialna. Że mogę dawać i dawać, a ktoś inny zbierze podziękowania. I że nie mam prawa się na to złościć, bo przecież robię to z miłości. Prawda?

Następnego dnia był poniedziałek. Siódma trzydzieści, dzwonek do drzwi.

Kubuś stał z plecaczkiem z psem z bajki i powiedział:

- Babunia, zrobimy dziś naleśniki?

Otworzyłam mu drzwi. Bo co innego miałam zrobić.

Ale kiedy zamykałam je za Marcinem, złapałam się na myśli, której wcześniej nigdy nie miałam. Pierwszy raz pomyślałam - może powinnam przestać liczyć. Albo zacząć liczyć inaczej.

Bo jeśli mierzę swoją wartość tym, kto mnie zauważy, kto podziękuje, kto powiesi rysunek na lodówce - to przegram. Zawsze przegram. Irena będzie zawsze mamą Ani, a ja zawsze będę "mamą Marcina".

Ale Kubuś - Kubuś mówi "babunia" tylko do mnie.

I może to musi wystarczyć. A może nie musi i mam prawo powiedzieć to głośno. Jeszcze nie wiem.

Naleśniki wyszły trochę za grube. Kubuś zjadł cztery.